Stanley
Był pochmurnych piątek. Wyszedłem z domu do szkoły. Wiatr wiał wyjątkowo mocno, więc miałem wielką ochotę zawrócić i spędzić resztę dnia w ciepłym pokoju. Rodzice chyba by mnie zamordowali, więc musiałem iść dalej. Minąłem dom Prudencji. Musiała już wyjść, bo jej nie zauważyłem.
Deszcz zaczął lekko siąpić. Naciągnąłem na głowę kaptur i poszedłem dalej. Na drodze, kilka metrów przede mną zauważyłem małego czarnego psa. Szedł spokojnie po ulicy. W pewnej chwili usłyszałem zbliżające się auto.
-Zejdź z drogi, cholery psie - wykrzyknąłem i zagwizdałem.
Podniósł głowę, ale nie ruszał się z miejsca. Wszystko stało się w ułamku sekundy. Samochód nadjechał zbyt szybko. Popatrzyłem w oczy psa, które jakby przeczuwały, co się z nim stanie. Auto uderzyło w zwierzę z ogromną prędkością. Pies odbił się od zderzaka i zdążył pisnąć głosem pełnym cierpienia. Samochód przejechał obojętnie obok i zostawił konającego zwierzaka. Leżał on kilka kroków ode mnie. Podszedłem do niego. Był cały we krwi. Pomyślałem, że jeszcze mogę mu pomóc.
Położyłem na nim obie ręce i starałem się skupić na przepływającej enegrii. Trwałem w bezruchu jakiś czas. W końcu poczułem, że jego klatka piersiowa ostrożnie się unosi. Zabrałem ręce, a pies wstał i lekko pomachał ogonem, jakby w podziękowaniu.
Pies pobiegł na drugą stronę jezdni, a ja usłyszałem za sobą głośny kobiecy krzyk.
***
Prudencja stała nad klęczącym Stanleyem. Była przerażona, kiedy zobaczyła, jak samochód wjechał w małego psa. Nie mogła wydać z siebie żadnego dźwięku, więc chłopak nawet jej nie zauważył. Stała, milcząc, a Stanley położył na nim ręce. Dziewczyna stała zdziwiona, nie wiedząc, co ma o wszystkim myśleć. Widziała mnóstwo krwi, sączącej się z ciała zwierzęcia. Po chwili pies wstał i pobiegł. Prudencja patrzyła jak zahipnotyzowana. Nawet nie zauważyła, kiedy z jej gardła dobiegł donośny wrzask.
Stanley wstał i podszedł do dziewczyny.
-Hej, co się dzieje?
Prudencja przestała krzyczeć.
-Co się stało? Ty wskrzesiłeś psa! O cholera. Widziałam, jak to zrobiłeś. O mój Boże. Jesteś jakimś cholernym uzdrowicielem. Jezu!
-Co ty wygadujesz? Jak według ciebie miałbym wskrzesić psa, który żył?
-On nie żył - powiedziała. - A jeśli żył, to ledwo. Widziałam, jak szybko jechał ten samochód. Psa odrzuciło o kilka metrów. To było niemożliwe, żeby nagle wstał i w pełni sprawnie gdzieś pobiegł.
-Wcale tak nie było - Stanley zaprzeczył z wymuszonym uśmiechem. - Byłaś dalej ode mnie. Ja widziałem wszystko dokładnie. Samochód wcale nie jechał tak szybko, a pies tylko się o niego otarł i był oszołomiony. Tyle.
-Tak? A skąd ta krew na twoich dłoniach? - spytała podejrzliwie.
-Eee, no był lekko ranny w nogę, ale to w sumie nic, bo sama widziałaś, że normalnie pobiegł.
-No właśnie! Pobiegł. Psy nie odbiegają sobie jak gdyby nigdy nic, chwilę po potrąceniu przez auto. To niemożliwe - powiedziała, z naciskiem na ostatnie słowo.
-Przesadzasz. Lepiej już chodź, bo spóźnimy się do szkoły - uciął Stanley i ruszył w drogę.
