poniedziałek, 25 maja 2015

Rozdział 35.

  Po wyjściu Briana i Stanleya Prudencja nie mogła sobie znaleźć miejsca. Krążyła po pokoju, przetwarzając w głowie wydarzenia sprzed kilkunastu minut. Co ma teraz zrobić? Stanley zaprosił ją do kawiarni. Nawet nie zaczekał, aż się zgodzi. Sam zdecydował za nią, więc dlaczego mu się nie sprzeciwiła? Nie mogła przyznać przed sobą, że wcale nie chciała tego zrobić.

  Następnego dnia dziewczyna wyszła do szkoły później niż zazwyczaj. Ringo i Stanley ruszyli już przed siebie, a Prudencja biegła za nimi, zapinając równocześnie kurtkę. Kiedy dostatecznie się do nich zbliżyła, zwolniła i odetchnęła ciężko.
-Zaczekajcie - wydusiła - na mnie.
-Punktualność - prychnął Ringo.
-Chyba nie chcesz, żebym ci przypominał, kto spóźnia się prawie codziennie - powiedział Stan, uśmiechając się pod nosem.

  Chłopcy i Prudencja rozstali się na parterze, bo Stanley i Ringo musieli wstąpić do toalety.
-I to niby dziewczyny chodzą do łazienki stadami? - krzyknęła za nimi i w tłumie uczniów usłyszała ich śmiech.
  Yoko powędrowała schodami na górę, potrącając przypadkiem czyjeś ramię.
-Przepraszam - mruknęła.
-Uważaj, jak chodzisz - usłyszała głos Lizzy i przystanęła. Przewróciła ostentacyjnie oczami i pokręciła głową. Już miała iść dalej, bo za jej plecami zaczęła tworzyć się duża kolejka, ale dziewczyna złapała ją za rękę.
-Puść mnie - zażądała cicho Prudencja.
-Radziłabym ci być milsza - warknęła, wbijając pomalowany na żółto paznokieć w dłoń dziewczyny.
-Daj mi spokój, okay? Ja mam cię gdzieś, ty masz mnie gdzieś, więc jesteśmy kwita. Puszczaj.
-A co to za sprzeczka pomiędzy damami? - za Lizzy i Yoko przystanął Vincent.
  Prudencja traciła już resztki cierpliwości.
-Odpierdol się i zabierz tę swoją panienkę, zanim się wkurzę - warknęła Yoko w stronę ciemnowłosego chłopaka, który uśmiechnął się leniwie.
-Już zapomniałem, jaka potrafisz być ostra - mruknął uwodzicielskim głosem, nachylając się do niej.
  Yoko poczuła, że Lizzy wzmocniła uścisk.
-Przestań Lizzy - rzucił w stronę wydekoltowanej dziewczyny. - Chyba nie chcesz sobie połamać pazurków na tą sukę.
  Prudencja wyszarpnęła rękę i z całej siły przyłożyła Vincentowi otwartą dłonią w twarz. Niczego niespodziewający się chłopak zatoczył się lekko do tyłu, wprost na przerażonych uczniów. Złapał się za czerwieniejący i niewątpliwie piekący policzek.
-Pożałujesz - powiedział i zbliżył się do Prudencji, ale pomiędzy nich nagle wsunął się Ringo. Złapał Vincenta za koszulkę i popchnął go na ścianę.
-Nigdy więcej się do niej nie zbliżaj. Rozumiesz? - wycedził chłopak i puścił Vincenta.
-Chodź, Prudencjo - dziewczyna usłyszała szept Stanleya, który delikatnie pociągnął ją za przedramię.
  Dziewczyna posłusznie ruszyła do właściwej klasy w chwili, kiedy zabrzmiał dzwonek. Za nią podążył Stan i Ringo. Wsunęli się do swoich ławek chwilę przed przyjściem nauczyciela. Brian popatrzył zaciekawionym wzrokiem na dziewczynę, ale ta pokręciła delikatnie głową. Vincent i Lizzy nie pokazali się w klasie do końca lekcji.
  Po dzwonku Brian zasypał Prudencję pytaniami.
-Dlaczego tak późno przyszliście? I czemu cała wasza trójka miała miny, jakbyście chcieli urwać komuś głowę? Albo jakbyście już to zrobili?
  Yoko opowiedziała mu pokrótce, co działo się na przerwie. Kolejne lekcje mijały powoli. Przed ostatnią godziną Stanley zaczepił idącą dziewczynę.
-To jak? O której mam po ciebie przyjechać? - spytał.
  Prudencja w pierwszej chwili nie wiedziała, o czym mówi chłopak. Dopiero po chwili przypomniała sobie, że mieli się dziś spotkać.
-Nie przyjeżdżaj. Powiedz po prostu gdzie mam być i o której.
-Daj spokój, przecież to po drodze - westchnął.
-Pozwól mi być niezależną. Gdzie i o której? - powtórzyła.
-Przyjadę po ciebie.
-Gdzie i o której?
-Pojedziesz ze mną - powiedział z naciskiem.
-Nie będziesz mi rozkazywał. Albo mówisz gdzie i o której, albo możesz zapomnieć o jakimkolwiek spotkaniu - odparła i poszła dalej. Chłopak przeklął pod nosem i ruszył za nią.
-Cholera, ale ty jesteś... - powiedział, kręcąc głową. Podał jej nazwę kawiarni i zaczął wyjaśniać, gdzie się znajduje.
-Znajdę - przerwała mu i zatrzymała się przed drzwiami.
  Stanley już miał wejść za nią, kiedy spytała:
-Wchodzisz?
  Stanley popatrzył na nią dziwnie i zdał sobie sprawę, że stoi pod drzwiami do damskiej toalety.
-A zapraszasz? - odpowiedział pytaniem na pytanie, unosząc kącik ust w nikłym uśmiechu.
  Yoko popatrzyła na niego spode łba i zamknęła drzwi przed nosem chłopaka.

