środa, 28 stycznia 2015

Rozdział 17.

     Siedząc w ławce, dziewczyna wciąż czuła czyjeś spojrzenie na swoich plecach. Chciała się odwrócić, ale obiecała sobie, że tego nie zrobi. Nie wytrzymała jednak i odwróciła się. Tam popatrzyła prosto na Vincenta, który spojrzał w jej oczy i uśmiechnął się drwiąco. Siedzący obok niej Stanley wiercił się na krześle. Prudencja odwróciła głowę z powrotem. Chwilę później na jej ławce wylądowała zmięta karteczka. Dziewczyna z lekkim wachaniem rozłożyła ją i przeczytała krótki liścik.

  Jeśli Ci się podobam, to mi powiedz. Nie musisz się tak gapić. Przyzwyczaiłem się, że dziewczyny szaleją na punkcie mojej boskości. Wystarczy poprosić, a masz jak w banku, że pozwolę ci zobaczyć mój największy skarb, ukryty w spodniach. Zdobędziesz go jednym swoim uśmiechem. 
                                Vincent
  Prudencja poczerwieniała ze złości. Zmięła w dłoni list. Obiecała sobie, że jeszcze się na nim odegra. Kiedy po dzwonku wstała z ławki, usłyszała przy uchu jego szept:
-Wystarczy poprosić.


  Prudencja zrzuciła buty i weszła do domu. Zastała w kuchni ojca rozmawiającego przez telefon. W ciszy nastawiła wodę na herbatę i przygotowała sobie obiad. Chwilę później jej ojciec skończył rozmowę.
-Nie uwierzysz, Prudencjo! Najpierw David Carlstone przeprowadza się do domu obok nas, a teraz kto? Jego brat! Nie widziałem Dereka od kilku dobrych lat.
-A ten Derek nie mieszka przypadkiem w tym drugim dworku?
-A skąd wiesz? Znasz go?
-Jego syn chodzi do mojej klasy.
-Naprawdę? - spytał zdziwiony. - Z pewnością się polubiliście. To chyba miły chłopiec.
-Taa, bardzo miły - zadrwiła. - To zwykły gbur. Uważa się za nie wiadomo kogo, a wszystkich ma za nic. Jest irytujący i ma chamskie poczucie humoru. Rzeczywiście milutki.
-Nie mogę uwierzyć, żeby syn Dereka miałby być aż tak niemiły. Jego ojciec to wspaniały facet. Jutro wieczorem umówilismy się, to znaczy ja, David ze Stanleyem i Michaelem oraz Derek z synem, chyba Vincent ma na imię. Idziemy do jakiegoś klubu.
-Ty? Do klubu?
-A co w tym dziwnego? Nie jesteśmy jeszcze tacy starzy.
-A do czego wam są potrzebni ich synowie? Stanley i Vincent chyba się nie znoszą. Nie wyobrażam ich sobie na miłej pogawędce.
-Musi ci się wydawać, ze się nie lubią. To przecież kuzyni. No nieważne. Idziemy wypić piwo, powsponimać, popatrzeć, jak młodzi ludzie się bawią.
-A gdzie dokładnie idziecie?
-Nie wiem. Nie pamiętam nazwy.  A dlaczego pytasz?
-Tak tylko. To idziecie jutro, tak?
-No jutro. A od kiedy tak się interesujesz moimi sprawami? - zdziwił się.
-Jesli nie chcesz ze mną rozmawiać, to następnym razem nie zaczynaj tematu - powiedziała i poszła do swojego pokoju.

  Następnego dnia była sobota. Dzisiejszy wieczór Prudencja miała spędzić dość pracowicie. Kilka dni temu zadzwonił do niej jej kolega, Jack, który poprosił ją, by uratowała jego zespół. Mieli bowiem zagrać koncert, ale ich wokalista i gitarzysta zachorował. Za nic nie mógł przyjść na występ. Dziewczyna miała go zastąpić. Ojciec zakazał jej koncertów w najbliższym czasie, bo sama przeszła grypę. Nie mogła jednak odmówić i musiała wystąpić ze znajomymi.
  Wieczorem poczekała, że ojciec wyjdzie na planowane spotkanie i sama wymknęła się z domu. Oficjalna wersja głosiła, że jest u Briana. Tymczasem zabrała ze sobą gitarę i pośpiesznie wyruszyła na koncert. Na miejscu czekał już cały zespół. Dzieczyna zdjęła kurtkę i była już gotowa.
  Prudencja jak zwykle ubrała się dość odważnie. Tym razem w bordową koszulkę, odsłaniającą jej ramiona i ledwo sięgającą do pępka. Do tego rozkloszowana spódnica z kilku warstw tiulu w kolorze głębokiej czerni, zakolanówki i glany. Strój był o tyle prowokujący, że niemal przy każdym kroku spódnica podnosiła się nieco i jej pas do pończoch pokazywał się w pełnej okazałości.
  Włosy jak zwykle rozpuściła, za okularami widać było prostą kreskę na powiekach. Usta były krwistoczerwone. Wyglądała seksownie i bardzo kobieco. Opatrunek na policzku dodawał jej tylko uroku.
  Chłopcy ożywili się na jej widok.
-No hej! Życie nam ratujesz, złotko - powiedział Jack, witając się z Prudencja.
-Nie ma sprawy. Kiedy zaczynamy?
-Za moment, a z resztą, możemy już.
-Okay, jestem za - powiedziała uśmiechnięta.

  Weszli na scenę. Ludzi było sporo, ale nikt jeszcze nie zwrócił na nich uwagi, bo światła padające na scenę były zgaszone. Dopiero kiedy każdy był na swoim miejscu światła zaczęły lekko płonąć.

