sobota, 28 marca 2015

Rozdział 29.

-Nie dzisiaj, Stan. Naprawdę jestem zmęczony. Może jutro?
  Prudencja usłyszała głos swojego brata, dochodzący zza uchylonych drzwi jego pokoju. Zajrzała do niego. Siedział przy biurku, rozmawiając przez telefon.
-Sorry, Stan. Muszę kończyć, baw się dobrze - pożegnał się i odwrócił w stronę siostry.
-Co tam? - zagadnął.
-Nic, tak tylko wpadłam. Nudzi mi się.
-To idź gdzieś. Rozerwij się. Ostatnio ciągle siedzisz nad książkami.
-Ostatnio to ja ciągle gdzieś chodzę - poskarżyła się. - No chyba, że pójdziesz ze mną.
-Przepraszam, Yoko. Nie mam dziś ochoty. Właśnie dzwonił Stanley i chciał mnie dokądś wyciągnąć. Idź sama.
-W sumie czemu nie?
  Dziewczyna przymknęła drzwi pokoju brata i wróciła do siebie. Ubrała się szybko w bordową rozkloszowaną spódnicę, czarną koszulkę z małą kieszonką na piersi i czarne zakolanówki. Wciągnęła na nogi trzydziestodziurkowe białe glany, włożyła skórzaną kurtkę i wyszła z domu.
  Luty przeistaczał się w marzec. Było odrobinę cieplej, ale wiecznie chmurne niebo dawało o sobie znać. Był już wieczór, więc chciała jak najszybciej dotrzeć na miejsce. Weszła do ciemnego pomieszczenia. Był to jej ulubiony klub. Spędzała tam dużo czasu. Tej soboty nie było zbyt wiele osób. Kilkanaście par tańczyło, ale większość siedziała przy stolikach. Prudencja od razu skierowała się do baru. Zamówiła krwawą Mary. Wypiła łyk, kiedy odezwał się barman.
-Często cię tu widzę - zagadnął.
-Bo często tu jestem - odparła wspaniałomyślnie.
-Doug.
-Yoko.
-Miło mi.
-Mnie również.
-Czekasz na kogoś?
-Dlaczego pytasz?
-Bo jakiś facet się na ciebie gapi od chwili, kiedy tu weszłaś.
  Dziewczyna nie była zbyt zainteresowana, ale spytała:
-Jak wygląda?
-Długie, lekko kręcone blond włosy, czarna koszulka.
  Na te słowa od razu się spięła.
-Gdzie jest?
-Twoja lewa, obok laski w za małej mini.
  Prudencja odwróciła się i spojrzała prosto w oczy Stanleya. Siedział z jakąś dziewczyną, która uwiesiła się jego szyi. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, aż w końcu Yoko odwróciła głowę.
-Twój były? - spytał barman.
-Nie. To tylko taki jeden chłopak ze szkoły, na którego widok mam ochotę się porzygać - odpowiedziała szczerze.
  Barman zaśmiał się.
-Nawet nie chcę pytać, co ci zrobił. Cholera - dodał. - Ty to masz dopiero branie. Kolejny typek się na ciebie gapi. Ciemne długie włosy, wysoki. Przy wejściu.
  Prudencja obróciła się i w miejscu wskazanym przez barmana zobaczyła Vincenta.
-O cholera - powiedziała cicho, kiedy zobaczyła, że idzie w jej stronę.
-Raczej niemiłe spotkanie? - spytał Doug.
-Jakbyś zgadł. Wódka. Szybko.
  Barman chwilę później postawił przed nią pełny kieliszek. Opróżniła go jednym haustem i zobaczyła obok siebie wysoką postać Vincenta.
-Piwo proszę - powiedział.
  Usiadł na stołku obok Prudencji i początkowo nie zwracał na nią uwagi. Otrzymał swoje zamówienie, a dziewczyna poprosiła Douga i kolejny kieliszek.
-Nie za dużo tej wódki? - spytał nagle Vincent.
-Gówno cię to obchodzi - odpowiedziała opryskliwie.
-Jesteś na mnie zła?
-Ja? Skąd.
-Czyli jesteś?
-Nie udawaj, że jesteś zdziwiony - powiedziała i wypiła kolejną setkę.
-No dobrze, nie jestem.
-Masz jakąś sprawę?
-Mam.
-Więc?
-Przepraszam.
  Dziewczyna odwróciła głowę w jego stronę.
-Słucham?
-Powiedziałem: przepraszam.
-Żartujesz sobie?
-Dlaczego miałbym żartować? Przepraszam, że byłem cholernym dupkiem i zrobiłem ci to wszystko. Pewnie nie chcesz ze mną rozmawiać, nie dziwię ci się. Ale serio przepraszam.
  Yoko słuchała jego słów, ale po chwili wyłączyła się na otaczającą ją rzeczywistość. Przypomniała sobie, że jeszcze kilka dni temu inna osoba przepraszała ją za swoje zachowanie. Widziała w głowie Stanleya, który prosił ją, by zapomniała o jego zachowaniu. Widziała, że jest mu przykro. Ale stłumiła to uczucie i wysłała go do wszystkich diabłów.
-Słuchasz mnie?
-Nie.
-Przynajmniej jesteś szczera.
-W przeciwieństwie do ciebie - powiedziała pod nosem.
-Co mówiłaś?
-Nic, nic - mruknęła i zobaczyła śmiejącego się barmana.
-To jak? Wybaczysz mi?
-Hmm - zamyśliła się, stukając ironicznie palcem wskazującym po brodzie - Biorąc pod uwagę wszystkie aspekty naszej znajomości, twojego okropnego zachowania i głupich odzywek sądzę, że nie. Nie wybaczam ci.
-Dlaczego?
-Bo uważam, że nie jesteś ze mną szczery. I mam cię gdzieś. Naprawdę nie potrzeba mi do szczęścia ciebie. Wręcz przeciwnie.
-Chodzi o Stanleya? - spytał.
-A co ma z tym wspólnego Stanley?
-Myślałem, że twój blond włosy książę nie może ci się oprzeć. Ale chyba znalazł pocieszenie w kim innym.
  Prudencja mimowolnie spojrzała w stronę Stanleya. Tkwił w namiętnym uścisku ze swoją towarzyszką, ale Yoko zauważyła, że nad jej ramieniem spogląda na osoby siedzące przy barze.
-Mam gdzieś i jego, i ciebie. Jesteście siebie warci. Faceci - prychnęła. - Do ciebie nic nie mam, Doug - zwróciła się do barmana - ale mężczyźni serio zaczynają mnie irytować - dokończyła i opróżniła następny kieliszek wódki.
  W głowie zaczynało jej szumieć. Spoglądała na Stanleya i odczuwała coś dziwnego. Widziała go z jakąś dziewczyną nie pierwszy raz, ale zrobiło jej się odrobinę przykro. Jeszcze kilka dni temu to ją próbował zaciągnąć do łóżka. Co by było, gdyby mu uległa? Czy żałowałaby swojej decyzji? Zganiła się w myślach, że w ogóle rozważa te wydarzenia. Nie powinna tego robić.
-Chodźmy zatańczyć - powiedziała nagle do Vincenta.
-To znaczy, że mi wybaczasz? - spytał zdziwiony.
-Nie, to znaczy, że chcę zatańczyć - odpowiedziała i zsunęła się ze stołka.
  Vincent również wstał i poszedł za dziewczyną na parkiet. Yoko chciała mieć pewność, że Stanley ją zauważy. Niech wie, że ma go gdzieś. Zarzuciła ręce na szyję Vincenta, on położył dłonie na jej talii. Czuła się zbyt rozluźniona. Kręciło jej się w głowie. Zdecydowanie była pijana.
-Może pójdziemy do mnie? - szepnął jej do ucha chłopak.
  Prudencja uśmiechnęła się z udawaną szczerością i odpowiedziała mu słodkim głosem.
-Nie jestem aż tak pijana.
-Ale jesteś wystarczająco pijana, żeby ze mną tańczyć?
  'Jestem wystarczająco pijana, żeby z tobą tańczyć na złość Stanleyowi' - pomyślała. Odpowiedziała mu natomiast:
-Po prostu tańczymy, okay? Potem o tym zapomnisz.
-To chyba nie będzie takie łatwe.
-Dlaczego?
-Bo twoje ruchy są dość specyficzne, zdecydowanie zapadające w pamięć.
  Prudencja zachichotała jak małe dziecko i wciąż kołysała biodrami. Vincent przyciskał ją do siebie. Dziewczyna nie była zbyt zadowolona z bliskości chłopaka, ale była pijana i mało ją to obchodziło. Musiała pokazać Stanleyowi, że nie interesuje ją jego osoba.
  Kiedy Yoko o tym myślała, zauważyła poruszenie wśród tańczących, którzy rozstępowali się przed kimś, kto przepychał się między nimi. Prudencja usłyszała przekleństwa i obelgi pod jego adresem. Sama była odrobinę ciekawa, kto jest aż takim chamem, by nie zwracać uwagi na tłum. W końcu wszystko się wyjaśniło. Ludzie rozstąpili się jak Morze Czerwone przed Mojżeszem. A był nim Stanley. Zbliżył się do niej. Przestała tańczyć.
-Wracasz do domu - rzucił do niej.
-Spierdalaj.
-W tej chwili tu chodź, albo cię zaniosę.
-Nie zrobisz tego.
-Też myślałem, że się przede mną nie rozbierzesz - powiedział cicho i pochylił się. 
-Co ty wyp... - urwała, bo poczuła, że jej nogi odrywają się od podłogi.
  Została niezbyt delikatnie zarzucona na ramię tak, że jej głowa zwisała w okolicach pleców Stanleya, który ją uniósł. Trzymał jej nogi ramieniem. Usłyszała, że warknął coś w stronę Vincenta i ruszył w stronę wyjścia. Po chwili byli na dworze.
-Puszczaj mnie! - krzyczała.
  Próbowała go kopnąć, ale mocno ją trzymał. Poczuła jego rękę na swoich biodrach.
-Znów zaczynasz? Zabieraj te łapy!
-Spódnica ci się podwinęła. Jak chcesz świecić gołym tyłkiem, to ją zabiorę.
  Jęknęła z bezsilności.
-Zamierzasz mnie tak nieść przez całą drogę?
-Możliwe.
-Cholera, puszczaj mnie. Nie jestem dzieckiem.
-Naprawdę? Bo zdawało mi się, że się tak zachowujesz.
-Jesteś popieprzonym, głupim, zaborczym, niezrównoważonym psychicznie dupkiem.
-Mów dalej. Uwielbiam cię słuchać.
-Przez ciebie zaraz spadną mi okulary.
-Odkupię ci nowe.
-Puszczaj.
-Nie.
  Zrobiła jedyną rzecz, na jaką pozwalały jej ograniczone ruchy. Klepnęła go dłonią w tyłek.
-Ja też tak potrafię - powiedział i zamachnął się, uderzając lekko jej pośladki.
-Dupek! Świr, porywacz, idiota - recytowała kolejne obelgi.
-Bezmyślna, - przerwał jej -  nieodpowiedzialna, niepoważna, dziecinna, nierozważna. Mam mówić dalej?
-Zamknij się i mnie puść.
-Dlaczego?
-Co: dlaczego?
-Dlaczego mam cię puścić?
-Bo.. No postaw mnie na ziemię!
-Nie podałaś żadnego argumentu.
-Bo jestem pijana i mam gdzieś argumenty. Postaw mnie w tej chwili.
-Jak sobie życzysz - powiedział i postawił ją na nogi.
  Prudencja zachwiała się, ale Stanley przytrzymał ją. Oparła się o niego.
-Kręci mi się w głowie - powiedziała cicho.
-Widzisz? W ostatnią sobotę byłem w takim stanie, jak ty teraz. I co? Dobrze się czujesz? Myślisz racjonalnie?
-Stanley, proszę.
-Ja też prosiłem. Ale do ciebie nic nie dociera. Naprawdę zachowujesz się jak dziecko. Mam cię dosyć. Naprawdę mam dosyć ciebie i twojej lekkomyślności.
-Nie mów tak - prosiła cicho.
-Mam nie mówić prawdy? Dlaczego?
-Bo to boli - przyznała.
-Prawda najczęściej boli. Myślałem, że już się tego nauczyłaś - powiedział beznamiętnie.
  Prudencji nagle zrobiło się strasznie przykro. Poczuła łzy cisnące się do oczu. Nie mogła pozwolić im płynąć. Zachwiała się i potknęła. Stanley podniósł ją i trzymał na rękach jak dziecko. Yoko oplotła jego szyję i oparła się o pierś. Miał na sobie rozpiętą czarną kurtkę. Prudencja zsunęła jedną dłoń z jego szyi i włożyła ją pod kurtkę, dotykając jego ciepłego brzucha pod warstwą koszulki. Przesuwała palcem po jego napiętym brzuchu.
-Nie lubisz mnie - stwierdziła cicho.
-Nie powiedziałem tego.
-Mówiłeś, że masz mnie dość.
  Stanley nie odpowiedział. Znaleźli się pod domem Prudencji. Dziewczyna ostrożnie odsunęła się od niego, a on delikatnie postawił ją pod drzwiami.
-Dasz sobie radę? - spytał.
-Powiedziałeś, że masz mnie dość - powiedziała nagle. - Wszyscy mają mnie dość. Tato też. I Ringo. I Brian z Milesem mają dość moich problemów. Wszyscy - powiedziała z naciskiem. - Myślałam, że ja mam dość ciebie. Ale nie. To ty masz dość mnie. Zawsze tak było. Zawsze było mnie za dużo.
  Odwróciła się w stronę drzwi i sięgnęła do klamki.
-Poczekaj - powiedział Stanley łagodniejszym tonem i złapał ją za ramię.
  Prudencja popatrzyła na chłopca stojącego obok niej. Wyciągnęła dłoń w stronę jego twarzy i przejechała opuszkami palców po miękkim zaroście na szczęce. Niespodziewanie Stanley pochylił się aż do jej ust. Wziął w dłoń jej podbródek i wychylił go ku górze. Prudencja patrzyła na niego przerażonym wzrokiem. Musnął wargami jej usta. Tak delikatnie, że ledwie je poczuła. I odszedł, zostawiając ją z setkami myśli.