Nagle za ich plecami rozległ się drwiący głos:
-Oho! A oto moje małe gołąbeczki! - wykrzyknął Vincent.
-O nie! Tylko nie ten kretyn... - powiedziała cicho Prudencja.
Stanley parsknął śmiechem.
-Mogę dołączyć, czy jesteście zajęci? - i nie czekając na odpowiedź, zrównał się z nimi.
Przez resztę drogi musieli znosić jego chamskie odzywki i przytyki do rzekomego związku Stanleya i Prudencji. Dopiero pod drzwiami wejściowymi powiedział:
-Słyszeliście już dobrą nowinę? W sobotę nasi kochani tatusiowie chcą się spotkać. Wszyscy razem. Całą rodziną - dodał ze sztucznym uśmiechem.
-O nie! Znów? - wyrwało się dziewczynie.
-A co? Masz coś ciekawszego do roboty? - powiedział wyjątkowo głośnym szeptem. - To może mógłbym do ciebie dołączyć? - zapytał, mrugając kokieteryjnie.
-Daruj sobie, okay? Takie nędzne teksty możesz skierować do kogoś, kogo one obchodzą. A mnie to, niestety, nie dotyczy - warknęła i skierowała się ku swojej klasie.
Nadeszła sobota. Kolejne planowane spotkanie miało nastąpić za dwie godziny. Wtedy to Prudencja miała poznać matkę Vincenta. Zastanawiała się, czy ta 'polubi' ją tak samo, jak rodzice Stanleya. Nie bardzo się tym przejmowała. Myślała tylko o tym, by odhaczyć to spotkanie i mieć święty spokój.
Ojciec kazał jej się ubrać przyzwoicie, więc włożyła czarną sukienkę z rękawami trzy czwarte, która ciasno opinała jej sylwetkę. Sięgała do połowy ud i miała dekolt w kształcie serca, który uwydatniał jej piersi. Tego wieczoru zrezygnowała z glanów, czy creepersów na rzecz botków na grubym, siedmiocentymetrowym słupku. Na szyję założyła cienki choker. Czerwone włosy spieła w luźny kok i pomalowała usta bordową szminką. Przejrzała się w lustrze. Wyglądała kobieco, ale nie tak wyzywająco, jak zwykle.
Przybyli do restauracji pięć minut przed czasem. Usiedli przy wielkim okrągłym stole w oczekiwaniu na resztę gości. Chwilę potem rodziny Carlstonów były na miejscu. Rodzice zdecydowali, że młodsi powinni usiąść obok siebie, ponieważ 'Pewnie tyle mają sobie do powiedzenia' - jak stwierdziła macocha Prudencji, Margaret. Tak więc dziewczyna była zmuszona usiąść między Stanleyem, a (o zgrozo!) Vincentem.
Ojciec Prudencji zwrócił się do matki tego drugiego, Jane.
-Jeszcze nie poznałaś mojej córki, Prudencji.
-Och, Derek mi już o niej opowiadał. Mówił, że to urocza dziewczyna, idealna na żonę dla Vincenta - zaśmiała się.
Miała około czterdziestu pięciu lat. Była zadbana i elegancko ubrana. Margaret, choć młodsza, mogła się od niej uczyć tak starannego wyglądu.
Na jej słowa, dziewczyna popatrzyła krzywo na swojego ojca i jego rozmówczynię.
-Uśmiałam się - zadrwiła cicho dziewczyna. Siedzący obok niej Stanley podnosił właśnie kieliszek wina do ust, parsknął w niego, słysząc jej słowa.
-Nie chcę cię martwić, Jane, ale raczej nie wyobrażam sobie, żeby moja córka w najbliższym czasie wyszła za mąż - odpowiedział ze śmiechem Mark Hartfield.
Vincent, który do tej pory milczał, powiedział:
-Jeśli Prudencja zechce, to ja bardzo chętnie się z nią ożenię.