Stanley


  Ona nie przyjdzie. Wiem, że nie przyjdzie. To znaczy mam takie przeczucie. A moje przeczucia rzadko się nie sprawdzają. I tak oto ja, największy kretyn świata, siedzę w tej cholernej kawiarni z idiotyczną nadzieją na to, że zobaczę ją wchodzącą przez drzwi. Specjalnie usiadłem w samym kącie, ale przodem do wejścia. Chciałem od razu zobaczyć jej wielkie oczy okryte za okularami, długie nogi i lekko pochyloną głowę. Boże, jak ta dziewczyna na mnie działała! Ale ja dla niej jestem nikim. Wiem to, bo jest już siedemnasta pięćdziesiąt osiem, a jej nie ma. Jeśli w ciągu tych dwóch minut miałaby się pokazać, to ja jestem Elvis Presley. 


O. Mój. Boże. Chyba jednak jestem Elvisem.


***

  Prudencja weszła do niewielkiej kawiarni. Panował w niej półmrok, tylko blask małych świeczek na każdym stoliku rozjaśniał pomieszczenie. Ludzi było niewiele. Kilka par siedziało naprzeciwko siebie, rozmawiając. W tle słychać było głos śpiewającej Arethy Franklin.
  Dziewczyna od razu go zobaczyła. Miał rozpuszczone włosy i patrzył na nią, jak na zjawę. Zaczerwieniła się odrobinę pod jego spojrzeniem. Była ubrana w granatowe levisy i koszulę w czerwono- czarną kratę. Nie stroiła się specjalnie. Jakby chciała pokazać, że jej nie zależy.
  Podeszła do stolika Stanleya, który wstał, czekając aż usiądzie.
-Cześć - powiedziała cicho.
  Chłopak odchrząknął i odpowiedział. Po chwili podeszła do nich młoda dziewczyna, podając menu. Zamówili od razu po filiżance herbaty i głośno zastanawiali się nad wyborem ciasta, komentując wszystkie pozycje menu.
-Szarlotka? - spytał Stanley.
-Nie znoszę - odpowiedziała, kręcąc głową.
-Tiramisu?
-Za dużo kawy.
-Torcik czekoladowy?
-Pycha!
  Stanley uśmiechnął się i poprosił kelnerkę o dwa kawałki czekoladowego ciasta.
-Wiesz co? - odezwał się Stanley. - Ty to jesteś trochę jak taki czekoladowy tort.
-Pełna kalorii? - spytała obrażonym tonem.
  Chłopak  zaśmiał się głośno, zwracając uwagę siedzącej nieopodal pary.
-Myślałem raczej o czymś innym. Z zewnątrz nieprzystępna i złośliwa, tak jak ciasto, które sprawia wrażenie gorzkiego i niezbyt smacznego, ale w środku ciekawe i bardzo smaczne.
-Uważasz, że jestem smaczna? - spytała, nie rozumiejąc aluzji.
-Zdecydowanie - odparł i oblizał wagi koniuszkiem języka.
  Twarz Prudencji zapłonęła jak bożonarodzeniowe światełka, kiedy zrozumiała, że Stanleyowi chodzi o ich pocałunki.
-Te twoje porównania - westchnęła. - Prawdziwy z ciebie poeta.
-Ze mnie? Pamiętam, jak gdzieś na początku roku zabrałem ci twój zeszyt z wierszami. Byłem trochę niemiły. Pamiętasz?
-Pamiętam. Najpierw mnie potrąciłeś, dzięki czemu wysypały mi się wszystkie książki, a potem nie chciałeś oddać zeszytu.
-To były twoje wiersze? - spytał wyraźnie zaciekawiony.
-Moje - przyznała cicho.
-Może kiedyś pokażesz mi je z własnej woli?
-Nie sądzę. Nikomu ich nie pokazuję.
-Dlaczego? - zdziwił się.
-Bo są moje - powiedziała, urywając temat.
-Ale pamiętam też, że sobie ze mną poradziłaś.
-Tak? A co ja niby...Już pamiętam. Bolało?
-Kopnęłaś mnie w moje najczulsze miejsce, więc owszem. Bolało - odpowiedział Stanley.
-Zasłużyłeś sobie.
-Tak sądzisz?
-Tak sądzę.
  Oboje zaśmiali się i rozmawiali przez długi czas o swoich ulubionych filmach, pisarzach, piosenkach, pijąc kolejne filiżanki herbaty z mlekiem. W końcu poza nimi w kawiarni nie było już nikogo. Podeszła do nich kelnerka, oznajmiając:
-Przepraszam państwa, ale za dziesięć minut zamykamy.
-Tak szybko? - spytał Stanley.
-Szybko? Jest za piętnaście dziesiąta, proszę pana.
  Prudencja i Stan równocześnie spojrzeli na swoje zegarki.
-Oj, trochę się zasiedzieliśmy.
  Stan zapłacił rachunek i oboje wyszli na chłodne powietrze.
-Pozwól mi chociaż się odwieźć - poprosił chłopak i otworzył Yoko drzwi samochodu.
  Jechali, wciąż rozmawiając. W końcu zatrzymali się pod domem dziewczyny. Prudencja zastanawiała się, czy ma na pożegnanie go pocałować, czy po protu wysiąść. Jej rozmyślania przerwał nachylający się nad nią Stanley, który mruknął cicho:
-Dziękuję, że przyszłaś.
  I pocałował ją delikatnie w policzek. Nie wiedział, co do niego czuje dziewczyna, więc nie chciał jej do siebie zrazić. Zdziwił się jednak, kiedy przywarła do niego swoimi ustami. Pocałowała go mocno, zaskakując go. Zdążył tylko poczuć kolczyk na jej języku, kiedy przerwała pocałunek i wysiadła z samochodu. 

poniedziałek, 11 maja 2015

Rozdział 34.