wtorek, 24 marca 2015

Rozdział 28.

  W poniedziałek Prudencja specjalnie zebrała się dosyć wcześnie, by móc wyjść do szkoły przed swoim bratem, który zazwyczaj szedł ze Stanleyem. Piętnaście minut przed zwykłym czasem wybiegła z domu, rzucając tylko:
-Na razie!
  Szła szybko ze słuchawkami w uszach. Jej kroki odbijały się echem po jeszcze dość pustej ulicy. Podśpiewywała cicho jakąś piosenkę i chwilę później była pod szkołą. Umówiła się z Brianem i Milesem, by opowiedzieć im o wydarzeniach z soboty.
  Kiedy dotarła pod budynek, zastała tam już swoich kolegów.
-No hej, Yoko - przywitał się Miles.
-Cześć chłopaki! Chodźcie do szkoły, to wam wszystko opowiem.
  Weszli razem na górę. Zajęli ławkę pod klasą i usiedli. Prudencja siadła okrakiem, tak, że siedziała przodem do ich profilów. Dookoła było już sporo uczniów, ale nikt nie zwracał na nich uwagi. Prudencja musiała wykorzystać fakt, że Stan nie przyszedł jeszcze do szkoły i chciała spokojnie opowiedzieć, co działo się podczas weekendu.
-To co się stało? - spytał ciekawy Brian.
-Było tak: poszliśmy ze Stanleyem i Ringo do klubu. Chłopaki trochę wypili. No dobrze, dużo wypili. Szczególnie Stan. Po godzinie Ringo wyszedł z jakąś laską, a ja musiałam się zająć pijanym Stanleyem.
  Prudencja opowiadała ze szczegółami, a szkoła zapełniała się uczniami. Kiedy zakończyła, chłopcy patrzyli na nią z mieszaniną zdziwienia i wesołości.
-To wcale nie było śmieszne - obruszyła się.
-Okay, okay. A powiesz o tym Stanleyowi?
-Co? - zdziwiła się. - Nigdy nie opowiem tego Stanleyowi.
-Czego mi nie opowiesz? - nagle za jej plecami rozległ się głos.
  Dziewczyna popatrzyła przerażonymi oczyma na Briana i Milesa. W ich twarzach wyczytała, kto jest za nią. Powoli odwróciła głowę. Zobaczyła stojącego Stanleya. Miał rozpuszczone kręcone włosy, czarną ramoneskę i ciemne levisy. Dziewczyna popatrzyła na niego, a on powtórzył:
-O czym mi nie powiesz?
  Jego mina nie zdradzała żadnych emocji. Prudencja nie wiedziała, czy jest wkurzony, czy było mu obojętne, o czym rozmawiali.
-A o czym miałabym ci nie mówić? - powiedziała. sztucznie zdziwionym głosem.
-Mówiłaś: nigdy nie powiem o tym Stanleyowi. O czym?
-Wiesz, nie ty jedyny masz na imię Stanley.
-Tak? - spytał, podnosząc w górę brwi w wyrazie niedowierzania. - A ja mam jakieś dziwne przeczucie, że jednak chodziło o mnie.  - Zniżył głos, po czym dodał - I że ma to coś wspólnego z sobotnim wieczorem.
-Twoje przeczucia są godne najznakomitszych jasnowidzów - zadrwiła.
-Jak zwykle zabawna - odparł chłopak. - Więc o czym mi nie powiesz? - spytał znów, ale zadzwonił dzwonek.
  Przez całą lekcję Stan wpartywał się w Prudencję, która natomiast unikała jego wzroku. Podczas reszty dnia Ringo co jakiś czas pytał, dlaczego jego siostra i najlepszy kolega patrzą na siebie wilkiem i w swoim towarzystwie rozmawiają jedyne monosylabami, a do siebie zwracają się drwiąco i z krzywymi minami.
  Pod koniec dnia wszyscy udali się pod salę gimnastyczną. Prudencja jak zwykle była sama w szatni. Zdjęła dżinsy i wciągnęła na siebie luźne granatowe szorty. Kiedy miała zdejmować bluzkę, drzwi nagle się otworzyły. A stał w nich Stanley.
-To damska szatnia. Zmieniłeś płeć czy chciałeś pooglądać dziewczyny w samej bieliźnie? - rzuciła na powitanie dziewczyna.
  Chłopak był już przebrany na wuef. Miał związane włosy, krótkie spodnie i czarną koszulkę podkreślającą jego umięśniony brzuch i ręce. Zamknął za sobą drzwi i zbliżył się o dwa kroki w stronę Yoko.
-Wyjdź, nie skończyłam się przebierać.
-To może poczekać. Musimy pogadać.
-Jeśli nie masz z kim porozmawiać, to idź do szkolnego psychologa. On ci pomoże. Ja niestety nie jestem wykwalifikowana pod tym względem.
-Sądzę że z moimi problemami dasz radę. Psychologa raczej by to przerosło. A ty do tego nadajesz się idealnie.
  Prudencja westchnęła. Wzięła do ręki swój t-shirt i pomachała nim.
-Chcę się przebrać, a ty mi nie pozwalasz. Wyjdź.
-Muszę z tobą porozmawiać! - krzyknął.
-A ja muszę się przebrać! - naśladowała jego wzburzony głos.
-Skończ - powiedział tylko.
-Ja nawet nie zaczęłam.
-Poświęć mi chociaż chwilę.
-Nie - powiedziała jak małe dziecko i wzięła się pod boki z bluzką w jednej ręce.
-To tylko moment. Powiesz mi, co się działo w sobotę i dam ci spokój.
-Irytujesz mnie.
-Ty mnie też, ale nauczyłem się z tym żyć.
  Stanley powoli zbliżał się do Prudencji, a ona cofała się do tyłu. W końcu jej plecy dotknęły ściany. Dzielił ich zaledwie metr.
-Porozmawiaj ze mną - powiedział cicho.
-Muszę. Się. Przebrać - wycedziła przez zaciśnięte zęby. - Wyjdź.
-Nie wyjdę dopóki nie porozmawiamy.
-Nie wyjdziesz?
-Nie wyjdę - powtórzył.
-Ale ja chcę zmienić bluzkę. Jeśli nie wyjdziesz, to i tak to zrobię.
-Nie wierzę. Nie zrobiłabyś tego - powiedział, kręcąc głową.
-Sądzisz, że nie przebiorę się przy tobie?
-Tak, tak właśnie sądzę.
-No to mnie naprawdę słabo znasz - powiedziała. po czym jednym ruchem zdjęła bluzkę.

Stanley


  O kurwa. 
  Prudencja stała przede mną prawie naga od pasa w górę. Jej blade ciało zakrywał jedynie czarny koronkowy stanik. Boże, to takie podniecające. I chociaż byłem na nią nieźle wkurwiony, to na ten widok miałem ochotę się na nią rzucić i zdjąć ten cholerny biustonosz, który zasłaniał dwie pełne, jędrne... O nie! Mózgu, przestań. Stop!
-Więc uważałeś, że tego nie zrobię? 
  Jej głos wyrwał mnie z błogich rozmyślań na temat jej piersi. I nie tylko.
-Ja.. właściwie.. - odchrząknąłem - mogłem się po tobie spodziewać wszystkiego.
  Mówiłem do niej, ale moje oczy nie mogły oderwać się od kawałków jej nagiego ciała. 
-Teraz wreszcie wyjdziesz? - spytała i zakryła się odrobinę koszulką, którą trzymała w dłoni.
-W zasadzie..nie - odpowiedziałem.
  Nie wiem co mnie podkusiło. Zbliżyłem się do niej. Dzieliło nas pół kroku. Patrzyła na mnie tymi swoimi wielkimi oczami zza grubych szkieł okularów. Widziałem zdziwienie malujące się na jej twarzy. Widziałem, że rzuca ukradkowe spojrzenia w obie strony. Akurat w chwili, kiedy chciała uciec na prawo, oparłem rękę o ścianę obok jej głowy. Szybko się wycofała, próbując wyjść z drugiej strony. Szczelnie zablokowałem jej wyjście. 
-Wypuść mnie - powiedziała, ale nie była już tak pewna siebie. 
-Postawiłem pewien warunek. 
-Chcesz wiedzieć co się działo w sobotę?  - wykrzyknęła nagle.
  Ostrożnie skinąłem głową, ale przeczuwałem, co zaraz nastąpi.
-To trzeba było się nie upijać jak jakiś cholerny menel, a do tego zboczeniec! Mogłeś wypić o kilka kieliszków mniej, a wtedy z pewnością byś pamiętał, co robiłeś!
-Aż tak? - spytałem cicho.
-Wiesz, co robiłeś w sobotę? Kiedy z tobą tańczyłam, ty uznałeś, że mój tyłek będzie idealny na trzymanie na nim swoich cholernych rąk. A potem? Chciałam ci zrobić przysługę i zdjąć z ciebie ubrania. Ale co jaśnie pan pijany zrobił? Stwierdził, że fajnie będzie mnie..
-Nie kończ - przerwałem jej cicho.
-To co? Już nie chcesz wiedzieć? Jeszcze przed chwilą nie chciałeś mnie stąd wypuścić. Miałam mówić? Mówiłam. Więc teraz ty mi coś powiedz. Co ty sobie, kurwa, wyobrażałeś, co?
  Była wściekła. Staliśmy obok siebie coraz dłużej. Dzwonek już dawno wezwał na lekcję. Oboje prawie go nie słyszeliśmy. Opuściłem ręce.
-Przepraszam - powiedziałem tylko.
-Przepraszasz? Mam gdzieś twoje przeprosiny, wiesz?
-Uspokój się. Byłem pijany. Przeprosiłem cię. Co mogę jeszcze zrobić, żebyś dała temu spokój?
  Prudencja nie odpowiedziała. Spuściła głowę i nie patrzyła mi już w oczy. Zakrywała się koszulką. Poczułem, że powinienem wyjść, ale coś mnie powstrzymywało. Delikatnie położyłem rękę na jej nagim ramieniu. Wzdrygnęła się i próbowała odsunąć.
-Przepraszam - powtórzyłem.
  Odwróciłem się na pięcie i zostawiłem Prudencję sam na sam ze swoimi myślami.

sobota, 21 marca 2015

Rozdział 27.