***


  Od pierwszej chwili wiedziałem, że to spotkanie okaże się porażką. Ja i Vincent mamy udawać szczęśliwą rodzinę? Niedoczekanie.
  Szliśmy czałym orszakiem w stronę jakiegoś klubu. Nawet dobrze nie wiedziałem, dokąd konkretnie zmierzamy. Z przodu szli ojcowie i Vincent, a za nimi ja. Bez Michaela. Jemu oczywiście coś wypadło. Tym razem go zrozumiałem, bo miał randkę. Sam już nie pamiętam, kiedy zaprosilem jakąś dziewczynę na randkę. Przespanie się z jakąś pijana laską to jedno, a prawdziwa randka to coś innego. Coś, czego zaczynało mi brakować. 
  Przede mną toczyła się rozmowa o cudownym Vincencie i jego zaletach. Wydawało mi się, że ten chłoptaś nie wie, że rozmawia z ojcem Prudencji. Po chwili już mi się nie wydawało. Byłem przekonany, że on nie ma o tym pojęcia. Pięć minut później byliśmy na miejscu. Weszliśmy do przyciemnionego lokalu. W powietrzu unosił się dym papierosów i nagle naszła mnie ochota na zapalenie. Paliłem okazjonalnie, zależnie od humoru. Nie byłem uzależniony, ale moja matka nie znosiła, kiedy paliłem.
  Usiedliśmy przy barze. Każdy zamówił piwo. Kiedy wziąłem swoją butelkę do ręki, zauważyłem na scenie jakieś ruchy. Było ciemno, więc nie wiedziałem, co się dzieje. Przytknąłem butelkę do ust i wychyliłem kilka łyków. Wtedy światło na scenie zostało włączone, a ja omal się nie zakrztusiłem swoim piwem.
  Nikt jeszcze tego nie zauważył, z wyjątkiem mnie. Na scenie była (cóż za niespodzianka) Prudencja. Wyglądała strasznie seksownie i nie mogłem oderwać od niej wzroku. Kiedy zaczęła swoim zachrypniętym głosem śpiewać Come as you are wszyscy podnieśli głowy. Jej ojciec otworzył szeroko oczy.
-O mój Boże! Co ona tutaj robi? - wykrzyknął.
-Ale o co chodzi? Coś się stało? - spytał jak zwykle zorientowany stryj Derek.
-Mark, czy to ona? - włączył się i mój ojciec.
  Vincent patrzył na Prudencję, ale jej nie poznał. Do szkoły ubierała się zwykle inaczej, schludniej, więc w tej wersji jeszcze jej nie widział.
-To przecież Prudencja! Co za dziewczyna! Zakazałem jej koncertów. Przecież miała być u jakiegoś kolegi. Jasna cholera! - powiedział zdenerwowany Mark Hartfield.
-To jest pańska córka? - spytał oszołomiony Vincent.
-No tak. Prudencja. 
-O kurwa - powiedział cicho mój kuzyn. Tak cicho, że tylko ja go usłyszałem. - Ale sztuka.
-Serio jej nie poznajesz? - prychnąłem.
-A skąd mam ją znać? - spytał.
-Prudencja to rzadkie imię, wiesz? Jest tylko jedna w całej szkole. A dokładniej- w naszej klasie.
  Wtedy chyba zrozumiał. Popatrzył na nią i gapił się z lekko otwartymi ustami. Ja też spojrzałem. Cholera! Ta dziewczyna wyglądała nieziemsko. Jej nogi, odsłonięty brzuch, czerwone usta! Można by patrzeć bez końca. Vincent chyba myślał o tym samym, bo wyglądał jak w transie. Mechanicznie podnosił butelkę do ust i pił, wciąż przyglądając się scenie. 
-Co ja mam z tą dziewczyną! - użalał się jej ojciec.
-Daj spokój. A ty słuchałeś się rodziców w jej wieku? Nie chcę ci przypominać, bo ja też w tym brałem udział, a przy własnym synu nie wypada - zaśmiał się stryj.
  Mój ojciec był oczywiście zdegustowany, ale starał się tego nie okazywać. Widziałem, jak stroi swoje miny na widok wyglądu Prudencji. Oboje z matką jej nie znosili. 
  Dziewczyna na scenie zaczęła śpiewać jakąś piosenkę Beatlesów.
-A tą pasję musiała po tobie odziedziczyć. Beatlesi! - powiedział Derek
-No tak, to akurat prawda. 
-Haha, kto nazywa swoją córkę imieniem z ich piosenki? - dodał.
-Wiecie, moja córka ma jeszcze drugie imię.
-Na pewno związane z Beatlesami. Michelle? Jude? A może Cynthia?
-Z tą Cynthią byłeś blisko, ale nie.
-No więc jak? - dociekał ojciec.
-Yoko - odpowiedział.
  Wszyscy zaśmiali się głośno. 
-Mogłem się domyślić - powiedział Derek.

***


 Prudencja jak zwykle świetnie się bawiła. Faceci na jej widok tracili oddech. Droczyła się z nimi, a oni to uwielbiali. Miała właśnie zapowiedzieć kolejną piosenkę, kiedy jeden chłopak z publiczności krzyknął:
-Może mi pokażesz, co masz pod tą spódniczką?
  Osiemnastolatka uśmiechnęła się zalotnie i spytała:
-A jak masz na imię?
-Alex.
-No to spierdalaj, Alex.  
  Wszyscy zaczęli się śmiać, a chłopak zrobił urażona minę, ale mrugnął do niej zachecająco. Dziewczyna nauczyła się już nie zwracać uwagi na takie zaczepki, ale czasem po prostu nie mogła odmówić sobie jakiejś ciętej odpowiedzi.
  Yoko nie była świadoma, że przy barze siedzą osoby, które słyszą każde jej słowo i gotują się ze złości. Mark Hartfield zdenerwował się, że facieci składają takie propozycje jego własnej córce. Poczuł jednak odrobinę dumy, kiedy usłyszał, że potrafi im się odgryźć. 
  Dziewczyna śpiewała właśnie Where did you sleep last night? , kiedy zauważyła siedzącego przy barze ojca. Kiedy ich oczy się spotkały, próbowała go przeprosić bez słów. Śpiewała nadal i uśmiechnęła się lekko. Po chwili ujrzała obok niego Vincenta i Stanleya. Obaj na nią patrzyli.
  Jeden z blond lokami, opadającymi falami na ramiona, drugi z włosami czarnymi jak noc, związanymi w kucyk. Stanley upił łyk z butelki tzrymanej w ręce i wrócił do oględzin dziewczyny.