-Przypuszczam, że nawet gdybyś był ostatnim facetem na tej planecie, nie tknęłabym cię małym palcem, ty zakochany w sobie palancie - odpowiedziała mu dziewczyna tak cicho, żeby tylko on mógł usłyszeć jej słowa.
-Obawiam się, że zmieniłabyś zdanie, gdybyś wiedziała, jak mógłbym cię zadowolić.
-Błagam, nie pochlebiaj sobie. Jesteś tak bezczelny, że Rhett Butler to przy tobie napalony trzynastolatek. Chociaż on, w przeciwieństwie do ciebie, był pociągający.
-Oj, zabolało. Potrafisz ranić - zaśmiał się.
-Przestań. Mam dosyć tej bezsensownej rozmowy. Lepiej zajmij się Edith - kiwnęła głową w stronę córki macochy - która zaczyna się ślinić na twój widok. Widzisz? Taką idiotkę nawet ty zadowolisz.
-Chyba nie lubisz swojej siostry.
-To nie jest moja siostra - powiedziała lodowatym tonem.
-Taa, jasne - odpowiedział, ale Prudencja nie miała siły się z nim dłużej kłócić.
Wszyscy rozmawiali głośno i od czasu do czasu wybuchali śmiechem. Prudencja raz, czy dwa mruknęła coś w odpowiedzi, kiedy inni próbowali włączyć ją do rozmowy. Vincent był duszą towarzystwa. Zabawiał gości swoimi historiami. Margaret i Edith były zachwycone jego charakterem i sposobem bycia. W trakcie opowiadania jakiegoś zdarzenia, Vincent żywo gestykulował. Wymachiwał rękami, by w końcu, niby przypadkiem położyć dłoń na nodze Prudencji. Zatrzymał palce na skraju jej sukienki i zaczął ochoczo wędrować w górę, docierając do brzegu pończochy. Dziewczyna spojrzała w dół i syknęła ze złości. Powiedziała kątem ust:
-Zabieraj tą cholerną rękę z mojej nogi, albo źle to się dla ciebie skończy.
Stanley usłyszał jej słowa i zobaczył dłoń Vincenta spoczywającą na odchylonej sukience dziewczyny. Od razu sięgnął powoli w jego stronę i zmiażdżył w uścisku jego palce. Powiedział ledwo dosłyszalnie:
-Jeśli jeszcze raz ją tkniesz tym swoim brudnym łapskiem, to włożę ci go do gardła.
Vincent zaśmiał się głośno, jakby usłyszał jakiś wyjątkowo dobry żart.
-Taki jesteś tego pewny? No to chodź na zewnątrz, zobaczymy jaki będziesz odważny jeden ja jednego.
-Ja i Vincent na chwilę wychodzimy się przewietrzyć - powiedział od razu Stanley, kierując swoje słowa w stronę ojca.
-Co ty wyprawiasz? - spytała histerycznym szeptem Prudencja.
-Zostań tutaj. Zaraz wszystko załatwimy i będzie po sprawie - podniósł się z miejsca.
-Nic z tego. Idę z wami - odpowiedziała. - Ja też chyba muszę się przewietrzyć - dodała, spoglądając na ojca.
Cała trójka wyszła na zewnątrz. Skierowali się w stronę parkingu. Stanęli obok budynku.
-No więc co ci się nie podoba, Stan? - spytał drwiąco Vincent.
-Co mi się nie podoba? Może to, że obmacujesz Prudencję?
-A od kiedy to z ciebie taki świętoszek, co? Jakoś kiedyś się takimi sprawami nie przejmowałeś. Może już nie pamiętasz?
-Przestań. To było dawno.
Prudencja stała obok nich ze zdezorientowaną miną.
-To taka sama sytuacja, jak wtedy! - wykrzyknął Vincent.
-Uspokójcie się, okay? Nie wiem, o czy rozmawiacie, ale mamy tu chyba inną sprawę. Jeżeli jeszcze raz spróbujesz mnie dotknąć, to ci nie daruję - powiedziała Prudencja, stając naprzeciwko czarnowłosego chłopaka.