  Promienie słońca powoli skradały się do okien. Było wcześnie, ale Prudencja nie mogła dłużej spać. Męczyły ją wspomnienia z poprzedniego wieczoru. Raz po raz odtwarzała w głowie kolejne sceny, pod wpływem których zaczynała się czerwienić. 'Jeśli Stanley będzie pamiętał, to chyba zapadnę się pod ziemię' - pomyślała. Dotknęła palcami szyi i pomyślała o ustach chłopaka, które jeszcze kilka godzin temu po niej wędrowały. Zaczynała się przekonywać do Stana, ale jego zachowanie otrzeźwiło jej umysł. Był pijany, to prawda, ale nie mogło go to usprawiedliwić. Wzdrygnęła się i wyszła spod kołdry. Wstąpiła do łazienki, by wyszczotkować zęby i w króliczkowatych kapciach zeszła na dół. Była ubrana we flanelową piżamę w szkocką kratę, składającą się z długich spodni i rozpinanej koszuli.
  W domu było cicho. Tyko Prudencja już wstała. Ringo był na górze, a z salonu dobiegał miarowy oddech Stanleya. Dziewczyna zabrała się za robienie śniadania. Wyjęła składniki potrzebne do zrobienia naleśników. Uruchomiła mikser i wymieszała wszystko ze sobą. Kiedy wyłączyła urządzenie, zobaczyła plecy przeciągającego się Stanleya. Nie odezwała się. Obserwowała kątem oka, jak zakłada buty. Wszedł do kuchni, trzymając w rękach koszulkę. Miał potargane włosy i zaspane oczy.
-Dzień dobry - powiedział zachrypniętym głosem.
-W lodówce jest woda - rzuciła tylko.
  Chłopak uśmiechnął się i wyjął butelkę. Prudencja starała się nie patrzeć na jego nagi tors. Była na niego zła, ale starała się tego zbytnio nie okazywać. Bała się niewygodnych pytań.
-Ringo wstał? - spytał.
-Śpi. Łazienka na górze - wskazała palcem sufit.
-Dzięki - odpowiedział i wszedł szybko po schodach.
  Stanley wrócił po dziesięciu minutach. Yoko zdziwiła się, że w tak krótkim czasie zdołał doprowadzić się do porządku. Wyglądał świeżo. Usiadł na stołku barowym i zlustrował dziewczynę spojrzeniem.
-Ładna piżama - powiedział i uśmiechnął się leniwie, unosząc lewy kącik ust.
  Prudencja nie odpowiedziała na jego zaczepkę. Wyjęła z szafki czysty talerz i widelec, postawiła je przed chłopakiem, a obok nich położyła stosik naleśników, słoik dżemu i krem czekoladowy. Przewróciła zręcznym ruchem naleśnika leżącego na patelni i z powrotem podeszła do szafki i zabrała szklankę. Postawiła obok reszty naczyń stojących przed chłopakiem i zapełniła go sokiem pomarańczowym. Kontynuowała i spojrzała na Stanleya.
-Dlaczego nie jesz? Nie lubisz naleśników? - spytała.
-Eee, lubię. Po prostu trochę się zdziwiłem.
-Zdziwiłeś się, że robię śniadanie?
-Zdziwiłem się, że robisz śniadanie także dla mnie.
-Jedz. I nie zawracaj mi głowy - powiedziała tylko.
  Stanley uśmiechnął się do siebie i zabrał się za naleśniki. Wziął pierwszy kęs i jęknął.
-Pycha - powiedział z pełnymi ustami. - Wiesz co? Śniłaś mi się - powiedział.
-Ja? - spytała podejrzliwie.
-Tak, śniło mi się, że położyłaś mnie w salonie i..i.. - Stanley zająknął się.

Stanley


  O nie. To był sen. Tylko sen.
-Zapomniałem - powiedziałem szybko. 
-Zapomniałeś? - spytała mnie podejrzliwie Prudencja.
  Błagam, to mi się wydaje. Ona wcale się nie zaczerwieniła. Boże, co się stało wczoraj wieczorem?
-Nie mogę sobie przypomnieć, co się działo potem - dokończyłem dosyć kulawo.
  Czy ona westchnęła z ulgą? Nie, nie, nie. To był sen. Nic nie powiedziała. Ja też się nie odzywałem. Wziąłem się z powrotem za naleśniki. Nieważne kim była dla mnie ta dziewczyna, naleśniki robiła nieziemskie. Nie wiem jak długo tam siedziałem, jadłem i przyglądałem się Prudencji. 
  Wkrótce usiadła naprzeciw mnie i nałożyła na swój talerz naleśnika. Posmarowała go ogromną ilością kremu czekoladowego. I niby wszystkie dziewczyny się odchudzają? Oczywiście z małym wyjątkiem. Widać, że Prudencja raczej nie żałowała sobie słodyczy. Nie była ani trochę otyła. Wręcz przeciwnie. Miała pełne kształty, przez co stawała się strasznie seksowna. O nie, moje myśli szły w złym kierunku. 
-Gapisz się na mnie - powiedziała nagle.
-Nie gapię się.
  Wzruszyła ramionami. Jadła w ciszy. Dopiero wtedy zauważyłem, że kiedy nie ma przy niej Ringo, jest strasznie nieśmiała. Włosy opadały jej na twarz i odrzucała je niecierpliwym gestem. Bez makijażu wyglądała młodziej. Gdyby nie czerwone włosy, można by ją wziąć za grzeczną dziewczynę z wzorowym zachowaniem. Dobrze jednak wiedziałem, że słowo 'grzeczna' raczej do niej nie pasuje. 
-Nadal się gapisz. Przestań - powiedziała i znów się zaczerwieniła.
-A ty za dużo się czerwienisz - odpowiedziałem, a jej policzki zapłonęły mocniej. 
-To przestań się gapić - mówiąc nie patrzyła na mnie.
  Położyła widelec na pustym talerzu i odsunęła stołek. 
-Umyję naczynia - powiedziałem, ale ona już odkręcała wodę w kranie. 
  Podszedłem do niej i pokręciłem głową.
-Ale jesteś uparta.
-Nie, nie jestem.
-Jesteś. Pozwól mi chociaż je wytrzeć. 
-Okay - powiedziała niechętnie i podała mi mokry talerz. 
  Kiedy skończyliśmy, postanowiłem, że spytam ją o wczoraj.
-Co się wczoraj działo? Pamiętam tylko, że chciałaś mnie zabrać do domu. I trochę się opierałem.
-No tak. Powiedziałeś, że jeśli z tobą nie zatańczę, to nie pójdziesz.
-Nie.
-Tak.
-Cholera. Chyba się nie zgodziłaś, co? - spytałem.
-Nie miałam wyjścia - powiedziała cicho. - Nie mogłam cię tam zostawić.
-Tańczyliśmy? Jezu, dlaczego byłem pijany?
-Wierz mi, wolałabym z tobą tańczyć na trzeźwo. Ledwo cię trzymałam. I podeptałeś mnie - powiedziała z wyrzutem.
-Wolałabyś tańczyć ze mną na trzeźwo? Bardzo chętnie.
-Nie to miałam na myśli.
-Ale tak powiedziałaś. Będziesz kiedyś musiała dotrzymać słowa.
-Ja nic nie obiecywałam.
-Okay, okay. Ale mów dalej. Co się działo?
-Hmm - zamyśliła się. - Zachowywałeś się dość swawolnie.
-Swawolnie?
-Nie chcesz wiedzieć - mruknęła cicho.
-Prudencjo, powiedz mi. Czy ja coś.. no wiesz.. Zrobiłem ci coś, czego nie powinienem był robić?
  Zmartwiłem się. To chyba naprawdę nie był sen.
-Ja.. muszę iść się przebrać.
  Wstała i weszła po schodach na górę. Cholera, chyba była na mnie wkurzona. I nawet jej się nie dziwiłem. Musiałem wracać. Znalazłem na lodówce samoprzylepne karteczki i odkleiłem jedną. Obok leżał długopis. Zostawiłem wiadomość dla Prudencji i wyszedłem.

***


  Prudencja zeszła na dół już w ubraniu. Na blacie znalazła małą karteczkę, zapisaną koślawymi literami. 

Będziesz musiała mi wszystko opowiedzieć. Wszystko. Nie wiem, co Ci zrobiłem, ale muszę wiedzieć. Dowiem się, choćbym miał pytać barmana z tego klubu. Ale wolę to usłyszeć od Ciebie.
PS. Dziękuję za naleśniki. I za wszystko. 

  Nigdy mu tego nie opowie. Może pytać barmana. Barman nie będzie wiedział, co działo się już w domu. 

sobota, 14 marca 2015

Rozdział 26.