  Godzinę później Prudencja zeszła ze sceny. Założyła płaszcz i z gitarą na plecach wyszła na chłodne powietrze. Stała przez chwilę na dworze, kiedy z drzwi wyłoniły się sylwetki jej ojca, Davida Carlstone, Vincenta i kolejnego mężczyzny, który musiał być jego ojcem.
-Kogo ja widzę, moja panno? - spytał Mark.
-Cześć, tato! - wykrzyknęła radośnie. - Miły wieczór, co?
-Nie próbuj zmieniać tematu, bo i tak ci się to nie uda. Ale porozmawiamy w domu. A tymczasem musisz kogoś poznać. To jest Derek, brat Davida, mój kolega ze szkolnych czasów.
  Prudencja spojrzała na wysokiego mężczyznę, około pięćdziesiątki. Miał siwe włosy, ale był bardzo podobny do swojego syna. Dziewczyna uścisnęła jego rękę. Wszyscy ruszyli dalej, a osiemnastolatka szła obok Stanleya i Vincenta. Przywitała się z pierwszym z chłopców, a drugiego zignorowała.
-Nie wiedziałem, że nieśmiała okularnica jest w rzeczywistości tak niegrzeczna - powiedział Vincent, patrząc na Prudencję.
-Przestań. Mam dosyć ciebie i twoich odzywek, okay? - powiedział zniecierpliwiony Stanley.
-Mogłeś powiedzieć, że to twoja dziewczyna. Potrafię uszanować to, że jest zajęta.
-Po pierwsze: ja dobrze pamiętam, jak ty takie rzeczy szanujesz.
-A po drugie: nie jestem jego dziewczyną - dodała Prudencja.
-Nie jesteś? To mi bardo ułatwia sprawę - zaśmiał się Vincent.
  Ich ojcowie wyprzedzili całą trójkę o dobre kilkanaście metrów. Dziewczyna skorzystała z okazji i przystanęła. Chłopcy zrobili to samo. Prudencja zwróciła się do Vincenta.
-Wiesz co? Gówno mnie obchodzi to, jak jesteś postrzegany przez większą część 
damskiej populacji naszej szkoły. Wszyscy mogą cię uważać za bóstwo, ale nie ja. Irytujesz mnie i jesteś tak chamski, że nawet ja nie mogę tego znieść -skończyła przemówienie i po krótkiej chwili z całej siły przyłożyła mu otwartą dłonią w policzek.
-Auu, a to za co?
-Za twój bezczelny list, dupku - i odeszła, poprawiając okulary.
  Stanley stał chwilę, nie wiedząc co ma o wszystkim myśleć. W końcu i on odszedł, zostawiając Vincenta, trzymającego się za obolałą twarz. 

sobota, 24 stycznia 2015

Rozdział 16.