  Prudencja założyła na głowę swój nieodłączny, tym razem bordowy melonik i wzięła plecak.
-Idziesz? - krzyknęła do brata, który w kuchni rozmawiał z ojcem.
-Idę, poczekaj na mnie - odpowiedział.
-Będę pod domem - odkrzyknęła.
  Wyszła na dwór i otuliła się swoją skórzaną kurtką. W oddali słychać było odgłosy samochodów, a niewielki las, znajdujący się za domem, powoli wypuszczał pierwsze liście.
-Cześć, Prudencjo - usłyszała za sobą.
  Dziewczyna odwróciła się i zobaczyła Stanleya. Zaczerwieniła się lekko na wspomnienie ich ostatniego spotkania. Chłopak był ubrany w czarne spodnie i kurtkę w tym samym kolorze. Jego kręcone długie włosy były zmierzwione od delikatnego wiatru. Prudencja odchrząknęła cicho i odpowiedziała:
-Hej.
-Ringo idzie? - spytał.
-Idzie, ale oczywiście się spóźnia - odpowiedziała.
  Stali przez chwilę w dość krępującej ciszy. Stanley przyglądał się z zaciekawieniem dziewczynie, a ona patrzyła wszędzie, byle nie na niego.
-No ile można czekać - powiedziała w końcu na widok wychodzącego z domu Ringo.
-Nie czepiaj się - fuknął. - Cześć, Stan - przywitał się z kolegą.
  Cała trójka ruszyła do szkoły. Chłopcy jak zwykle rozmawiali ze sobą, a Prudencja szła cicho obok nich. Była zdziwiona, że Stanley kilka razy chciał ją wciągnąć w rozmowę, ale najczęściej zbywała go monosylabami. Kiedy dotarli do szkoły, Yoko znalazła Briana, czekającego pod klasą. Chłopcy idący za nią dołączyli do niewielkiej grupy osób, stojącej naprzeciwko drzwi.
-Cześć, Brian - przywitała się.
 Chłopak odpowiedział jej rozentuzjazmowanym głosem i zagaił:
-Jak weekend?
-Sama nie wiem - odparła. - Chyba średnio słabo.
-Średnio słabo? - spytał zaciekawiony.
-Może dziś do mnie wpadnij, to ci opowiem - zaproponowała.
-Nie możesz teraz?
-Nie mogę - odpowiedziała i popatrzyła wymownie na zbliżających się Ringo i Stanleya.
-Okay, o szóstej jestem u ciebie.
  Stan i Ringo przywitali się z Brianem i chwilę rozmawiali. Wkrótce zadzwonił dzwonek rozpoczynający pierwszą lekcję.