-Dlaczego znów się denerwujesz, ślicznotko? Nie mów, że ci się nie podobało.
Dziewczyna nie wytrzymała. Z całej siły popchnęła Vincenta. Ten niczego się nie spodziewał, bo poleciał do tyłu, uderzając w kamienną ścianę za plecami. Osunął się na ziemię. Prudencja i Stanley ujrzeli w świetle lamp krwistą smugę, płynącą od miejsca, w którym głowa Vincenta spotkała się z budynkiem. Chłopak leżał na ziemi z zamkniętymi oczami. Jego pierś unosiła się coraz wolniej. W ułamku sekundy przestał oddychać, a Prudencja zaklęła głośno, przysłaniając usta drżącą ze strachu dłonią.
-Przesadzasz. Lepiej już chodź, bo spóźnimy się do szkoły - uciął Stanley i ruszył w drogę.
Nagle za ich plecami rozległ się drwiący głos:
-Oho! A oto moje małe gołąbeczki! - wykrzyknął Vincent.
-O nie! Tylko nie ten kretyn... - powiedziała cicho Prudencja.
Stanley parsknął śmiechem.
-Mogę dołączyć, czy jesteście zajęci? - i nie czekając na odpowiedź, zrównał się z nimi.
Przez resztę drogi musieli znosić jego chamskie odzywki i przytyki do rzekomego związku Stanleya i Prudencji. Dopiero pod drzwiami wejściowymi powiedział:
-Słyszeliście już dobrą nowinę? W sobotę nasi kochani tatusiowie chcą się spotkać. Wszyscy razem. Całą rodziną - dodał ze sztucznym uśmiechem.
-O nie! Znów? - wyrwało się dziewczynie.
-A co? Masz coś ciekawszego do roboty? - powiedział wyjątkowo głośnym szeptem. - To może mógłbym do ciebie dołączyć? - zapytał, mrugając kokieteryjnie.
-Daruj sobie, okay? Takie nędzne teksty możesz skierować do kogoś, kogo one obchodzą. A mnie to, niestety, nie dotyczy - warknęła i skierowała się ku swojej klasie.
Nadeszła sobota. Kolejne planowane spotkanie miało nastąpić za dwie godziny. Wtedy to Prudencja miała poznać matkę Vincenta. Zastanawiała się, czy ta 'polubi' ją tak samo, jak rodzice Stanleya. Nie bardzo się tym przejmowała. Myślała tylko o tym, by odhaczyć to spotkanie i mieć święty spokój.
Ojciec kazał jej się ubrać przyzwoicie, więc włożyła czarną sukienkę z rękawami trzy czwarte, która ciasno opinała jej sylwetkę. Sięgała do połowy ud i miała dekolt w kształcie serca, który uwydatniał jej piersi. Tego wieczoru zrezygnowała z glanów, czy creepersów na rzecz botków na grubym, siedmiocentymetrowym słupku. Na szyję założyła cienki choker. Czerwone włosy spieła w luźny kok i pomalowała usta bordową szminką. Przejrzała się w lustrze. Wyglądała kobieco, ale nie tak wyzywająco, jak zwykle.
Przybyli do restauracji pięć minut przed czasem. Usiedli przy wielkim okrągłym stole w oczekiwaniu na resztę gości. Chwilę potem rodziny Carlstonów były na miejscu. Rodzice zdecydowali, że młodsi powinni usiąść obok siebie, ponieważ 'Pewnie tyle mają sobie do powiedzenia' - jak stwierdziła macocha Prudencji, Margaret. Tak więc dziewczyna była zmuszona usiąść między Stanleyem, a (o zgrozo!) Vincentem.
Ojciec Prudencji zwrócił się do matki tego drugiego, Jane.
-Jeszcze nie poznałaś mojej córki, Prudencji.