  Prudencja nie mogła dłużej kryć swojego smutku. Kiedy Stanley otoczył ją delikatnie ramionami, ta przycisnęła do niego swoją sylwetkę. On uspokajająco gładził ją po plecach. Nic nie mówił, ona także się nie odzywała. Stali tak przez kilka dobrych minut i wtedy Stanley się powiedział:
-Zadzwonimy na policję i wszystko im opowiemy. Pożałują tego, że chcieli cię skrzywdzić - szeptał do niej kojąco. - Teraz pójdziemy do mnie, bo jest bliżej i zawiozę cię do lekarza. Musi opatrzeć twój policzek.
-Nie chcę iść na policję, to nic nie da - odpowiedziała ochrypłym głosem. Wysunęła się z objęć Stanleya i zapięła płaszcz.
-Jeśli nie pójdziemy, to wszystko im ujdzie na sucho - oponował.
-Ojciec tej suki to jakiś ważniak i jeśli zechce, to będzie miał policję w garści.
-Daj spokój, przecież twój ojciec jest prawnikiem.
-Mam gdzieś mojego ojca - powiedziała i wytarła wierzchem dłoni krew, która wciąż spływała z jej świeżej rany.
  Stanley poddał się i powiedział tylko:
-Ale do lekarza musisz iść. Trzeba będzie zszywać. Chodź za mną.
  Prudencja bez słowa poszła razem z chłopakiem. Wzięła swój plecak rzucony obok drzewa. Chwila słabości już minęła, więc musiała wziąć się w garść. Musiała jednak o coś go spytać.
-Skąd wiedziałeś, że oni, no wiesz...?
-Słyszałem ich rozmowę przed szkołą. Domyśliłem się, że chodzi o ciebie, ale pewności nie miałem. Musiałem sprawdzić.
  Przez chwilę dziewczyna nie odpowiadała, ale w końcu mruknęła:
-Dziękuję.
  Stanley popatrzył na nią i tylko kiwnął głową.
-Może mam do kogoś zadzwonić? - spytał tylko.
-Niby do kogo?
-A twój ojciec? Chłopak?
-Nie mam pojęcia, dlaczego ty sądzisz, że mam chłopaka.
-Myślałem, że ty i Brian...
-Ja i Brian co?
-No, że jesteście razem.
-Zaskoczę cię: istnieje coś takiego, jak przyjaźń damsko- męska.
-Nigdy w nią nie wierzyłem - odpowiedział.
  Prudencja zaśmiała się mimo woli.
-Więc jednak czasem się uśmiechasz? Dziwne.
-Dlaczego dziwne?
-Bo ty zawsze jesteś smutna lub zła. Chyba, że rozmawiasz ze swoim chłopakiem.
-Przyjacielem - poprawiła go.
-Skoro Brian to twój przyjaciel, to kto dostąpił zaszczytu bycia twoim chłopakiem?
-Ten zaszczyt obecnie nie przypada nikomu.
-Nie wierzę ci.
-Trudno- odpowiedziała i oboje zamilkli.
  Szli w ciszy przez kilka minut, aż w końcu znaleźli się na drodze przed domem Stanleya. Dziewczyna już zapomniała, jakie wrażenie na niej wywierał ten dworek. Jego bliźniak stojący obok, wyglądał odrobinę inaczej niż wcześniej. Podwórze wyglądało na uprzątnięte, a trawa- na skoszoną. Prudencja z zaciekawieniem spoglądała na niego, aż idący obok niej chłopak powiedział:
-Ktoś go kupił. Mają się wprowadzić za kilka dni.
  Dziewczyna posmutniała. Miała nadzieję, że kiedyś sama go odwiedzi w nocy, kiedy nikogo nie będzie w pobliżu. Niestety jej plan nie będzie mógł dojść do skutku.
  Przeszli przez otwartą bramę prowadzącą do domu chłopaka. Przed nim stał jego samochód, czarny Mercedes ML 350. Nowy i z pewnością drogi.
-Może wejdziemy do domu? Ochłoniesz i wtedy pojedziemy.
-Raczej nie chcę spotykać twoich rodziców. Nie mów im, ani nikomu o tym, co się stało w lesie. Sam też o tym zapomnij.
-Nie powiem rodzicom, ale z pewnością o tym nie zapomnę. Chodź.
  Otworzył jej drzwi od strony pasażera. Wsiadła i zapięła pas. Kiedy on zajął swoje miejsce za kierownicą, czuła się odrobinę skrępowania. Od dawna nie towarzyszyło jej to uczucie. Prudencja była wdzięczna Stanleyowi za pomoc, ale nie wiedziała, czy od razu będzie zdolna go polubić. Gdyby nie on, pewnie już w tej chwili po internecie krążyłyby jej kompromitujące zdjęcia i nie skończyłoby się na ranie na policzku.
  Stanley wyjechał spod domu i skręcił w prawo, jadąc do pobliskiego szpitala. Dziewczyna zobaczyła w lusterku swoją twarz. Ujrzała blade odbicie, pełne zadrapań i zaschniętej oraz na nowopłynącej krwi. Okulary były przekrzywione, ale ocalały. Wyjęła z kieszeni płaszcza chusteczkę i wytarła krew.
-Nadal krwawi? - spytał zaniepokojony Stanley.
-Mhm - mruknęła w odpowiedzi.
-Musiał głęboko ciąć. Nie chcę cię martwić, ale obawiam się, że zostanie ci blizna - powiedział, patrząc na ciemną drogę.
-Trudno - odpowiedziała swoim ulubionym słowem i wzruszyła ramionami.
-Wydajesz się tym nie przejmować.
-Bo się nie przejmuję - ucięła rozmowę.
  Kilkanaście minut później wchodzili do szpitala.
-Jedź już, dam sobie radę - powiedziała Prudencja.
  Stanley nic nie odpowiedział, tylko poszedł za nią. Jakiś czas czekali na krzesłach, aż w końcu  wypadła ich kolej.
-Nie musisz ze mną wchodzić, nie jestem dzieckiem - zwróciła się do chłopaka, kiedy chciał wejść z nią do gabinetu. Tym razem posłuchał i usiadł na krześle naprzeciwko drzwi. Czekając, czytał stare czasopisma medyczne. W końcu drzwi otworzyły się i stanęła w nich Prudencja i wielkim opatrunkiem na lewym policzku. Za nią zauważył lekarza, więc podniósł się i podszedł do nich.
-I co? Wszystko w porządku?
-Twoja dziewczyna ma założone szwy. Za jakiś czas je zdejmiemy. Do tego momentu należy codziennie zmieniać opatrunek. Pozostanie blizna, ale z pewnością będzie cienka i niezbyt widoczna - odpowiedział lekarz.
-Bardzo dziękujemy - odpowiedział Stanley. - Dobranoc panu.
  Oboje skierowali się w stronę wyjścia. Chłopak dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że doktor nazwał ją jego dziewczyną. A ona nie zaprzeczyła.

  Pół godziny później była już w domu. Dochodziła dziewiąta. Kiedy zdejmowała buty ktoś zszedł z dołu. Usłyszała głos ojca.
-Czy mogę wiedzieć, dlaczego wracasz o tej porze?
-Po pierwsze: nie jest jeszcze późno, a po drugie: nic ci do tego - odpowiedziała i podniosła wzrok znad ubłoconych glanów.
-Nie mów tak do swojego...Dziecko, jak ty wyglądasz? - wykrzyknął nagle.
  Spojrzał na jej zmęczoną i białą jak papier twarz. Zobaczył jej opatrunek i otworzył szeroko oczy ze zdumienia.
-W co ty się znów wplątałaś? I co ci się stało w twarz? Boże! Gdzie ty byłaś tyle czasu?
-Chcesz wiedzieć, co mi się stało? Okay, opowiem ci. Wracając ze szkoły, napadły mnie dwie osoby z mojej klasy, które chciały się na mnie zemścić, nawet nie wiem za co. Do dobrze, Lizzy uderzyłam piłką celowo, ale nie mam nic wspólnego ze zdejmowaniem kąpielówek Euanowi. Później uśpili mnie eterem i zanieśli do lasu. Euan rozciął mi policzek nożem i zaczął rozbierać, żeby zrobić mi zdjęcia nago. Pewnie wyglądałabym teraz sto razy gorzej, gdyby Stanley nie podsłuchał rozmowy tej dwójki. Znalazł ich i uciekli, a mnie zawiózł na pogotowie. Założyli mi szwy i wysłali do domu. Koniec.
-Żartujesz - powiedział z niedowierzaniem.
-Jasne, że tak. Przecież sama sobie rozorałam policzek - prychnęła i pobiegła do swojego pokoju.