  Dzień po incydencie z Prudencją i Stanley'em w roli głównej dziewczyna postanowiła załatwić pewną sprawę. Ona i Vincent byli już przeszłością, a Ringo i Stan zostali przekonani, że nie warto zawracać sobie nim głowy. Chłopak unikał jak mógł brata Yoko. Kiedy jednak mu się to nie udawało, był popychany i wyjątkowo barwnie obrażany. Skoro jednak było już po wszystkim Prudencja musiała pogodzić się z Brianem i Milesem. Nie odzywała się do nich od grudnia. Nie mieli pojęcia dlaczego, ale dziewczyna nie miała wtedy ochoty im tego wyjaśniać. Możliwe, że było już za późno na odnowę przyjaźni, ale musiała spróbować. Kiedy po lekcjach Ringo miał zostać na treningu w piłkę nożną, Yoko zaczekała pod szkołą na Briana. Nie stała tam długo, bo ten zaraz wyszedł. Nie zwrócił na nią uwagi. Odwrócił się dopiero, kiedy go zawołała.
-Brian! Zaczekaj, proszę.
Chłopak zatrzymał się i spojrzał na nią. Nic nie powiedział. Tylko stał i czekał aż ona zrobi pierwszy ruch. Prudencja podeszła do niego.
-Możemy gdzieś porozmawiać?
-Nie mam czasu - rzucił szorstko.
-Zajmę ci tylko chwilę. To dla mnie ważne. Chcę ci to wszystko wyjaśnić. Tęsknię za wami. Za tobą i Milesem. Musisz mnie wysłuchać. Błagam.
-No dobrze - westchnął ciężko.
-Chodź - powiedziała i podeszła do ławki stojącej kilka metrów dalej. Usiadła i zaczekała na Briana. Kiedy był przy niej, zaczęła.
-To przez Vincenta. To znaczy nie tylko przez niego, bo to głównie moja wina - zaczęła i umilkła.
-Świetnie. To tyle? - spytał i podniósł się z ławki.
-Nie - zaprotestowała szybko i złapała jego dłoń. - Usiądź, proszę. On sobie wszystko przypomniał. Jego upadek był moją winą. Ja go popchnęłam, a on to pamiętał. I chciał iść na policję. Powiedział, że to zrobi jeśli nie będę udawać jego dziewczyny.
  Prudencja opowiadała swoją historię, a Brian zaczął uważnie słuchać, choć na początku był sceptycznie do tego nastawiony. Kiedy skończyła, nie odzywał się.
-Tak bardzo mi przykro - dodała.
  Brian nagle odezwał się.
-Wiesz jak nam było przykro? Zraniłaś mnie. Bardzo. Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi, a ty z dnia na dzień wszystko zmieniasz. Czułem się jak idiota. Zaufałem ci, a ty od tak stwierdziłaś, że masz nas gdzieś. To bolało, wiesz?
-Przepraszam. Tak bardzo żałuję, że od razu wam tego nie powiedziałam.
  Nagle obok nich zabrzmiał głos.
-Co ona tu robi? - Prudencja podniosła głowę i zobaczyła Milesa.
-Miles nie denerwuj się - powiedział jego chłopak.
-Mam się nie denerwować? Jaką bajeczkę ci znów wcisnęła?
-Ja już pójdę - powiedziała nagle Yoko i poszła w stronę domu.
  Dziewczyna była już prawie pod domem, kiedy usłyszała za sobą głośne kroki biegnących osób. Obejrzała się i zobaczyła Briana i Milesa. Drugi z chłopców od razu zaczął:
-Przepraszam, Yoko. Ja... po prostu przepraszam.
  Dziewczyna była zdziwiona i zaskoczona, ale uśmiechnęła się blado. Chłopcy zbliżyli się do niej i uścisnęli ją. Znów byli zgarną paczką.
-Wejdziecie? - spytała Prudencja, wskazując kciukiem swój dom.
-Raczej nie chcemy przeszkadzać - mruknął Brian, widząc zbliżającego się Ringo i Stanleya.
-No co ty? Przeszkadzać? A tak w ogóle, to musicie poznać mojego brata - powiedziała i wykrzyknęła - Ringo!
  Chłopak podniósł głowę i razem ze Stanem zauważyli Prudencję w otoczeniu Briana i Milesa. Stanley podał sobie z nimi ręce i poszedł dalej.
-Ringo, To jest Brian i Miles. A to jest właśnie mój brat.
  Uścisnęli sobie ręce, a Ringo powiedział:
-Coraz więcej chłopaków się obok ciebie kręci. Co wy widzicie w mojej siostrze? - spytał ich żartobliwie, a Prudencja uderzyła go lekko łokciem.
-Lepiej nic nie mów, braciszku, bo to się dla ciebie źle skończy. A Brian i Miles to moi przyjaciele. Wiesz, tylko ty rzuciłbyś się na wszystko co się rusza.
-Może nie na wszystko, ale w główne mierze masz rację - odparł Ringo i cała czwórka się zaśmiała.
  Chłopcy jednak wrócili do siebie, a rodzeństwo weszło do domu.