  Brian wszedł za Prudencją do jej pokoju, rzucił się na łóżku i powiedział głośno:
-No to opowiadaj!
-Nie krzycz tak! W każdej chwili Ringo i Stanley mogą przyjść do domu - upomniała go.
-No okay, okay - powiedział pojednawczym tonem. - Mów!
-Dobrze, już. W piątek byliśmy na tej kolacji z rodziną Stana. I trochę się pokłóciliśmy. Znaczy bardzo się pokłóciliśmy.
  Dziewczyna opowiadała cicho, a Brian zjeżał się w niektórych momentach, przerywając jej:
-Co ten kretyn ci powiedział? - zerwał się.
-Daj mi skończyć.
  Chłopak usiadł z powrotem na łóżku obok niej i słuchał. Kiedy kończyła, jego oczy robiły się coraz większe.
-I co teraz z nim zrobisz? - spytał.
-Eee, no właśnie nie mam pojęcia - zająknęła się.
-Lubisz go?
-Po tym, co powiedział mi w piątek miałam ochotę go zadusić. Ale później... sama nie wiem. Może to dziwne, ale tak, chyba go lubię - przyznała się, a jej policzki poróżowiały.
-Nie wierzę... Znów się całowaliście! I ty nic z tym nie robisz. Lubisz go, ale jesteś zbyt wielkim tchórzem, żeby mu to przyznać - mówił.
-Odczep się - mruknęła.
-Stanley i Prudencja się całowali! - krzyknął.
-Brian, zamknij się!
-Przecież nikogo nie ma w domu - żachnął się i kontynuował - Stan i Prudencja się całowali! I to nie pierwszy raz!
-Zamknij się! - odkrzyknęła i rzuciła w niego poduszką.
-Bijesz mnie? - spytał zaczepnie. - Mnie? Stanley i Prudencja się całowali, ale Stanley jej nie bzyknął!
-Jeszcze nie - dobiegł ich rozbawiony głos.
  Brian i Prudencja w jednej chwili popatrzyli na drzwi do pokoju, o które z założonymi rękami opierał się Stanley. Prudencja w jednej chwili zaczerwieniła się po cebulki włosów i posłała wściekłe spojrzenie Brianowi, który zaczął turlać się ze śmiechu na jej łóżku. Po chwili dołączył do niego Stanley i obaj zgodnie rechotali. Stan złapał się za brzuch, nie mogąc wydobyć z siebie niczego, oprócz nieopanowanego chichotu.
-Wróciliśmy - zaczął wchodzący Ringo, ale urwał na widok Briana i Stanleya pokładających się ze śmiechu. - Co tu się dzieje? - spytał zdezorientowany.
  W końcu Brian uspokoił się na moment i wstał z łóżka.
-No to ja już pójdę i zostawię was samych - wykrztusił i ponownie parsknął śmiechem.
-Zaraz, zaraz. Dlaczego mają być sami? - wtrącił Ringo.
-Ty nie pytaj, tylko chodź i im nie przeszkadzaj - powiedział Brian i klepnął go w ramię.
  Kiedy chłopcy byli już na korytarzu, Brian nagle stanął, odwrócił się do przerażonej Prudencji i roześmianego Stana.
-Tylko nie zapomnijcie się zabezpieczyć! - mrugnął porozumiewawczo Brian.
-Że co? Hej, tylko nie w moim domu - oburzył się Ringo, ale został wypchnięty przez kolegę na zewnątrz.