  Następnego dnia Prudencja nie poszła do szkoły. Rano obudziła się z migreną i bólem szczypiącym w policzek. Leżenie na mokrej ziemi też dało się we znaki, bo już w nocy zaczęła kichać i kaszleć. Obok łóżka zaczął się tworzyć stos zużytych chusteczek, bo katar nie dawał jej spokoju. Około ósmej, drżac z zimna, wstała, żeby wziąć prysznic. Założyła długą ciemnoczerwoną piżamę na guziki w ozdobne misie. Zeszła do kuchni i bardzo się zdziwiła na widok swojego ojca.
-A ty nie w pracy? - spytała.
-Już wstałaś? Zrobiłem sobie dziś wolne, bo słyszałem w nocy, jak kichasz. Rano byłem u ciebie w pokoju i miałaś gorące czoło. Siadaj, zaraz zrobię ci herbaty z sokiem malinowym - powiedział troskliwym głosem.
  'Kim jesteś i co zrobiłeś z moim ojciem?' - pomyślała od razu Prudencja.
-Od kiedy się tak mną przejmujesz? - spytała, ale mniej burkliwym tonem, niż zwykle.
-Jestem twoim ojcem, to chyba normalne.
  Dziewczyna nic nie odpowiedziała tylko usiadła. Mimowolnie zatrzęsła się z zimna.
-Idź na górę. No już! Połóż się, a ja za moment przyniosę herbatę i leki. Musisz dużo pić, bo się odwodnisz. I zrobię ci jakieś kanapki, dobrze?
  Prudencja pomaszerowała na górę, wciąż zdziwiona nową postawą ojca. Po kilku minutach wszedł do jej pokoju, trzymając pełną tacę. Postawił ją na jej stoliku i nie wyszedł, dopóki nie przełknęła kilku łyków gorącej herbaty. Po jej ciele rozlała się fala gorąca i od razu poczuła się odrobinkę lepiej. Zjadła nawet kanapkę i z powrotem zasnęła. Usłyszała brzęczenie telefonu, ale była zbyt zmęczona i obolała, by go odebrać. Obudziła się dopiero około piętnastej, kiedy jej ojciec zapukał do drzwi.
-Jak się czujesz? - spytał.
-Wyśmienicie - zadrwiła. Mimo, że ojciec zachowywał się w stosunku do niej dużo przyjaźniej, ona nie mogła zapomnieć tego, jaki był jeszcze dwadzieścia cztery godziny temu.
  Ojciec nie zwrócił uwagi na kpiący ton.
-Chwilę temu było tu dwóch chłopców. Pytali o ciebie. Mówili, że nie odbierasz ich telefonów.
-I gdzie są teraz? - spytała, myśląc o Brianie i Milesie.
-Powiedziałem im, że jesteś chora i śpisz. Prosili, żebyś się z nimi skontaktowała, kiedy poczujesz się lepiej.
  Prudencja zadzwoniła później do Briana. Nie opowiedziała mu jeszcze o jej przygodzie z Lizzy i Euanem, ale wiedziała, że wkrótce będzie musiała to zrobić. Razem z Milesem dowiedzieli się o tym dopiero trzeciego dnia jej choroby, kiedy pan Hartfield uznał, że może już przyjmować gości. Zareagowali tak, jak się spodziewała. Byli tak zdenerwowani, że nie mogli usiedzieć w miejscu, a pod adresem jej oprawców leciało wiele obelg, które nie nadają się do cytowania.

  Prudencja spędziła w domu cały tydzień. Wreszcie mogła iść do szkoły. Nie wiedziała, czego może się spodziewać. Z pewnością wszyscy będą zainteresowani jej opartunkiem na policzku i długą nieobecnością. Nie przejmowała się jednak innymi, tylko szła w stronę drzwi wejściowych. Zobaczyła tam - a jakże - Lizzy w otoczeniu jej świty. Poprawiła na głowie swój melonik i wsunęła głębiej okulary. Obok niej pojawił się Stanley.
-Hmm, cześć - powiedział niepewnie.
-Cześć - odpowiedziała mu, wciąż idąc.
-Lepiej się dziś czujesz?
-W porządku, dzięki.
-A policzek?
-Da się przeżyć.
  Szli razem do wejścia, ale wtedy drzwi zagrodził im jakiś wysoki chłopak. Prudencja nie znała go. Miał ciemne długie włosy, sięgające ramion i bladą cerę. Patrzył wprost na nich ciemnymi oczami.
-Zejdź mi z drogi - powiedział do niego Stanley.
-Coś ty taki niemiły? - powiedział niskim głosem.
-Po prostu mnie nie denerwuj, okay? Przesuń się.
-Jak sobie życzysz - powiedział sztucznie miłym głosem i zszedł na bok.
  Z tyłu zaczął się gromadzić mały tłum, który z zaciekawieniem oglądał całą scenę. Stanley otworzył Prudencji drzwi i wszedł za nią do szkoły.
-Kto to był, do cholery? - spytała.
-Właśnie poznałaś Vincenta, mojego kuzyna.
-Twojego kuzyna?
-Milutki, no nie? Wspomonałem ci, że ktoś się wprowadza do dworku obok mnie, prawda? Mówiłem o nim.
  To on miał zbeszcześcić jej ukochany dworek? Prudencja poczuła, że z pewnością się z nim nie zaprzyjaźni.

czwartek, 22 stycznia 2015

Rozdział 15.