  Tydzień zleciał Prudencji w otoczeniu nauki i przyjaciół. Przyszła sobota. Około szesnastej dziewczyna oderwała się od książek i zeszła do kuchni. Otworzyła lodówkę, ale nie znalazła nic gotowego do zjedzenia. Była zmęczona, więc nie chciało jej się gotować.
-Ringo! - zawołała brata siedzącego ze Stanleyem w swoim pokoju. Chłopcy wyjątkowo się polubili i spędzali razem dużo czasu, szczególnie na nauce.
-Co jest? - usłyszała jego głos.
-Jesteś głodny? - odkrzyknęła.
-A co proponujesz?
-Pizza.
  Usłyszała, jak pyta Stanleya jaką woli.
-Dwie duże wegetariańskie dla nas - powiedział po chwili.
-Okay, zaraz zamówię.
  Zamówiła w sumie trzy pizze wegetariańskie. W domu nie było nic więcej do jedzenia, bo jej ojciec wyjechał służbowo razem z ojcem Stanley'a, więc nie było nikogo, kto by o to zadbał. Po niedługim czasie chłopcy zeszli na dół. Dziewczyna dopiero pierwszy raz tego dnia zobaczyła Stana, bo przez cały dzień siedziała nad książkami.
-Hej, Yoko - powiedział na powitanie i usiadł razem z Ringo na stołku barowym w kuchni.
-Cześć - rzuciła i odwróciła się, by wyjąć z lodówki sok.
  Stanley zlustrował ją spojrzeniem: od bosych stóp, przez czarne rurki i koszulkę z łódeczkowym dekoltem, aż po zmierzwione czerwone włosy. Postawiła na blacie wysoką szklankę i napełniła ją napojem. Chłopcy rozmawiali o czymś z ożywieniem. Prudencja wtrąciła:
-Ringo, pomożesz mi później z tymi zadaniami z matematyki?
-Jasne. Stan, ogarnę te zadania z Yoko i wracamy do notatek, okay?
  Stanley zgodził się, a po chwili usłyszeli dźwięk dzwonka.
-Pizza! - wykrzyknął Ringo.
  Dziewczyna wzięła pieniądze i poszła otworzyć.
-Pomóc ci? - zaoferował się Stan.
-Poradzę sobie - odkrzyknęła mu, ale już usłyszała jego kroki.
  Otworzyła drzwi. W progu stał około dziewiętnastoletni chłopak w firmowym uniformie. W jednej dłoni trzymał trzy pudełka pizzy.
-Dobry wieczór - przywitał się i podał należność.
  Yoko zapłaciła mu, a Stanley wziął pudełka z pizzą. Zauważył, że dostawca, zanim się odwrócił, mrugnął do dziewczyny, która zrobiła tylko drwiącą minę do jego pleców.
-Spodobałaś się mu - powiedział.
-Niby dlaczego?
-Przecież do ciebie mrugnął.
-Wiesz, to nie znaczy, że mu się spodobałam. To znaczy tylko tyle, że prawdopodobnie chciałby mnie zaliczyć - odpowiedziała i ruszyła do kuchni.
  Cała trójka przeniosła się do salonu. Ringo włączył jedną ze składanek. Zjedli kolację przy akompaniamencie przeróżnych starych piosenek. W pewnym momencie Stanley zaczął się wygłupiać, śpiewając She loves you.
-She loves you, yeah, yeah, yeah! - krzyczał i zrobił obrażoną minę, kiedy Prudencja zaczęła się z niego śmiać.
-Nie podoba ci się? Powinniście mnie wziąć do swojego zespołu. Wiesz, taki wokalista jak ja, to skarb.
-Niewątpliwie - powiedziała.
  Zabrała się za zbieranie talerzy ze stołu. Zaniosła je do zmywarki i wstąpiła do pokoju po zeszyty. Usiadła obok Ringo i pokazała mu swoje zadania. Z jej drugiej strony był Stan, który rozłożył się na sofie i wystukiwał palcami rytm piosenek. Leżąc, podwinęła mu się koszulka, ukazując spory kawałek umięśnionego brzucha. Jego wranglery zwisały lekko z bioder, odsłaniając pasek czarnych bokserek.
  Zaczęła razem z bratem analizować pierwsze zadanie, kiedy Stan uporczywie próbował trafić w odpowiednią tonację Help, stukając palcami w oparcie fotela. Wkrótce zaczęło ją to denerwować. Jej wzrok prześlizgnął się po nim i rzuciła:
-Majtki ci widać.
-To są bokserki.
-Bez znaczenia. I przestań wreszcie - dodała.
-Dlaczego? - droczył się.
-Bo mnie to rozprasza.
-Ja cię rozpraszam?
-To mnie rozprasza - powiedziała i wskazała na jego palce.
-A może to jednak ma coś wspólnego z moimi bokserkami?
  Ringo zaśmiał się głośno, a Prudencja rzuciła tylko:
-Palant.
  Chłopak skrzywił się.
-Ranisz - powiedział i złapał się za serce.
-Pieprz się, Stanley.
-To propozycja? - spytał zaczepnie.
-Tak. Samogwałtu.
  Obaj chłopcy wybuchnęli śmiechem, a po chwili dołączyła do nich Yoko.
-Oboje jesteście nienormalni - powiedział Ringo, co spotkało się z ich oburzeniem.
-Znalazł się mądry - prychnął Stan.
-No jasne - odpowiedział mu kolega i zmienił temat. - Może gdzieś skoczymy na drinka? Co wy na to?
-Ja odpadam. Nie chce mi się - powiedziała natychmiast dziewczyna.
-Nie przyjmuję odmowy. Idziemy - zaprotestował brat.
-Ja z chęcią. Prudencjo, nie daj się prosić. To tylko kilka drinków - włączył się Stanley.
-Takie podejście rozumiem - zaśmiał się Ringo. - Yoko, siedzisz nad książkami przez cały dzień. Odpoczniemy trochę.
-Nie tak lubię odpoczywać.
-A jak? - spytał natychmiast Stanley z lubieżnym uśmiechem.
-Wiesz, że jesteś niewyżytą seksualnie świnią? - spytała dziewczyna z krzywym uśmiechem.
-Wiem.
-Przestańcie wreszcie. Zbierajcie się. Za pięć minut idziemy - powiedział stanowczo Ringo.
  Prudencja z jękiem wstała z łóżka i poszła do swojego pokoju. Jedną ręką czesała włosy, podczas gdy drugą zdejmowała bluzkę. Otworzyła szafę w poszukiwaniu świeżej koszulki i wzięła pierwszą lepszą, która okazała się jej za dużym o kilka rozmiarów t-shirtem do spania.
-Kurwa! - rzuciła do siebie.
  Za drugim podejściem trafiła na koszulkę Deep Purple z dużym dekoltem. Założyła ją w ekspresowym tempie i związała włosy w koka. Schodząc po schodach wkładała botki na obcasie. Chłopcy czekali już przed wejściem, wpatrzeni w swoje zegarki. Kiedy wylądowała obok nich, wykrzyknęli równocześnie:
-Trzy minuty i czterdzieści osiem sekund.
-Serio? Mierzyliście mi czas?
  Nic nie powiedzieli, ale ich śmiech dał jej jednoznaczną odpowiedź. Zabrała z wieszaka swój płaszcz i wyszła na wieczorne powietrze. Ringo i Stanley szli za nią, głośno rozmawiając.
  Po krótkim czasie byli już na miejscu. Znaleźli wolne miejsca przy barze.
-Co bierzemy? - spytał Ringo.
-Niech pani decyduje - powiedział Stanley, patrząc na Prudencję.
-Trzy setki! - wykrzyknęła w stronę barmana.
  Kiedy otrzymali swoje zamówienie, wznieśli toast.
-Za nas - powiedział wspaniałomyślnie Ringo.
  Stuknęli się kieliszkami, rozlewając odrobinę i wypili do dna.
-Jeszcze raz to samo.
  Po następnej kolejce zdecydowali się na coś słabszego i zamówili słodkie drinki. W pomieszczeniu  było duszno i gorąco. Całą trójka siedziała w samych koszulkach. Niestety Prudencja miała bluzkę, która odsłaniała znaczną część jej piersi, więc prawie za każdym razem, kiedy jakiś facet podchodził do baru, raczył jej dekolt długim spojrzeniem. Po pewnym czasie dosiadła się do nich jakaś dziewczyna.
-Jane jestem - powiedziała, przekrzykując muzykę.
 Yoko zauważyła, że raczy obu chłopców jednoznacznymi spojrzeniami. Ringo i Stan byli już dobrze wstawieni, więc zajęli ją rozmową. Prudencja była zniecierpliwiona i może trochę zazdrosna, że tak szybko ulokowali swoje uczucia w nowo przybyłej, tylko dlatego, że wyglądała na łatwą. W końcu Ringo i Jane opuścili miejsce przy barze. Brat Prudencji mruknął tylko:
-Nie czekajcie na mnie. Wrócę sam.
  To był znak dla Yoko, że chyba czas się zbierać.
-Będę lecieć, Stanley. Idziesz czy zostajesz?
-No chyba mnie tu nie zostawisz - powiedział obrażonym tonem.
-Nie zostawię cię tu, więc chodź, wracamy.
-Jeszcze piętnaście minut. Co ci szkodzi? - spytał bełkotliwym tonem.
  Dookoła nich było wiele tańczących, rozmawiających i śmiejących się par. Dziewczyna miała już dosyć, więc wkładała resztki sił na to, żeby przekonać Stana do powrotu.
-Stanley, boli mnie głowa, a ty jesteś pijany. Chodź.
-Ja jestem pijany? - spytał.
-Nie, twoje alter ego. Chodź wreszcie - powiedziała, coraz bardziej zdenerwowana.
-Prudencjo, ani ja, ani moje alter ego nie jesteśmy pijani. My się tylko trochę wstawiliśmy - powiedział znawczym tonem, ale język zaczynał mu się plątać.
-Stanley, proszę cię ostatni raz. Podnieś swój cholerny tyłek i chodź.
-Okay, ale pod jednym warunkiem.
-Jakim?
-Zatańczysz ze mną kolejną piosenkę.
  Dziewczyna westchnęła w duchu i zaczęła snuć w głowie prośby, by kolejna piosenka okazała się bardzo krótka.
-No dobrze, ale tylko jedna.
  Stanley rozpromienił się i zeskoczył ze stołka. Ukłonił się lekko i podał jej dłoń.
-Będę zaszczycony.
-Nie wygłupiaj się, tylko chodź.
  Chłopak złapał ją za nadgarstek i chwiejąc się, pociągnął niezbyt delikatnie w stronę tłumu. Zaczęła się nowa piosenka. 'O nie, tylko nie July Morning' - pomyślała. Piosenkę oczywiście uwielbiała, ale trwała prawe dziesięć minut. Przez tyle będzie musiała znosić taniec ze Stanley'em.
  Kiedy znaleźli już wolne miejsce na parkiecie, Stanley chwycił lewą dłoń Prudencji, a swoją drugą rękę położył na jej talii. Dziewczyna nie miała innego wyjścia, jak tylko złapać go prawą dłonią za ramię. W swoich botkach na obcasie sięgała mu czubkiem głowy do ust. Była strasznie spięta i nie zbliżała się do niego bardziej, niż to było konieczne.
-Przysuń się, nie gryzę - mruknął jej do ucha i silnym ruchem przyciągnął ją do siebie tak, że jej głowa znajdowała się tylko o kilka cali od niego. Kołysali się w rytm muzyki Uriah Heep. Stanley nachylił się nad uchem dziewczyny i spytał:
-Dlaczego ty mnie tak nie znosisz?
  Jego głos był wyraźnie przepłukany dużą ilością alkoholu. Poczuła whiskey zmieszane z wódką.
-Dlaczego sądzisz, że cię nie znoszę? - spytała spiętym głosem.
  Musiała się do niego niebezpiecznie zbliżyć, by usłyszał ją przez głośną muzykę.
-Widzę, jak się zachowujesz. Widzę ten twój zirytowany wzrok, kiedy na mnie patrzysz. Wkurza cię, że zakumplowałem się z Ringo. I prawdopodobnie jutro nawet nie będę pamiętał, że z tobą tańczyłem, nie wspominając o rozmowie, ale odpowiedz. Dlaczego mnie nie lubisz, Prudencjo?
  Dziewczyna nie odpowiedziała. Sama zaczęła się nad tym zastanawiać. Wcześniej nie lubiła go dla samej zasady. Odkąd poznał Ringo, zdarzało mu się być całkiem w porządku, ale nabrał też denerwującej cechy irytowania jej. Mimo to był zdecydowanie inteligentny i, co niechętnie stwierdziła, przystojny. Nawet teraz, kiedy był pijany widziała jego wyraźnie zarysowane kości policzkowe, jasną cerę i lekko kręcone blond włosy zebrane w wysoki kucyk. Zdała sobie sprawę z tego, że chyba jeszcze nigdy nie znajdowała się tak blisko niego. Oczywiście oprócz nocy, kiedy zasnęła na jego klacie. Teraz jednak dokładnie widziała jego wielkie zielone oczy, obrysowane długimi rzęsami.
-Dlaczego się tak na mnie gapisz? - spytał nagle.
  Prudencja speszyła się, a jej policzki poróżowiały.
-Wcale się nie gapię - powiedziała obrażona i spuściła wzrok.
  Nagle Stanley puścił jej dłoń i chwycił za podbródek. Uniósł go lekko i powiedział:
-Nie opuszczaj wzroku. Nie przejmuj się, że zwróciłem ci uwagę na to, że się gapisz. W sumie tak było lepiej, bo nie widziałaś, że od jakiegoś czasu nie mogę przestać patrzeć na twój dekolt.
-Świnia - mruknęła Prudencja, ale mimowolnie się zaśmiała.
-Jestem tylko facetem - powiedział i wzruszył ramionami.
  Stanley miał lekko zamglony wzrok i jego taniec przypominał raczej kołysanie się z przydeptywaniem co jakiś czas stóp dziewczyny.
-Chyba jestem bardzo pijany - powiedział do siebie.
-Z grzeczności nie zaprzeczę.
  Stan zaśmiał się.
-A jednak potrafisz ze mną rozmawiać. Dziwne, bardzo dziwne. Cholera - dodał, a jego twarz przybrała dziwny grymas.
-Coś nie tak? - spytała zaniepokojona Prudencja.
-Troszeczkę kręci mi się w głowie - odpowiedział i przymknął powieki.
-Troszeczkę troszeczkę czy troszeczkę bardzo?
-Coś pomiędzy - odpowiedział i pochylił się odrobinę.
  Oparł głowę o jej ramię. Dziewczyna momentalnie się spięła. Przestali tańczyć.
-Wszystko okay? Chodźmy stąd. Musisz się przewietrzyć - powiedziała dziewczyna i próbowała się odsunąć. Nie mogła jednak zrobić ani kroku, ponieważ Stan mocno ją obejmował.
-Chodź - powtórzyła.
  Stanley jęknął w jej ramię. Podniósł nieznacznie głowę i trącił szyję Prudencji nosem. Zaciągnął się powietrzem i szepnął:
-Ładnie pachniesz.
  Dziewczyna nie wiedziała, co może zrobić. Stanley był pijany i widocznie miał nastrój do flirtowania.
-Stanley puść mnie. Jeśli ty nie chcesz iść, to trudno. Ja wychodzę.
  I znów spróbowała wyzwolić się z jego uścisku. Oczywiście nie udało jej się wygrać z umięśnionymi ramionami chłopaka.
-Nie lubisz mnie, ale to nic. Jestem pijany i cholernie na ciebie napalony. Chyba nie powinienem ci tego mówić, ale za późno - powiedział w zagłębienie między jej szyją a obojczykiem.
  Nagle poczuła, że jego ręka zsunęła się odrobinę z jej talii i powędrowała z powrotem, podwijając jej bluzkę, skradając się po nagich plecach i w dół, aż do pośladków. Przeszedł ją dreszcz.
-Zabierz tę rękę, Stanley. Zabierz ją, albo cię uderzę. Wiesz, że potrafię - warknęła.
-Chociaż na chwilę schowaj te pazurki - odpowiedział, ale jego ręka wróciła na jej plecy.
-Chodźmy już. Mówię serio.
  Chłopak westchnął.
-Okay, chodź - odparł i pociągnął ją za rękę, lawirując między tłumem.
  Chwilę później zabrali swoje kurtki i wyszli na świeże powietrze. Szli bez słowa w stronę swoich domów. Nagle Stanley zatoczył się lekko, ale Prudencja w ostatnie chwili złapała jego rękę.
-Lepiej się o mnie oprzyj - powiedziała.
-Nie dam rady - odparł z uśmiechem. - Nie mogę ci się oprzeć.
  Yoko westchnęła i złapała go w pasie.
-Trzymaj się mnie, chyba że chcesz się z bliska przyjrzeć chodnikowi.
  Stan zarzucił jej rękę na szyję i szli tak, wlokąc się do domu.
-Jak ja cię doniosę do twojego domu? - wykrztusiła resztkami głosu.
-Nie mam pojęcia, ale sam chyba nie dam rady.
-Co ty powiesz? Zauważyłam - warknęła.
  Byli już pod domem Prudencji.
-Chodź - pociągnęła go w stronę drzwi. - Dalej nie dam rady. Prześpisz się u mnie.
  Ledwo jej się udało znaleźć klucze, przytrzymując jednocześnie Stanleya. W końcu jednak otworzyła drzwi i zaświeciła światło w hallu. Ostatnimi siłami dociągnęła go do salonu i położyła na sofie. Schyliła się i podparła dłonie na udach, oddychając ciężko. Usłyszała ciche chrapanie Stanley'a. Zapaliła lampę i ostrożnie zdjęła ze Stana skórzaną kurtkę. Musiała go jakoś rozebrać. Dobrze wiedziała, że spanie w ubraniu nie jest zbyt wygodne. Zagryzła wargę, zastanawiając się nad kolejnym krokiem. Zdjęła swój płaszcz i została z samej bluzce. Złapała za rąbek jego koszulki i delikatnie przecisnęła mu ją przez głowę. Przyglądała się z zadowoleniem jego nagiej klatce. Otrząsnęła się, gromiąc się w myślach i sięgnęła do jego butów. Zdjęła pierwszego i uśmiechnęła się do siebie, widząc niebiesko-żółtą skarpetkę. Ją również ściągnęła i zabrała się za drugą nogę. Kiedy był już boso ostrożnie sięgnęła do jego paska. Zastanawiała się chwilę, czy nie dać sobie spokoju ze zdejmowaniem mu spodni, ale głęboko w sobie czuła, że chce zdjąć mu te dżinsy. 'Przecież nie robię nic złego' - pomyślała. Dodatkowo kilka kieliszków wódki dodały jej odwagi. Odpięła pasek, później guzik i w końcu rozporek. Stanley mruknął coś przez sen. Prudencja sięgnęła do jego boków i spróbowała zdjąć spodnie. Okazało się to co najmniej trudne. Ciągnęła i ciągnęła, ale bez skutku. Wskoczyła na kanapę i usiadła delikatnie po obu stronach nóg Stana. Spróbowała znów. Tym razem spodnie zjechały o kilka cali w dół, ukazując jego czarne bokserki. Chłopak poruszył się i otworzył oczy.
-Mogłaś mi od razu powiedzieć, że chcesz mnie rozebrać - mruknął i uśmiechnął się leniwie.
  Podniósł się tak, że siedział z Prudencją twarzą w twarz. Bez koszulki, boso i z opuszczonymi spodniami.
-Śpij, Stanley. To nie to, o czym myślisz - powiedziała, ale spłonęła rumieńcem.
-Tak? - spytał przeciągle. - Bo mi to wygląda tylko na jedno.
-To niech ci nie wygląda. Śpij - odparła i pchnęła lekko jego klatę. Położył się, ale pociągnął za sobą dziewczynę, która teraz leżała na nim.
-Stan! - pisnęła. - Puszczaj mnie!
-Dlaczego? Wydaje mi się, że wcale nie chcesz, żebym cię puścił. Wręcz przeciwnie.
-Odpierdol się Stanley! - krzyknęła.
  Chłopak przytrzymywał ją jedną ręką, a prawą nogą oplatał ją ciasno. Drugą rękę zaplątał w jej włosy. Dziewczyna podpierała dłonie na jego klacie i próbowała się odepchnąć. Stanley przyciągnął jej głowę do siebie. Ich usta dzieliły centymetry. Był już niebezpiecznie blisko, więc szybko odwróciła głowę. W tym samym momencie chłopak miał ją pocałować, więc jego usta trafiły na jej szyję. Dotknął jej delikatnie wargami i podgryzał lekko. Nie mogła opanować cichego westchnienia. Jęknęła, a pocałunki zwiększyły intensywność. Przycisnął jej biodra do siebie, aż poczuła jego wzrastającą męskość. 'O nie! To idzie za daleko' - pomyślała. Przejechał końcem języka od ramienia, aż za ucho.
-Dosyć, Stan. Puść mnie - powiedziała wreszcie.
  Stanley oczywiście nie miał zamiaru przestać. Schodził ze swoimi ustami coraz niżej, aż do jej dekoltu. Wytyczał ścieżkę pocałunkami, a Prudencja wiła się na nim, chcąc się uwolnić z uścisku.
  Nagle usłyszeli trzask drzwi. Stanley momentalnie ją puścił, więc szybko z niego zeszła. Złapała leżący obok koc i nakryła go. Kilka sekund później z powrotem zasnął. Do salonu wszedł Ringo.
-Wszystko okay? - spytał.
-Tak, okay. Stanley tu śpi, bo nie dałam rady dalej go nieść. Nieźle się wstawił.
  Jej brat zaśmiał się.
-Niech śpi. Ty też lepiej idź się położyć. Jesteś strasznie zarumieniona - powiedział z niepokojem.
-Zmęczyłam się, to pewnie dlatego - wyjaśniła szybko. - Dobranoc.
  Pobiegła szybko na górę. Była zdenerwowana zachowaniem Stanley'a. Wiedziała, że jutro nie będzie pamiętał kompletnie nic z wydarzeń sprzed chwili. I była za to bardzo wdzięczna.

piątek, 6 marca 2015

Rozdział 25.