  Po chwili w pokoju została tylko Yoko i Stan. Dziewczyna wciąż była zdenerwowana, a Stanley rozbawiony. Prudencja nie wiedziała, jak ma się zachować, więc siedziała na łóżku, opuszczając stopy w króliczkowatych kapciach na podłogę.
-No to dokąd się wybierzemy, żeby skończyć to, czego nie zrobiliśmy, kotek? Wybieraj miejsce, od jednego do dziewięciu.
-Sześć - mruknęła od niechcenia.
-Dobry wybór. Moje łóżko.
  Stanley, widząc przerażoną minę Yoko, uśmiechnął się do niej szeroko.
-Przecież żartuję - dodał. - Ale może naprawdę gdzieś byśmy się wybrali?
  Prudencja popatrzyła na niego wielkimi oczami, a Stanley zrozumiał, o czym pomyślała.
-Nie w tym sensie! Po prostu.. no wiesz - zająknął się. - Kino?
-Nie chcę - mruknęła.
-Kolacja?
-Stanley, proszę..
-Kawa i ciastko? - spytał znów z nadzieją w głosie. - Niedaleko jest całkiem niezła kawiarnia. Przyjadę po ciebie jutro o szóstej.
  I nie czekając na jej odpowiedź, cmoknął ją szybko w policzek i wyszedł z jej pokoju.

poniedziałek, 4 maja 2015

Rozdział 33.

  Prudencja i Ringo stali razem z ojcem przy dużym nagrobku z granitu. Każdy pogrążony w swoich myślach patrzył na napis: Sara Hartfield. A pod spodem: Non omnis moriar. Patrzyli, a ból malował się na ich twarzach. Mark Hartfield bezskutecznie próbował ukryć łkanie. Jego ramiona trzęsły się od hamowanego płaczu.Tkwili tam już od kilkunastu minut. Prudencja usłyszała szept swojego brata.
-Chodź już. Lepiej, żeby tato już wrócił.
-Jedźcie - odpowiedziała. - Ja tu jeszcze zostanę.
-A czym wrócisz?
-Poradzę sobie. Pojadę autobusem. Zabierz ojca.
-Na pewno?
-Tak, jedźcie. Chcę pobyć tu sama.
-Okay - mruknął w odpowiedzi. - Chodź, tato.
  Ringo dotknął ramienia ojca, który uścisnął mocno syna. Powiedział łamiącym się głosem:
-Byłaby z was taka dumna.
  Chłopak wziął Marka pod rękę i sprowadził po stromym zboczu cmentarza. Prudencja popatrzyła na oddalającego się brata. Potem z powrotem skierowała wzrok na grób i usiadła na niewielkiej ławce naprzeciw niego.
-Tęsknię za tobą, wiesz? - spytała cicho. - Brakuje mi rozmów z tobą, twojego ciepła. To strasznie boli. Ta pustka. Ja wiem, że ty mnie słyszysz. Ale to tak bardzo boli, kiedy ja nie słyszę ciebie, mamo.
  Łzy lały się po jej policzkach. Strumieniami wypływały spod okularów, kapiąc na jej płaszcz. Dziewczyna poprawiła swój czarny melonik i przetarła oczy. Dookoła panowała cisza, mącona co jakiś czas cichymi słowami Prudencji. To dziś mijał rok, odkąd Sara Hartfield nie żyje.
  Marzec zmierzał ku końcowi. Pogoda stawała się coraz lepsza. Słońce częściej przebijało ciemne chmury, ale angielska aura wciąż dawała się we znaki.