  Było mokro i zimno. Zmrok przedzierał się przez konary drzew. Prudencja leżała na wilgotnym dywanie z liści. Była nieprzytomna. Nad nią pochylała się Lizzy, Euan stał obok.
-Kiedy ona się wreszcie obudzi? - spytała zniecierpliwiona dziewczyna.
-Widocznie za dużo się nawdychała tego eteru. A tak w ogóle, to dlaczego od razu nie zrobimy jej tych fotek, co? Tak przynajmniej się nie dowie, że to my.
-Ona i tak będzie wiedzieć. I chcę zobaczyć, jak przed nami spuszcza wzrok i kuli się ze strachu.
-Jesteś nienormalna - powiedział znawczym tonem Euan.
  Dziewczyna tylko prychnęła i wróciła do oględzin leżącej Prudencji. Nagle zauważyła, że ta lekko się poruszyła. Ostrożnie uchyliła powieki, a Lizzy od razu skierowała mocne światło swojej latarki na jej twarz. Pod jego blaskiem z powrotem przymknęła mocno powieki. Próbowała wstać. Zdała sobie sprawę, że ma związane z tyłu ręce. Udało jej się usiąć i oparła się o drzewo. Jej oczy przywykły do światła latarki i zdołała otworzyć całkowicie oczy. Okulary zsunęły jej się na czubek nosa, więc ramieniem popchnęła je na swoje miejsce.
-Nasza śpiąca królewna nareszcie się obudziła - wykrzyknęła z udawanym zadowoleniem Lizzy.
-Jesteś pieprzoną idiotką - warknęła w odpowiedzi Prudencja. - Zawlekliście mnie do lasu, który, niestety, znajduje się obok mojego domu. Jeśli teraz zacznę krzyczeć, od razu mnie ktoś znajdzie.
-Tak sądzisz? - spytał cynicznie Euan, zbliżając się do dziewczyn.
-Tak, tak sądzę.
-No i tu się mylisz. Jesteśmy wystarczająco daleko, żeby nikt nie słyszał twoich żałosnych jęków, kiedy zaczniesz mnie prosić o litość.
-To zabrzmiało jak tekst z jakiegoś taniego horroru. Może masz jeszcze piłę mechaniczną?
-Na twoim miejscu siedziałbym cicho - zdenerwował się Euan. - Nie tak będziesz mówić, kiedy dowiesz się, co z tobą zrobimy.
-A co zrobicie? No dalej, opowiedzcie! Zmieniam się w słuch - zadrwiła Yoko.
-Chyba na początek wyrwę ci ten długi jęzor - wtrąciła się Lizzy.
-To będzie wyglądać wyjątkowo.
-Zamknij się w końcu! - krzyknęła dziewczyna tracąc cierpliwość do swojej zakładniczki.
 Szybko nachyliła się nad Prudencją, próbując ją uderzyć w twarz. Osiemnastolatce udało się uchylić w odpowiednim momencie. Ręka oprawczyni minęła jej twarz o kilka cali. To jeszcze bardziej zezłościło Lizzy.
-Euan! Chodź tu. Bierzemy się do roboty. Nie mam zamiaru dłużej jej słuchać.
  Oboje zbliżyli się do Yoko. Chłopak wyciągnął nóż i przycisnął mocno jego czubek do twarzy  dziewczyny. Przesunął ostrzem o dwa cale w dół, pozostawiając strużkę ciemnobordowej krwi, płynącą aż do jej ust, pozostawiając na języku metaliczny smak. Dziewczyna nawet się nie skrzywiła.
-Teraz siedź cicho, bo twoja twarz będzie wyglądać jak kilo mielonego mięsa.
-Te twoje teksty niszczą całą atmosferę - zaśmiała się Yoko.
-Miałaś być cicho! Życie ci niemiłe?
-Mam gdzieś moje życie. Możesz mnie zabić, to ulżysz nam obojgu.
  Lizzy i Euan byli już mocno wkurzeni. Oboje zrobili się purpurowi na twarzach i zaczęli głośno oddychać.
-Sama prosisz się o uszkodzenie swojej buźki. Mam tego dosyć. Euan, rozbieraj ją.
-Nie wiedziałam, że macie jakieś ukryte fantazje z moim udziałem - powiedziała Prudencja.
-W życiu bym cię nie dotknął. Zrobimy ci tylko trochę zdjęć i wtedy inaczej będziesz z nami rozmawiać - odparł chłopak.
-Rozbierana sesja? Trzeba było tak od razu.