-Och, Derek mi już o niej opowiadał. Mówił, że to urocza dziewczyna, idealna na żonę dla Vincenta - zaśmiała się.
Miała około czterdziestu pięciu lat. Była zadbana i elegancko ubrana. Margaret, choć młodsza, mogła się od niej uczyć tak starannego wyglądu.
Na jej słowa, dziewczyna popatrzyła krzywo na swojego ojca i jego rozmówczynię.
-Uśmiałam się - zadrwiła cicho dziewczyna. Siedzący obok niej Stanley podnosił właśnie kieliszek wina do ust, parsknął w niego, słysząc jej słowa.
-Nie chcę cię martwić, Jane, ale raczej nie wyobrażam sobie, żeby moja córka w najbliższym czasie wyszła za mąż - odpowiedział ze śmiechem Mark Hartfield.
Vincent, który do tej pory milczał, powiedział:
-Jeśli Prudencja zechce, to ja bardzo chętnie się z nią ożenię.
-Przypuszczam, że nawet gdybyś był ostatnim facetem na tej planecie, nie tknęłabym cię małym palcem, ty zakochany w sobie palancie - odpowiedziała mu dziewczyna tak cicho, żeby tylko on mógł usłyszeć jej słowa.
-Obawiam się, że zmieniłabyś zdanie, gdybyś wiedziała, jak mógłbym cię zadowolić.
-Błagam, nie pochlebiaj sobie. Jesteś tak bezczelny, że Rhett Butler to przy tobie napalony trzynastolatek. Chociaż on, w przeciwieństwie do ciebie, był pociągający.
-Oj, zabolało. Potrafisz ranić - zaśmiał się.
-Przestań. Mam dosyć tej bezsensownej rozmowy. Lepiej zajmij się Edith - kiwnęła głową w stronę córki macochy - która zaczyna się ślinić na twój widok. Widzisz? Taką idiotkę nawet ty zadowolisz.
-Chyba nie lubisz swojej siostry.
-To nie jest moja siostra - powiedziała lodowatym tonem.
-Taa, jasne - odpowiedział, ale Prudencja nie miała siły się z nim dłużej kłócić.
Wszyscy rozmawiali głośno i od czasu do czasu wybuchali śmiechem. Prudencja raz, czy dwa mruknęła coś w odpowiedzi, kiedy inni próbowali włączyć ją do rozmowy. Vincent był duszą towarzystwa. Zabawiał gości swoimi historiami. Margaret i Edith były zachwycone jego charakterem i sposobem bycia. W trakcie opowiadania jakiegoś zdarzenia, Vincent żywo gestykulował. Wymachiwał rękami, by w końcu, niby przypadkiem położyć dłoń na nodze Prudencji. Zatrzymał palce na skraju jej sukienki i zaczął ochoczo wędrować w górę, docierając do brzegu pończochy. Dziewczyna spojrzała w dół i syknęła ze złości. Powiedziała kątem ust:
-Zabieraj tą cholerną rękę z mojej nogi, albo źle to się dla ciebie skończy.
Stanley usłyszał jej słowa i zobaczył dłoń Vincenta spoczywającą na odchylonej sukience dziewczyny. Od razu sięgnął powoli w jego stronę i zmiażdżył w uścisku jego palce. Powiedział ledwo dosłyszalnie:
-Jeśli jeszcze raz ją tkniesz tym swoim brudnym łapskiem, to włożę ci go do gardła.
Vincent zaśmiał się głośno, jakby usłyszał jakiś wyjątkowo dobry żart.
-Taki jesteś tego pewny? No to chodź na zewnątrz, zobaczymy jaki będziesz odważny jeden ja jednego.
-Ja i Vincent na chwilę wychodzimy się przewietrzyć - powiedział od razu Stanley, kierując swoje słowa w stronę ojca.
-Co ty wyprawiasz? - spytała histerycznym szeptem Prudencja.
-Zostań tutaj. Zaraz wszystko załatwimy i będzie po sprawie - podniósł się z miejsca.