Stanley


  Miałem straszne wyrzuty sumienia. Nieczęsto mi się to zdarzało. Ale wtedy czułem się okropnie. Owszem, byłem cholernie wkurzony na Prudencję, ale przesadziłem. No i jeszcze ta rocznica śmierci jej matki. Gdybym wiedział, że to dziś, nigdy nie usłyszałaby ode mnie takich słów. Musiałem ją przeprosić. Wyjąłem z kieszeni telefon i zadzwoniłem do Ringo.
-Słucham? - usłyszałem po drugiej stronie jego nieco zmieniony głos.
-Cześć, stary. Przepraszam, że właśnie dziś dzwonię, ale mam problem.
-Nie ma sprawy. Co się stało?
-Chodzi o Prudencję - powiedziałem szybko.
-Tak myślałem.
-Muszę się z nią spotkać. Jest w domu?
-Nie ma jej. Jest w Windsor. Na cmentarzu. Została tam sama.
-Może po nią pojadę?
-Nie wiem, czy to dobry pomysł.
-Ja też nie, ale muszę z nią porozmawiać. 
-Okay, rób jak chcesz.
  Ringo podał mi dokładnie miejsce, w którym mogę ją znaleźć. Nie tłumacząc się rodzicom, wsiałem jak najszybciej w samochód. Droga nie była długa, ale nie chciałem się z nią minąć. Trochę się denerwowałem. Nie wiedziałem, jak zareaguje na mój widok. Szybko jednak pozbyłem się wątpliwości.
  Zostawiłem samochód obok cmentarza i wszedłem po dużej skarpie. Przede mną zobaczyłem postać ubraną na czarno, która siedziała przed jakimś nagrobkiem. Od razu wiedziałem, że to ona. Cicho podszedłem do niej od tyłu. Nie chciałem jej przeszkadzać. Stanąłem jakieś dwa metry za nią, kiedy usłyszałem jej głos.
-Mamo, wróć. Albo ja pójdę do ciebie. Tak często mam ochotę skończyć z tym cierpieniem i pójść do tego miejsca, w którym jesteś. Gdziekolwiek to jest.
  Nie mogłem tak obojętnie stać. Słyszałem jej płacz. Pierwszy raz widziałem, jak płacze. Pierwszy raz widziałem, że i ona ma swoje słabości. 