***


  Wiedziałem, że gdzieś musieli tu być. Krążyłem po lesie od dobrych piętnastu minut. Byłem głupi, że pozwoliłem sobie zmarnować tyle czasu. Już w tej chwili mogli robić z Prudencją coś strasznego. Dlaczego od razu nie poszedłem jej szukać? Jeśli jej się coś stanie, nie wybaczę sobie tego do końca życia.
  Po chwili wreszcie usłyszałem jakiś dźwięk. Pospiesznie wyłączyłem małą latarkę i schowałem ją do kieszeni kurtki. Zauważyłem między drzewami światło i bardzo cicho zacząłem iść w jego kierunku. Im bliżej podchodziłem, tym lepiej dało się słyszeć głosy. Rozpoznałem wszystkie. Lizzy i Euan ciągle coś wykrzykiwali podniesionymi głosami. Trzeci musiał należeć do Prudencji, ale trudno było mi w to uwierzyć, bo usłyszałem jej śmiech. Jak ona mogła się śmiać, skoro ta dwójka chciała jej zrobić coś strasznego?
  Stałem tuż za całą sceną, ukryty za drzewem. Nie mogłem od razu, niczym Rambo, wyskoczyć zza konarów i uratować Prudencji. To wymagało sposobu. Ich była dwójka, ja byłem sam. Półleżąca Prudencja na niewiele by mi się zdała.  
  Usłyszałem jej głos:
-Rozbierana sesja? Trzeba było tak od razu.
  O czym ona mówiła? Ta dziewczyna sama wpędzi się do grobu.
-Zaraz nie będzie ci do śmiechu - powiedział Euan, po czym sięgnął do rozpięcia jej kurtki. 
  Zdjął jej płaszcz i rozpiął bluzę. Brał się właśnie za guziki koszuli. Dziewczyna nie broniła się. W ogóle się nie ruszała. Miała tak obojętny wyraz twarzy, jakby właśnie obierała ziemniaki. Poły jej ubrań zostały odsunięte i ujrzałem piersi Prudencji, które okrywał tylko koronkowy stanik. Nie mogłem czekać dłużej. Cicho wyszedłem zza drzewa, ale mimo to mnie usłyszeli. 
-Kto tu jest? - zerwali się.
  Nie mogłem się schować, więc zbliżyłem się do nich. Zanim mnie zobaczyli podbiegłem do Euana i z całej siły uderzyłem go lewym sierpowym w szczękę. Usłyszałem trzask łamanej kości. Miałem nadzieję, że wybiłem mu kilka zębów. Zatoczył się do tyłu i upadł.  Lizzy zaczęła piszczeć i uciekła w głąb lasu. Chciałem jeszcze bardziej dołożyć temu dupkowi, ale za szybko się podniósł i pobiegł w ślad za dziewczyną. Chciałem ich gonić, ale musiałem pomóc Prudencji. Podszedłem do niej i siegnąłem ręką za jej plecy, by uwolnić jej nadgarstki z krępujących je więzów. Przypadkiem dotknąłem jej nagiego brzucha, a ona  wzdrygnęła się pod moim dotykiem. Kiedy jej ręce były już sprawne, otuliłem ją jej płaszczem. Nic nie mówiła, miała pusty wyraz twarzy i tylko się trzęsła. Ze strachu lub z zimna. Popatrzyłem na nią i zauważyłem jedną jedyną, zmieszaną z tuszem do rzęs łzę, płynącą spod jej okrągłych okularów. Łza spłynęła do krwawej rzeczki na jej policzku. Dziewczyna podniosła wzrok i próbowała się podnieść. Była jednak zbyt obolała, więc pociągnąłem ją delikatnie za ramiona do góry. Nie wiedziałem, co mam zrobić, czy powiedzieć. Ona w końcu się poddała i jej oczy, zaszkliły się łzami. Wyjąłem z kieszeni chusteczkę i wytarłem krew z jej twarzy. Nie myślałem za wiele, tylko niepewnie objąłem ją ramionami. Na początku stała nieruchomo, ale po chwili złapała się mnie mocno i schowała twarz w zagłębieniu mojej szyi, łkając cicho, ale nie upuszczając ani jednej kolejnej łzy. 


środa, 21 stycznia 2015

Rozdział 14.


  W sobotę rano Prudencja pożegnała się z przyjaciółmi. Była zmęczona po wczorajszym koncercie i nie mogła zapomnieć widoku Stanleya w klubie. Zdziwiła się na jego widok. Przecież jej nie znosił, a zauważyła, że bez przerwy na nią patrzył. Ona też nie mogła przestać na niego spoglądać. Kim był ten chłopak? Bez przerwy zadawała sobie to pytanie.
  W poniedziałek doszło do koszmaru, którego tak bardzo się obawiała. Schodząc do kuchni jej ojciec bez przywitania powiedział:
-Masz zabrać Edith do szkoły.
-Co powiedziałeś?
-To, co usłyszałaś. Masz wziąć ze sobą siostrę.
-Ile razy mam ci powtarzać, że ona nie jest moją siostrą? A poza tym ona nie wsiądzie do mojego samochodu - rozzłościła się.
-A to dlaczego?
-Bo jak sama nazwa mówi, to jest mój samochód. Rozumiesz? Mój.
-Nie bądź samolubna. Pojedziesz z nią i koniec.
  Zdenerwowana Prudencja specjalnie jak najwcześniej powiedziała, że zaraz jedzie. Miała nadzieję, ze Edith nie zdąży się wymalować i z nią nie pojedzie. To jednak nie nastąpiło. Po chwili jej przybrana siostra zeszła po schodach. Obie bez słowa się ubrały i wyszły z domu. Osiemnastolatka wyprowadziła swój samochód z garażu i już z Edith w środku pomknęła ulicami Londynu. Młodsza dziewczyna ignorowała Yoko, jakby ta nie istniała. Prudencja nie tym się przejmowała. Wiedziała, że Brian i Miles będą na nią czekać na parkingu. Jak im wyjaśni obecność Edith, skoro byli przekonani, że ona nie ma żadnej siostry, nawet przybranej?
  Wjeżdżając na parking, dziewczyna zauważyła czekających przyjaciół. Zaparkowała obok nich i pospiesznie wysiadła. Młodsza zrobiła to samo, ale dużo wolniej, jakby chciała udawać pełną gracji księżniczkę, więc Prudencja powiedziała cierpko:
-Wynoś się z mojego samochodu. I nawet nie myśl, że z powrotem cię zabiorę do domu. Radź sobie sama.
-Nie potrzebuję twojej łaski, psychopatko - odpowiedziała oburzona i z teatralnym westchnieniem pomknęła w stronę drzwi.
-Jezu, kto to był? - spytał od razu zaskoczony Brian.
-To? - zapytała, wskazując palcem na oddalającą się Edith. - Nic nie znaczący element mojego życia.
-A jaśniej?
-Córka mojej macochy.
-Macochy? A twoja mama? Nic nie mówiłaś, że...
-Kiedy indziej o tym pogadamy, okay? - przerwała mu. - Zapomnijcie, że widzieliscie ją w moim towarzystwie.
  Chłopcy byli zbyt zdezorientowani, by powiedzieć coś więcej. Poszli za Yoko w stronę szkoły i nie poruszali przy niej tematów, które wyraźnie ją drażniły.
  Przed piątą lekcją Prudencję czekało niezbyt przyjemne spotkanie. Idąc do klasy, poczuła że ktoś mocną trąca ją w ramię.
-Och, przepraszam - powiedział ktoś z wyraźną drwiną w głosie. Prudencja spojrzała w stronę dobiegającego głosu i głośno westchnęła. Na jej drodze stanął Euan- właściciel nie w pełni rozwiniętego przyrodzenia. Dziewczyna próbowała go wyminąć, ale skutecznie zasłaniał jej przejście.
-Mógłbyś się przesunąć? Próbuję przejść - powiedziała zniecierpliwiona.
-A gdzie się tak spieszysz, co? Może sobie pogadamy?
  Prudencja żałowała, że nie ma przy sobie Briana lub Milesa.
-Gdybyś się nie zorientował, to jesteśmy w szkole, więc jedyne miejsce, do którego mogę się spieszyć jest sala lekcyjna.
-Jak zawsze zabawna - zakpił.
-Słuchaj, nie wiem czego ode mnie chcesz, więc najlepiej by było, gdybyś zszedł mi z drogi i pozwolił przejść. Nic mi tu nie zrobisz, bo korytarz jest pełen ludzi.
-Ale ja ci nie chcę nic zrobić. Jeszcze. Zobaczysz, zemszczę się na tobie. I nie będziesz musiała czekać na tą zemstę zbyt długo, obiecuję skarbie.
  Yoko jak zwykle się zdenerwowała, więc bez skrupułów wymierzyła Euanowi siarczysty policzek, niosący za sobą głuchy pogłos uderzenia. Jak na złość, usłyszała za sobą:
-Panno Hartfield - głos należał do dyrektora - co pani wyprawia?
  Prudencja zaklęła w duchu i spojrzała na dyrektora. Nie powiedziała nic, a on gestem wskazał jej, aby poszła za nim. Powędrowała smętnym krokiem do gabinetu dyrektora.
  Po kilkuminutowym kazaniu usłyszała, że za karę musi zostać po lekcjach dwie godziny, w czasie których miała 'przyczynić się do pięknego wyglądu szkoły'. Osiemnastolatka nie chciała wiedzieć, na czym to mogło polegać. W ciszy wykonywała swoje obowiązki i co chwila spoglądała na zegarek, jakby to mogło ją przybliżyć do wyczekiwanego końca kary.