Stanley


  Wiedziałem! Wiedziałem, że to wszystko jest szyte zbyt grubymi nićmi. I to musiało wyjść na jaw. Idąc razem z Ringo za Prudencją byłem strasznie zdenerwowany i nie mogłem się uspokoić. Gdyby Vincent mi się nie wyrwał, prawdopodobnie już byłby w drodze do szpitala, a ja na policję.
  Popatrzyłem na Ringo, który odwzajemnił spojrzenie. Wzruszył ramionami, a jego wyraz twarzy wyrażał zdezorientowanie. Nie wiedział, co się dzieje. Miałem nadzieję, że Prudencja mu o wszystkim opowie. Jeśli ona tego nie zrobi, to ja ją wyręczę. Nagle usłyszałem głos Ringo.
-Prudencjo, o co w tym wszystkim chodzi? Czego mi nie mówisz?
  Dziewczyna mruknęła w odpowiedzi:
-Nie chcę teraz o tym rozmawiać. 
  Kiedy doszliśmy do ich domu, pożegnałem się z Ringo. Zaskoczyło mnie to, że Prudencja chciała jeszcze ze mną porozmawiać sam na sam. Kiedy jej brat zamknął za sobą drzwi, spytałem:
-O czym chciałaś rozmawiać?
  Dziewczyna westchnęła ostrożnie.
-Będę musiała opowiedzieć o tym wszystkim Ringo. Tylko nie wiem, ile dokładnie mogę powiedzieć, a co muszę przemilczeć. Wiesz, o co mi chodzi.
  Nie miałem pojęcia, jak jej odpowiedzieć. Nie chciałem, żeby ktoś jeszcze wiedział o moich 'zdolnościach'.
-Jeśli możesz, to nie wspominaj o mnie, okay? Nie mów o tym, no wiesz... - nie wiedziałem, jak wybrnąć.
-Dobrze, nie powiem. Muszę lecieć - dodała i szybko pobiegła do domu

***


  Prudencja siedziała w swoim pokoju. Za oknem zaczynało zmierzchać. Nagle usłyszała ciche pukanie do drzwi i zauważyła w nich głowę Ringo. Dziewczyna skinęła głową, zapraszając go do środka. Chłopiec usiadł obok niej na podłodze i spytał:
-Opowiesz mi w końcu co się dzieje? O co chodziło Stanleyowi? 
-Powiem ci, ale masz się nie denerwować i mi nie przerywać. To wszystko zaczęło się jakiś czas temu - zaczęła. - Vincent przyprowadził się tutaj i był cholernie irytujący. Pieprzony ważniak. Myślał, że może mieć każdą dziewczynę. W sumie się nie mylił, ale był jeden wyjątek. Ja miałam go gdzieś. Nadal mam. Ale na moje nieszczęście tato zna jego ojca. Jest bratem ojca Stanleya.
-Co? - wykrzyknął zdziwiony. - Ten skurwiel jest kuzynem Stana? Myślałem, że jest w porządku.
-Bo jest - odpowiedziała od razu, by za chwilę się zaczerwienić. - To znaczy: nie przepadam za Stanleyem, ale chyba jest okay.
-Kontynuuj - poprosił.
-No więc była kolacja. Trójka ojców: dwóch braci i tato. Z całymi rodzinami. Ja też musiałam tam być. Siedziałam pomiędzy Stanem, a Vincentem. A on oczywiście zachowywał się jak dupek. Kładł swoje cholerne łapska tak, gdzie nie powinien.
-Ale chyba do niczego cię nie zmusił? To znaczy, nie zrobiliście tego, o czym myślę i za co z przyjemnością urwałbym mu narządy rozrodcze?
-Nie, nie pozwoliłabym na to. Po prostu uznał, że moje biodro będzie idealne do obmacywania. I wtedy włączył się Stanley. Odepchnął jego rękę, ale niewiele dało się zdziałać, kiedy dookoła siedzieli nasi rodzice. I poszliśmy na zewnątrz. Popchnęłam go. Mocno. A on się tego nie spodziewał. Uderzył głową w ścianę i stracił pamięć. Miałabym duży problem, gdyby poszedł na policję, ale mi się upiekło, bo miał amnezję. Myślałam, że sobie tego nie przypomni. 
-Ale pamiętał? - wtrącił brat.
  Prudencja skinęła głową.
-Mówił, że pójdzie na policję, jeśli z nim nie będę. Zgodziłam się, ale to nie było łatwe. I już koniec. Za długo dawałam sobą pomiatać. Nie pozwolę więcej na to. 
  Ringo słuchał z uwagą, zaciskając pięści. W końcu zbliżył się do siostry i objął ją ramieniem. 
-Nie pozwolę, żeby w przyszłości jakiś chłopak ci zrobił coś takiego. Prędzej go zabiję, niż na to pozwolę. Rozumiesz?
-Dziękuję, Ringo - odpowiedziała i odsunęła się nieco.


  Odkąd Ringo zamieszkał z siostrą i ojcem minęło kilka tygodni. Chłopak dość szybko zadomowił się w nowym miejscu. Prudencja była zdziwiona, że jej brat znalazł już kilku znajomych. Zawsze był cichy i raczej nie przepadał za towarzystwem. Nie był stały w związkach, a kolegów miał niewielu. Z nikim się nie przyjaźnił. Wyjątek stanowiła siostra bliźniaczka. Z nią dogadywał się jak z nikim innym.
  Dni stawały się coraz cieplejsze i zmierzały ku wiośnie. Pewnego słonecznego dnia Mark Hartfield zaproponował swoim dzieciom:
-Może się gdzieś wybierzemy? Spacer, kino, klub? Co wybieracie?
-Ja jestem za klubem - powiedział Ringo. - Ale jakiś dobry.
-Prudencja lepiej ode mnie zna tutejsze kluby. Co proponujesz?
-No nie wiem. Raczej nie mam dziś wieczorem czasu na jakieś wyjście. Rob, Matthew i Dick przyjechali do Windsoru. I dziś gramy - powiedziała dziewczyna.
-No to jeszcze lepiej - rzekł Mark, zaskakując wszystkich.
-Niby dlaczego? - spytał Ringo.
-Pójdziemy posłuchać twojej siostry, Ringo.
  Prudencja speszyła się odrobinę.
-No nie wiem. Będzie się wam nudzić.
-Nie sądzę - odpowiedział wesoło ojciec. - Jak myślisz, Ringo - zwrócił się do syna - David i Stanley pójdą z nami?
  Mark i jego syn ustalili, że wybiorą się z Carlstonami. Prudencja nie była zadowolona. Denerwował ją Stanley, który nagle stał się wielkim przyjacielem jej brata. Była zazdrosna, bo zawsze to ją brat darzył największą szczerością i oddaniem. Bała się, że Stanley to zmieni. Nie mogła jednak psuć im zabawy i nie protestowała, kiedy ojciec dzwonił do swojego kolegi, by zaprosić go z synem na wieczorny wypad.
  Około osiemnastej Prudencja ubrała się jak zwykle. Założyła czarną rozkloszowaną spódnicę, czarne zakolanówki, bordowe martensy, koszulkę Beatlesów do pępka i koszulę w czerwono- czarną kratę. Związała włosy w koka i była gotowa. Zeszła na dół razem ze swoim Gibsonem Les Paul i założyła ramoneskę. Mark i Ringo mieli przyjść razem z Davidem i Stanem trochę później. Kiedy dziewczyna wyszła na chłodne lutowe powietrze zobaczyła przed domem trzech chłopców. Naprawdę długo ich nie widziała, więc rzuciła im się w ramiona.
-Hej, maleńka - powiedział jej Matt, kiedy kurczowo go ściskała. Wyszli całą czwórką do klubu, rozmawiając i śmiejąc się po drodze. Prudencja była w o wiele lepszym humorze, niż w Sylwestra, kiedy grali ostatni koncert. Jej dusza była lżejsza o kilka dobrych kilogramów.
  Wreszcie dotarli na miejsce. Wyszli na scenę i zaczęli grać What is and what should never be Led Zeppelin. Prudencja zauważyła przy barze swojego brata ze Stanleyem. Ich ojcowie siedzieli nieopodal. Dziewczyna uśmiechnęła się do Ringo, śpiewając pierwszą zwrotkę. Zaczęła jak Robert Plant: powoli, pełnym spokoju głosem. Wraz z refrenem zaczęła z mocą wykrzykiwać kolejne słowa piosenki. Jej oczy śmiały się, a zręczne palce przeskakiwały po strunach gitary. Śpiewanie z jednoczesną próbą naśladowania Jimmy'ego Page'a było trudne i wymagało wprawy. Prudencja w ciągu kilku lat starała się to opanować i zachwyt publiczności wskazywał na to, że chyba jej się udało. Następnie Matt, siedzący za perkusją, rozpoczął In my time of dying. Jej głos idealnie zgrywał się z dźwiękami gitar i perkusji, kiedy śpiewała słowa 'Well, well, well, so I can die easy'.
  Dear Prudence grali jeszcze przez pewien czas. W końcu zmęczeni zeszli ze sceny. Spotkali się z Ringo, Stanleyem i ich ojcami na dworze. Stanley poznał się z Matthew, Dickiem i Robem. Ich wieczór na tym się nie skończył. Ringo zaproponował:
-Może idziemy do nas? Ogarniemy coś do picia - mrugnął konspiracyjnie - i w coś zagramy. Kilka partyjek pokera. Kto jest za?
  Matt, Rob i Dick jednocześnie podnieśli ręce w górę.
-My jak najbardziej - powiedział Dick.
-Stan? - Ringo zwrócił się do kolegi.
-No nie wiem. Dawno się nie widzieliście, nie chcę wam..
-No co ty! - przerwał mu Matt. - Zostajesz z nami.
-Nie chcę się narzucać.
-Przestań Stanley. Zostajesz, prawda Prudencjo? - Ringo zwrócił się do siostry.
  Dziewczyna nie mogła przecież odmówić.
-Tak, zostań Stanley. Będzie rozbierany poker - zażartowała.
-Okay, skoro rozbierany, to chętnie - odpowiedział od razu.
-Hej, ja żartowałam! - broniła się.
  Piątka chłopców zaśmiała się. Idący przed nimi ojcowie obejrzeli się do tyłu.
-Co was tak śmieszy? - spytał Mark Hartfield.
-Idziemy do nas, okay? Zajmiemy salon. Wpadniemy jeszcze po piwo i pogramy w pokera. Będziecie grać z nami? - spytał Ringo.
-Ja raczej nie - odpowiedział szybko David Carlstone. - Będę się zbierał. Stan, wracasz czy zostajesz?
-Zostaję tato.
-Dobrze, tylko wróć o przyzwoitej porze.
-O przyzwoitej porze? - spytał Mark. - David, nasze dzieci są już dorosłe. Zakładam, że Stanley w ogóle dziś do domu nie wróci. Chłopcy prześpią się u nas. Już ja znam takie partyjki pokera. Tylko nie przesadźcie z alkoholem - ostrzegł.
-Oczywiście, tato - powiedział przymilnym tonem Ringo, a wszyscy wybuchnęli śmiechem.
-Kto idzie do sklepu? - spytała Prudencja.
-Mogę ja - powiedział Matt - ale nie sam. Nie dam rady tego wszystkiego przynieść.
-Pójdę z tobą - zaoferował się Stan i obaj odłączyli się od grupy, idąc w stronę sklepu.
  Reszta poszła dalej. Matthew i Stanley mieli dojść po zakupach. Kiedy byli na miejscu, zegar wskazywał dwudziestą drugą. Zajęli cały salon, siedząc na podłodze. Znaleźli talię kart i kilka pudełek zapałek, których mieli używać zamiast prawdziwych pieniędzy. Prudencja usiadła, opierając się plecami o sofę. Po swojej lewej stronie miała Roberta, a z prawej było wolne miejsce, czekające na Matthew i Stanleya.
  Po dziesięciu minutach chłopcy wrócili z pokaźną ilością piwa i cydru. Zaczęli żartobliwie się przepychać, by zająć miejsce z oparciem obok Prudencji. Wygrał Stanley, który wgramolił się na zwycięski kawałek podłogi. Kiedy wszyscy wśród gwaru i rozmów mieli gdzie siedzieć, w obieg poszedł alkohol. Dziewczyna na początek wzięła butelkę jabłkowego napoju, który uwielbiała. W końcu była Brytyjką, a jaki Brytyjczyk nie lubi cydru?
-To jak, rozbierany poker? - spytał Dick.
-Ale ja... - zaczęła Prudencja.
-Nie ma, że żartowałaś - przerwał Ringo. -  Kto będzie miał najsłabszy zestaw kart, zdejmuje jedną rzecz. Bransoletki się nie liczą - dodał, patrząc na kilka rzemieni na nadgarstkach siostry.
-Okay, ja rozdaję - odpowiedziała Yoko i potasowała talię.
  Dziewczyna przekazała każdemu karty. Sama wzięła swoje do ręki i z kamiennym wyrazem twarzy przejrzała je. Popijając cydr, zauważyła tylko parę dam. Kiedy nadeszła jej kolej, wymieniła trzy i po dobraniu jej oczom ukazała się kolejna dama i dwóch króli. Full. Więc raczej nie ona zacznie się rozbierać. Po zakończonej partii okazało się, że Stanley musi pozbyć się części swojej garderoby. Zrzucił buta, a oczom Yoko ukazała się skarpetka w rudo-zielone pasy. Dziewczyna dostała nagłego ataku chichotu i zwijała się na podłodze ze śmiechu. Nikt jednak nie wiedział, o co jej chodzi.
-Co się stało? Z czego się tak śmiejesz? - dopytywali.
  Zdołała tylko wydusić:
-Skarpetka.
  Wszyscy spojrzeli na stopę Stanleya.
-No co? - powiedział, wzruszając bezradnie ramionami. - Lubię wyjątkowe skarpetki.
  Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a Stan wraz z nimi.
-Muszę wam przekazać życiową sentencję. Uwaga - wszyscy starali się na moment spoważnieć.  - Wiecie, fajne skarpetki są fajne. A niefajne są chujowe.
  Jego słowa sprawiły, że wszyscy trzęśli się, nie mogąc opanować. Matthew łzy lały się po policzkach ze śmiechu. Dopiero po kilku minutach mogli kontynuować grę. W ciągu następnych kolejek Ringo stracił obie skarpetki, Dick bluzę, Matthew buty, Rob jeansową kurtkę, a Prudencja i Stanley okazali się wielkimi przegranymi. Stan był boso i bez koszulki, a Yoko straciła zakolanówki i koszulę. Wszyscy wypili po kilka piw, więc atmosfera była wyjątkowo lekka i pełna śmiechu. Około północy tylko Stan, Yoko i Matt jeszcze nie spali.
-Chyba będę się zbierać - powiedział odrobinę bełkotliwie Stanley.
-Chyba żartujesz. W takim stanie? - spytał Matt.
-Ja się wspaniale czuję - odpowiedział i zaśmiał się pijackim śmiechem.
-Zostań, do świtu i tak niedaleko, więc nie ma sensu wracać - powiedziała Prudencja, a w głowie jej szumiało.
-Okay. Dlaczego jeszcze nie śpicie? - spytał Stan, ale właśnie zobaczył jak przytomny do tej chwili Matt opada na podłogę, zanosząc się donośnym chrapaniem. Stanleya wyjątkowo rozśmieszył ten widok i razem z Prudencją zachichotali jak małe dzieci. Dziewczyna dopiła resztę wódki z butelki, która nie wiadomo skąd pojawiła się przy nich. Przełknęła i skrzywiła się. Oparła plecy o sofę, a jej głowa zsunęła się na nagie ramię Stanleya.