***


  Prudencja płakała, nie mogąc opanować łez. Nagle poczuła na swoim ramieniu czyjąś dłoń. Myślała, że to Ringo po nią wrócił, ale usłyszała cichy głos:
-Nie płacz. Nie mogę ci obiecać, że będzie dobrze, ale sama możesz w to uwierzyć. Mieć nadzieję.
-Nadzieja jest do niczego - odezwała się głosem nabrzmiałym od bólu.
  Stanley usiadł obok Prudencji.
-Co tu robisz? - spytała nagle. 
-Przyjechałem cię przeprosić.
-Niepotrzebnie traciłeś czas.
-Więc mi nie wybaczysz? 
  Nie odpowiedziała od razu. Ich relacje były wyjątkowo pogmatwane, więc Stanley chciał je chociaż w niewielkim stopniu naprawić.
-Co mam ci wybaczyć? - powiedziała w końcu. - To, że mnie nienawidzisz? Tego nie będę ci wybaczać, bo to bez sensu. 
-Czy powiedziałem ci kiedykolwiek, że cię nienawidzę? Nie przypominam sobie.
-Może i nie powiedziałeś, ale dawałeś mi to do zrozumienia.
-Dawałem ci do zrozumienia? Pewnie wtedy, kiedy się u mnie całowaliśmy, prawda? Musiałem cię strasznie nienawidzić, żeby to zrobić - powiedział kpiącym tonem.
-Chodziło mi raczej o to, co wczoraj powiedziałeś - odparła, czerwieniąc się.
-To było głupie. Bardzo głupie. Czasem żałuję, że nie jestem niemy.
-To byłoby dobre rozwiązanie - odpowiedziała przez łzy.
  Przez chwilę siedzieli w ciszy. Żadne z nich nie odzywało się. Prudencja patrzyła na nagrobek swojej matki, a Stanley obserwował ją kątem oka. Nagle zerwał się chłodny wiatr, a ramiona dziewczyny lekko się zatrzęsły.
-Chodź już. Odwiozę cię do domu.
  Yoko chwilę się ociągała, ale wreszcie postanowiła ulec.
-No dobrze, ale daj mi minutę - powiedziała.
  Chłopak skinął głową i stanął obok ławki.
-Ale idź już. Ja cię dogonię - dodała.
  Stan odszedł w stronę swojego samochodu, zostawiając Prudencję sam na sam ze swoją mamą.
-Muszę już iść, mamo. Przepraszam, że tak rzadko u ciebie jestem. Widziałaś go? - dodała, ściszając głos. - To Stanley. Szkoda, że cie tu nie ma. Powiedziałabyś mi, co ja mam zrobić z tym chłopakiem.
  Po tych słowach odwróciła się i poszła śladem Stanleya.