-Nic z tego. Idę z wami - odpowiedziała. - Ja też chyba muszę się przewietrzyć - dodała, spoglądając na ojca.
Cała trójka wyszła na zewnątrz. Skierowali się w stronę parkingu. Stanęli obok budynku.
-No więc co ci się nie podoba, Stan? - spytał drwiąco Vincent.
-Co mi się nie podoba? Może to, że obmacujesz Prudencję?
-A od kiedy to z ciebie taki świętoszek, co? Jakoś kiedyś się takimi sprawami nie przejmowałeś. Może już nie pamiętasz?
-Przestań. To było dawno.
Prudencja stała obok nich ze zdezorientowaną miną.
-To taka sama sytuacja, jak wtedy! - wykrzyknął Vincent.
-Uspokójcie się, okay? Nie wiem, o czy rozmawiacie, ale mamy tu chyba inną sprawę. Jeżeli jeszcze raz spróbujesz mnie dotknąć, to ci nie daruję - powiedziała Prudencja, stając naprzeciwko czarnowłosego chłopaka.
-Dlaczego znów się denerwujesz, ślicznotko? Nie mów, że ci się nie podobało.
Dziewczyna nie wytrzymała. Z całej siły popchnęła Vincenta. Ten niczego się nie spodziewał, bo poleciał do tyłu, uderzając w kamienną ścianę za plecami. Osunął się na ziemię. Prudencja i Stanley ujrzeli w świetle lamp krwistą smugę, płynącą od miejsca, w którym głowa Vincenta spotkała się z budynkiem. Chłopak leżał na ziemi z zamkniętymi oczami. Jego pierś unosiła się coraz wolniej. W ułamku sekundy przestał oddychać, a Prudencja zaklęła głośno, przysłaniając usta drżącą ze strachu dłonią.
coo ?! Jak mogłaś w tym momencie przerwać ?! Co z Vincentem ?!! <3
OdpowiedzUsuńGenialne !!
OMFG !!! To jest świetne ! codziennie sprawdzam po kilka razy czy nie wstawiłaś kolejnego rozdziału i JAK MOGŁAŚ SKOŃCZYĆ W TAKIM MOMENCIE ?!
OdpowiedzUsuńJeszcze nigdy nie czekalam na cos tak bardzo jak czekam na twojego bloga, dodawaj rozdzialy czesciej bo sa cuuudowne!!!
OdpowiedzUsuńWgl jak moglas skonczyc w takim momencie, ale cos mi sie wydaje ze wiem jak sie zacznie nastepny rozdzial, ktory dodasz, mam nadzieje, bardzo szybko.
Wiedz, ze umilasz mi twoim blogiem przygotowania do maturki <3
I jeszcze jedno, czy to przypadek ze sytuacja z potraconym psem i wypieraniem sie Stanleya ze ma jakies moce przypomina mi sytuacje z poczatku Zmierzchu??
Pozdrawiam <3
Nie czytałam Zmierzchu, więc chyba przez przypadek :D i cieszę się, że się podoba ;)
UsuńAa xD A moge zapytac ile masz lat? Ciekawosc mnie zjada :p
UsuńW marcu minie 16 wiosen ;)
UsuńNo to jeszcze wieksze poklony, ze w tak mlodym wieku potrafisz tak niesamowicie pisac :)
UsuńBardzo mi miło ;)
UsuńTyle czekałam na ten rozdział, a ty skończyłaś w takim momencie..
OdpowiedzUsuńAle mimo wszystko genialny!
Genialne! Jak mogłaś skończyć w takim momencie?!!!!!!! Czekam z niecierpliwością na kolejne!
OdpowiedzUsuńTwój blog jest cudowny codziennie sprawdzam czy pojawia się następny rozdział.A ten był naprawdę godny pokłonów ! ;D czekam na dalsze rozdziały ! oby jak najszybciej się pojawiały ;) ! <3
OdpowiedzUsuńStalney go ocali, no nie? :D
OdpowiedzUsuń