Stanley


  Byłem pijany i zmęczony. Dziwnie pobudził mnie jednak widok Prudencji, która ukradkiem na mnie patrzyła, kiedy byłem zmuszony zdjąć koszulkę. Myślała, że tego nie widzę, ale ja doskonale o tym wiedziałem. Kiedy położyła mi głowę na ramieniu, wszystkie moje mięśnie się spięły. Po chwili słyszałem już jej miarowy oddech. Sam nie mogłem zasnąć. W słabym świetle lampy rozglądałem się po salonie. Wzrok miałem przyćmiony od alkoholu, który zdążyłem wypić. Spojrzałem na Yoko i ostrożnie zdjąłem jej z nosa okulary, które położyłem na odsuniętym wcześniej drewnianym stoliku. Zauważyłem też odrobinę śliny w kąciku jej ust. Delikatnie starłem ją kciukiem. Pod wpływem mojego dotyku poruszyła się we śnie i przysunęła do mnie. Wymamrotała:
-Przesuń się.
  Po czym zarzuciła lewą nogę na mnie i oplotła moją szyję rękami. Położyła głowę na mojej nagiej klacie i zachrapała cicho. Nie mogłem się poruszyć. Nie mogłem zrobić absolutnie nic. Nie tylko dlatego, że Prudencja krępowała moje kończyny, ale z innego powodu. Jej zachowanie - chociaż przez sen i pod wpływem alkoholu - strasznie mnie zdziwiło. Pewnie rano nie będzie nic pamiętać. 
  Jej rozkloszowana spódnica odchyliła się, ukazując biodro z niewielkim tatuażem z symbolami Led Zeppelin. Zaśmiałem się w duchu. Ta dziewczyna nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. I chyba zaczynałem ją lubić. 

***


  Wskazówki na zegarze wskazywały siódmą piętnaście. Prudencja zamrugała powiekami i zauważyła, że nie ma na sobie okularów. Nie to zdziwiło ją najbardziej. Było jej bardzo gorąco i wiedziała, że na kimś leży. Na kimś z nagim, umięśnionym torsem. Poczuła też coś jeszcze. Niżej. To coś uwierało ją w biodro. Znalazła swoje okulary, założyła je na nos i przeraziła się. Leżała na Stanleyu. 'Co ja, do cholery, robiłam?' - spytała się w myślach. Sama jednak była w pełni ubrana. Na samym dole jej pleców spoczywała dłoń Stana. Musiała się z niego wyplątać. Kiedy delikatnie wyswobodziła się z poprzeplatanych kończyn, wstała i zauważyła, co czuła na biodrze. 'O. Mój. Boże.' - powiedziała w duchu - 'Stanął mu'. Zobaczyła, że spodnie Stanleya odchylały się w pewnym strategicznym miejscu i miała pewność, że podczas snu dostał erekcji. 'Jezu, mam nadzieję, że nie przez to, że na nim spałam' - przeraziła się. 
  Wyszła do łazienki, omijając po drodze śpiącego brata i przyjaciół. Znalazła karteczkę od ojca, w której oznajmiał, że musiał wyjść do pracy i wróci późno. Powędrowała pod prysznic i zmyła z siebie resztki wczorajszego dnia. A raczej wieczora. Wytarła całe ciało i przypomniała sobie, że nie wzięła ze sobą żadnych świeżych ubrań. Owinęła się w biały bawełniany ręcznik i wyszła z zaparowanego pomieszczenia. Wychodząc, odbiła się od czyjegoś ciała, a ręcznik o mało nie zsunął się z jej piersi, chociaż i tak odsłonił dużą ich część
-Cholera - usłyszała głos Stanleya.
  Kiedy chłopak otrząsnął się z lekkiego uderzenia zobaczył przed sobą prawie nagą Yoko. Zauważył, jak kurczowo przytrzymuje na sobie ręcznik, którym jest owinięta i momentalnie się czerwieni. Nie odwracał wzroku od jej ciała, aż warknęła:
-Na co się tak gapisz?
  Stanley uśmiechnął się, leniwie podnosząc lewy kącik ust.
-A jak sądzisz? - odparł zaczepnie.
-Zboczeniec - rzuciła i próbowała go ominąć.
-Ja jestem zboczeńcem? - zagrodził jej drogę. - A kto wczoraj w nocy wczepił się we mnie jak koala? No chyba nie Ringo...
-A komu dzisiaj rano obudził się pewien członek, stając na baczność, jak strażnik Pałacu Buckingham? - zripostowała, po czym wyminęła zaskoczonego i coraz bardziej czerwonego na twarzy Stanleya. 
  Po pięciu minutach Prudencja usłyszała jak Stan wychodzi z domu i mogła bezpiecznie zejść na dół, już w pełni ubrana. Żałowała, że wspomniała Stanleyowi o pewnej części jego ciała. Na samą myśl o tym jej policzki różowiły się. 'Miałam pozwolić, żeby nazywał mnie zboczoną? Nigdy w życiu!' - powiedziała sobie w duchu i uśmiechnęła się do siebie, przygotowując śniadanie. 

niedziela, 1 marca 2015

Rozdział 24.

  Od rozmowy Prudencji i jej ojca minęło kilka godzin. Nadzedł poniedziałek. Dziewczyna wciąż czekała na moment, w którym Mark wyrzuci Margaret i Edith z domu. Przed pójściem do szkoły powiedziała do ojca:
-Miałeś im powiedzieć, tato.
-Wiem, zrobię to.
-Kiedy?
  Mark popatrzył na córkę i westchnął.
-To nie jest takie proste.
-To jest proste. Mają się po prostu wynieść. Jeśli nie zrobisz tego dziś, to ja się wyprowadzę.
  Ojciec popatrzył na nią z przerażeniem.
-Nie, błagam - prosił. - Kiedy wrócisz ze szkoły, Margaret będzie w trakcie pakowania.
-Obiecujesz?
-Obiecuję.
  Prudencja liczyła na to, że jej ojciec dotrzyma słowa. Nie była jednak co do tego przekonana, więc nie chciała sobie robić nadziei. Najwyżej po powrocie ze szkoły spotka ją miła niespodzianka.

  Kiedy dziewczyna usiadła na swoim miejscu w klasie obok Stanleya, zadzwonił dzwonek. Do sali weszła nauczycielka i rozpoczęła się lekcja. Stan pisał coś na kawałku kartki, który podsunął Prudencji pod sam nos. Dziewczyna z wahaniem spojrzała i przeczytała kilka zdań, nakreślonych koślawym pismem.

Wiem, że coś jest nie tak. Nie możesz tego dłużej ukrywać. Albo mi powiesz, albo od razu policzę się z Vincentem. Wybieraj.