  Dziewczyna znalazła Stana obok swojego samochodu.
-Możemy jechać? - spytał.
  Prudencja skinęła głową, a chłopak otworzył jej drzwi od strony pasażera. Wsiadła i zapięła pas. Stan okrążył samochód i usiadł na miejscu obok. Przekręcił kluczyk w stacyjce i odezwały się ciche dźwięki, dobiegające z radio. Stanley wcisnął kilka przycisków, przełączając stację radiową, na płytę.
-Jaka to płyta? - spytała od razu dziewczyna.
  Stanley, patrząc na drogę, odpowiedział cicho:
-The Dark Side of the Moon.
  Prudencja kiwnęła głową i zatopiła się w tej cudownej muzyce. Jechali przez kilka minut, nie odzywając się do siebie. Nagle ciszę przerwał Stanley.
-Jaka ona była? Znaczy twoja mama.
-Nie będę o niej z tobą rozmawiać - wypaliła od razu.
  Chłopak nie odezwał się. Zacisnął mocno usta, by nie powiedzieć czegoś, czego potem pożałuje. Prudencja poprawiła sobie okulary, które zsunęły się z jej nosa.
-Była bardzo miła i ciepła. Miała świetne poczucie humoru - mówiła cicho. - Musiała znosić moje wszystkie dziwne pomysły i kaprysy, więc już to było dużym wyzwaniem. Uwielbiała czytać. Pamiętam, jak zasypiała w fotelu z książką. Ja zdejmowałam jej wtedy okulary, a Ringo przykrywał kocem. To był już taki nasz rytuał. I wiesz, co raz zrobiła? Kilka miesięcy przed jej śmiercią stwierdziłam, że chcę sobie zrobić tatuaż. Bardzo mały, na kostce. I powiedziała, że mogę, tylko pod warunkiem, że ona zrobi sobie taki sam. Moja mama i tatuaż! - zaśmiała się. - Poważna, czterdziestodwuletnia, ucząca historii kobieta stwierdza, że robi sobie tatuaż. Myślałam, że żartuje, ale naprawdę poszła ze mną do studia.
  Prudencja opowiadała, a Stanley słuchał. Czasem uśmiechała się pod nosem na wspomnienie dziecięcych wybryków.
-Pewnie ci jej bardzo brakuje - powiedział cicho Stan, kiedy Yoko przestała opowiadać.
-To prawda - odpowiedziała prawie szeptem, a z jej oczu popłynęła nowa fala łez.
  Stan spojrzał kątem oka na dziewczynę.
-Hej, nie płacz, proszę.
  Ale Prudencja nie przestała płakać. Wręcz przeciwnie. Szlochała coraz głośniej. Ból w jej sercu stawał się nie do zniesienia. Stanley zjechał na pobocze, odpiął swój pas i pochylił się w stronę dziewczyny. Dotknął kciukiem jej łez, które lały się nieustępliwie. Wytarł je ostrożnie.
-Prudencjo, nie płacz. Ja wiem, że to boli.
-Nie wiesz - powiedziała, walcząc z łzami. - Nie masz pojęcia, jak to jest.
  Stan pokręcił głową i uścisnął lekko rękę dziewczyny, którą położyła na kolanach.
-Ja po prostu nie daję rady - zaszlochała.
  Chłopak ostrożnie objął Prudencję ramieniem, która zacisnęła powieki i mocno się do niego przytuliła. Płakała w jego kurtkę, a on głaskał ją rytmicznie po plecach.
-Teraz wszystko się ułoży. Musi. Zobaczysz, jeszcze wszystko będzie w porządku.
  Yoko powoli się uspokajała. Puściła poły jego skórzanej kurtki, które do tej pory trzymała kurczowo, jakby były jej ostatnim kołem ratunkowym. Podniosła głowę i poprawiła melonik. Stanley nagle położył dłoń na jej policzku i zbliżył się do jej twarzy. Dziewczyna patrzyła na niego szeroko otwartymi zaczerwienionymi oczami. Jego blond loki lekko łaskotały ją w twarz, ale nie zwracała na nie uwagi. Miała rozchylone wargi i wstrzymywała oddech. Chłopak nachylił się do niej i pocałował delikatnie lewy kącik jej ust. Następnie zrobił to samo po drugiej stronie, by w końcu położyć swoje wargi na jej krwistoczerwonych ustach. Całował ją delikatnie, a ona po chwili wahania dołączyła do jego zmysłowych ćwiczeń. Pogłębiła pocałunek, wlewając w niego swój ból, desperację i potrzebę bliskości. On objął dłońmi jej policzki, a ona wplotła palce w jego włosy, pociągając za nie lekko.
  Było im niewygodnie. Stan sięgnął do pasa Prudencji i odpiął go jednym ruchem. Położył dłoń na jej plecach i przyciągnął ją jeszcze bliżej siebie. Ich pocałunek stawał się coraz bardziej namiętny, kiedy nagle usłyszeli pukanie w boczną szybę od strony kierowcy. Odskoczyli od siebie szybko. Prudencja opadła na swoje miejsce, oddychając ciężko. Jej policzki przybrały karmazynowy odcień. Stanley zobaczył za oknem policjanta, który kazał mu opuścić szybę.
-Wie pan, że tu nie wolno parkować? - usłyszał pytanie wysokiego mężczyzny w mundurze.
-Tak, wiem - powiedział powoli.
-Więc dlaczego pana samochód tu stoi?
-Ja..nie mogłem prowadzić, musiałem.. miałem coś ważnego - jąkał się.
-No tak. Coś ważnego. Widziałem - powiedział, robiąc sugestywne miny, a Yoko zaczerwieniła się jeszcze bardziej. - Poproszę pańskie dokumenty i zapraszam ze mną.
  Zrezygnowany Stanley wyjął z wewnętrznej kieszeni kurtki portfel i wysiadł z samochodu.
-Zaraz wracam - rzucił do dziewczyny.
  Prudencja czekała na niego kilka minut, próbując uspokoić oddech. Bała się powrotu Stana. Nie wiedziała, jak ma się zachować. Kiedy po chwili chłopak wrócił, nie patrzyła na niego. Odezwała się tylko:
-Mandat?
-Niewielki.
  Prudencja pokiwała głową, a Stanley uruchomił samochód. Wracali nie odzywając się do siebie. Tylko muzyka Pink Floyd tańczyła wokół nich. Kiedy wreszcie dotarli pod dom Prudencji, była już prawie osiemnasta. Dziewczyna odchrząknęła cicho.
-No to ten... dzięki za podwiezienie i w ogóle.
-I w ogóle? - spytał z lekkim uśmiechem Stanley.
  Policzki Prudencji odrobinę się zaróżowiły.
-To cześć - powiedziała szybko i ku zdziwieniu zarówno swojemu jak i Stanleya, cmoknęła go głośno w policzek i wysiadła, nie oglądając się za siebie.