Dziewczyna westchnęła i odpisała:

Nie wiem o co Ci chodzi. Jesteś przewrażliwiony w stosunku do niego. Daj już temu spokój.

Podała kartkę Stanleyowi, który kontynuował rozmowę.

W takim razie o co wczoraj chodziło? Czego nie mogłaś wydusić? Wiem, że chodziło o niego. Nie musisz kłamać.

Stanley, to nie jest Twoja sprawa. Nie mam pojęcia, dlaczego Ty się nim przejmujesz. 

Skończ te gierki, Prudencjo. Nie jestem tak głupi, jak Ci się wydaje.

Nie uważam, że jesteś głupi.

Więc uważasz mnie za inteligentnego?

Stanley podał kartkę dziewczynie i popatrzył na nią z nikłym uśmiechem.
-Tego nie powiedziałam - mruknęła do niego kątem ust.
  Nagle oboje usłyszeli głos nauczycielki.
-Ale widzę, że pannę Prudencję i pana Stanleya to nie interesuje, bo mają ciekawsze zajęcia od słuchania starej baby. Państwo myślą, że pozjadali wszystkie rozumy, tak?
  Nauczycielka wzięła się pod boki i zaczęła swoją tyradę o ignorancji młodego pokolenia. Stan i Yoko powinni poczuć skruchę, ale, nie wiadomo dlaczego, z trudem ukrywali uśmiechy. Wybawieniem okazał się dzwonek, który pozwolił im wymknąć się z sali niepostrzeżenie. Dziewczyna chciała oddalić się od Stanleya, by ten przestał ją zadręczać pytaniami. Na swoje nieszczęście nie tylko nie zdołała uciec przez chłopakiem, ale także wpadła na Vincenta.
-Kogo ja widzę? Moja ślicznotka - powiedział, uśmiechając się sztucznie.
  Był w otoczeniu swoich znajomych, więc musiała przybrać maskę zakochanej do szaleństwa idiotki. Uśmiechnęła się równie nienaturalnie jak on i została zamknięta w uścisku czarnowłosego chłopaka. Kiedy ją puścił, zobaczyła naprzeciwko siebie twarz Stanleya, który rzucił jej ostatnie spojrzenie i odszedł.
-Puszczaj mnie, albo wbiję ci kolano w jaja - szepnęła do Vincenta z jadowitym uśmiechem.
-Przymknij się i zachowuj jak przystało na moją dziewczynę - odpowiedział, po czym bezceremonialnie pocałował ją, a potem wypuścił z objęć. - Idź już, czasem jesteś taka zachłanna - dodał już na głos, czym wywołał salwę śmiechu.
  Dziewczyna odeszła zażenowana. Do końca dnia musiała znosić głupie uśmieszki Lizzy i reszty znajomych Vincenta. Kiedy wróciła do domu, usłyszała krzyki dochodzące z góry. Pobiegła szybko po schodach. Zastała tam swojego ojca kłócącego się z Margaret. Kobieta stała w otoczeniu walizek i toreb.
-Zapłacisz mi za to wszystko! Pożałujesz - krzyczała, wymachując rękami.
-Nie rób z siebie ofiary. Zabieraj swoje rzeczy i wynoś się razem ze swoją córką - opowiedział sucho Mark.
-Nie masz serca! Gdzie my się podziejemy? Nie zostawiasz mi nawet żadnych pieniędzy!
  Mężczyzna zaśmiał się gorzko.
-Myślisz, że nie wiem o twoim podkradaniu? Okradasz mnie od dawna. Pewnie przeczuwałaś, że nasz związek już zbyt długo nie wytrzyma. Dobrze wiem, że zebrałaś już niemałą sumkę. Dacie sobie radę. A zresztą, mam to gdzieś.
  Prudencja patrzyła jak oniemiała. Jej ojciec dotrzymał obietnicy.
-To przez ciebie - krzyknęła nagle Margaret, wskazując Prudencję palcem. - Ty go do tego namówiłaś! Jesteś okropną dziewczyną, a do tego dziwką!
  Mark Hartfield w jednej chwili znalazł się tuż przy Margaret i wysyczał przez zaciśnięte zęby:
-Masz dziesięć minut. Po tym czasie albo wychodzisz, albo sam cię wyrzucę.

  Mark i Prudencja zeszli na dół. Usiedli w kuchni, nic nie mówiąc. W końcu dziewczyna przerwała ciszę.
-Dotrzymałeś słowa.
-Skoro obiecałem - odpowiedział cicho i wzruszył ramionami.
  Po piętnastu minutach było po wszystkim. Margaret i Edith, która przed momentem wróciła ze szkoły, wyjechały taksówką, stojącą pod domem razem z kilkoma walizkami.
-Nareszcie zostaliśmy sami - powiedział Mark.
-Długo na to czekałam - odparła Prudencja i przytuliła się do ojca.
-Zostało już tylko jedno - wyszeptał.
-Co takiego?
-Ringo.
  Osiemnastolatka odsunęła się od ojca.
-Kiedy on wróci?
-Mam nadzieję, że jak najszybciej.

  Następnego dnia, kiedy Prudencja wracała ze szkoły spotkała ją niespodzianka. Szła powoli, wiedząc, że za nią podąża Stanley. Nie odwracała się i nie spoglądała na niego. Musiał być obrażony za wczorajsze spotkanie z Vincentem. Kiedy za dziewczyną była już połowa drogi, zobaczyła przed sobą znajomą, chociaż dawno niewidzianą sylwetkę. Wysoka postać z długimi brązowymi włosami, w okularach z czarnymi oprawkami, podartych jeansach i wytartej ramonesce. Chłopak przed nią był chudy, miał długie nogi i wydatne kości policzkowe. Damska wersja Prudencji. Jej brat bliźniak. Kiedy dziewczyna go poznała, wyszeptała:
-Ringo - i nic już nie widziała przez ścianę łez.
  Na oślep biegła w stronę brata, by rzucić się w jego ramiona. Idąc z tyłu Stanley mógł pomyśleć, że to kolejny przyjaciel, czy też po prostu chłopak Prudencji, ale w ich ruchach nie było nic romantycznego. Zachowywali się bardziej jak rodzina, czy przyjaciele, a nie jak para.
-Tak bardzo tęskniłam - mówiła, szlochając.
-Ja też. Nawet nie wiesz, jak bardzo, siostrzyczko.
  'Siostrzyczko'? Stanley zdziwił się i ominął ich. 'Prudencja miała brata?' - pytał siebie w myślach. To wszystko było naprawdę dziwne.

  Prudencja, Ringo i ich ojciec przez całe popołudnie, aż do później nocy siedzieli w salonie, na przemian płacząc, śmiejąc się i rozmawiając. Wszyscy usnęli na kanapie około drugiej w nocy. Następnego dnia rodzeństwo musiało iść do szkoły. Ringo został zapisany jeszcze poprzedniego dnia, więc nie mieli wyjścia.
  Oboje wzięli swoje plecaki - kostki. Ringo tak jak siostra miał mnóstwo naszywek z ulubionymi zespołami. Dzień był ciepły, więc zabrali swoje ramoneski, założyli trampki i wyszli. Oboje ze związanymi w kucyk włosami, przetartymi wranglerami i podobnymi koszulkami wyglądali prawie identycznie. Ringo był tylko o trzynaście minut starszy, więc nie różnili się zbytnio. Kiedy zeszli przed dom, akurat zbliżał się do nich Stanley. Uprzejmość zwyciężyła, więc Prudencja postanowiła przedstawić sobie chłopców. Mruknęła do Stana:
-Cześć.
  Zdziwił się odrobinę, ale odpowiedział i zatrzymał się.
-Hej - powiedział ostrożnie.
-To jest mój brat, Ringo. Ringo, to jest Stanley, kolega z klasy.
-Miło mi - powiedział brat dziewczyny i podał rękę przybyszowi.
-Mnie również - odpowiedział i uśmiechnął się. - Zgaduję, że Ringo to twoje prawdziwe imię. Skoro ma się siostrę Prudencję.
-Nasi rodzice byli wyjątkowo kreatywni, wybierając nam imiona - zaśmiał się drugi z chłopców.
  Trójka ruszyła przed siebie, a Stan i Ringo kontynuowali swoją rozmowę. Prudencja nie spodziewała się, że jej brat tak szybko nawiąże jakąś znajomość.
  Kiedy dotarli do szkoły wszyscy ruszyli na zajęcia. W budynku wszyscy oglądali się za nowym uczniem, szczególnie, że wciąż znajdował się w pobliżu Prudencji i był do niej niesamowicie podobny. Po lekcjach dziewczyna musiała jeszcze chwilę poczekać na brata, który miał kilka spraw do załatwienia w sekretariacie. Stała na dworze. Niestety Vincent i jego świta też wyszli ze szkoły. Spotkali czekającą Prudencję. Dziewczyna z wielką niechęcią poddała się chłopcu, który pocałował ją w szyję. Następnie popatrzył na nią złośliwie i powiedział tak głośno, by cała jego paczka go usłyszała.
-Wiesz co? Trochę mnie denerwujesz, skarbie. I słabo obciągasz - dodał.
  Wszyscy zaczęli się śmiać do rozpuku, a Prudencja poczerwieniała ze złości i z upokorzenia. Vincent zostawił dziewczynę, która odsunęła się od wszystkich. Zakręciło jej się w głowie. Zobaczyła zmierzającego w jej stronę Stanleya.
-Wszystko w porządku? - spytał.
-Stanley, on pamięta - powiedziała w końcu. Nie mogła dłużej tego ukrywać. - On pamięta wszystko. Powiedział, że pójdzie na policję. Widział, jak uzdrowiłeś tego psa. Musiałam to zrobić - mówiła płaczliwie. - Ja nie chciałam. Naprawdę tego nie chciałam. Ale nie miałam wyjścia. On by powiedział wszystko na tej policji. Ja to wiem. Zrobiłby to.
  Oczy Stanleya stawały się coraz większe, kiedy słuchał słów Prudencji.
-Zabiję go - powiedział cicho.
-Stanley, zapomnij. Już dłużej nie dam rady tego znosić. Już po wszystkim.
-Zabiję tego skurwysyna. Zabiję go - powtórzył i pobiegł za oddalającym się Vincentem.
-Stanley, nie! - krzyknęła za nim Prudencja.
-Co się stało?  - usłyszała za sobą głos brata. - Dlaczego on go bije? Cholera, co on wyprawia? - spytał, widząc Stanleya, który okładał Vincenta pięściami.
  Ringo pobiegł do nich, by odsunąć Stanleya od broniącego się chłopaka. Prudencja pośpieszyła za nimi. Brat dziewczyny złapał Stana za kurtkę i przytrzymał, bo zaczął mu się niebezpiecznie wyrywać.
-Stan, co ty wyprawiasz? Co jest?
-Puszczaj - szarpał się. - Puszczaj do cholery. Ten kutas chciał zrobić z twojej siostry jakąś cholerną dziwkę!
  Te słowa momentalnie podziałały na Ringo. Puścił Stanleya i sam rzucił się na Vincenta.
-Ty pieprzony dupku! - krzyknął i jednym zwinnym ruchem uderzył go w szczękę.
  Dwóch przeciwko jednemu. Nie wiadomo, co by się stało, gdyby Vincent nie zdołał uciec. Wyrwał się i popędził przed siebie, chroniąc się przed rozjuszonymi chłopakami.
  Ringo i Stanley oddychali głośno, jakby przebiegli maraton.
-Dlaczego od razu mi nic nie powiedziałaś? - spytał Stanley z wyrzutem.
-O co tu, do cholery, chodzi? Yoko, masz mi wszystko wyjaśnić - odezwał się Ringo.
-Przepraszam - odpowiedziała tylko i skierowała się w stronę domu, słysząc za sobą kroki Ringo i Stanleya.