***


  Wychodziłem już ze szkoły, kiedy ich zobaczyłem. Euan od małego przyjaciela i dziewczyna, chyba Lizzy, która wyglądała, jak miss mokrego podkoszulka. Trochę mnie zdziwiło, że stoją obok siebie namawiając się półgłosem. Choć nie chciałem, to przypadkiem podsłuchałem ich rozmowę.
-Wszystko idzie zgodnie z planem - powiedział podekscytowany Euan.
-Ta suka jest tak głupia, że bez problemu poradzimy sobie z drugą częścią.
-No tak, jak już wyjdzie ze szkoły, to będzie ciemno i na bank nikt jej nie zobaczy. Ale może jeszcze raz wszystko powtórzmy.
  Lizzy westchnęła wtedy głośno, a ja mimo woli zacząłem jej się uważniej przysłuchiwać.
-Od początku. Kiedy Panna Suka wyjdzie za szkoły ty pójdziesz za nią, a ja będę przed wami. Przed jej domem, gdzie zaczyna się las ja ją zatrzymam, a ty zajdziesz ją od tyłu i przyłożysz jej do twarzy gazę nasączoną eterem. Kiedy już straci przytomności ty bierzesz ją na ręce i niesiesz w głąb lasu. Tam ją wiążemy i strzelamy kilka ciekawych fotek i robimy bardzo niedobre rzeczy z jej piękną twarzyczką. Na początku złamię jej nos, później zrobię nożem rysunek na jej buźce i...
-Dobra, wystarczy. Mamy ją nastraszyć, a nie zabić - zaprotestował Euan. 
  Wtedy spostrzegli, że stoję niedaleko. Szybko odwrócilem wzrok i poszedłem przed siebie. Udawalem, że nie usłyszałem ani jednego ich słowa. Ale usłyszałem. I domyślałem się, kim może być dziewczyna, o której mówili. Wtedy jednak myślałem tylko o tym, że mam ją gdzieś. Poszedłem prosto do domu, próbując wyrzucić z pamięci ich słowa.

***


  Kara Prudencji dobiegła końca. Dziewczyna założyła swój płaszcz i musiała na piechotę wrócić do domu. Swój samochód pożyczyła Brianowi, który pilnie potrzebował pojazdu. Oddała mu wtedy, trochę niechętnie, kluczyki. Teraz czekała ją wędrówka w ciemnościach. Po kilku minutach marszu usłyszała za sobą czyjeś kroki. Zadrżała z niepokoju, ale potem zganiła siebie w duchu za tchórzostwo. Po chwili przed sobą zauważyła ciemną sylwetkę, zbliżającą się do niej. Chciała odrobinę zwolnić, ale przypomniała sobie o krokach za sobą. Szła niepewnie po morkym chodniku.
  Wszytsko stało się w jednej chwili. Prudencja poczuła, że nagle osoba przed nią staje, a z tyłu na jej szyję rzuca się jakaś postać, przyciskając do jej nosa i ust małą ściereczkę. Przerażona dziewczyna z trudem łapała powietrze. Zdała sobie jednak sprawę, że każdy kolejny oddech ją osłabia, ale było za późno. Jej ostatnią myślą było: 'Tylko nie połamcie mi okularów' i osunęła się w ciemność. 

niedziela, 18 stycznia 2015

Rozdział 13.

  Wtedy ich zobaczyła. Szło przed nią trzech chłopców, których od razu rozpoznała. Nie widzieli się już kilka tygodni, więc Prudencja cała się rozpromieniła. Pisnęła radośnie i pobiegła w ich stronę. Przytulała ich wszystkich do siebie.
-Dlaczego nie powiedzieliście mi, że przyjedziecie? - spytała.
-Bo to miała być niespodzianka, geniuszu - odpowiedział Rob.
-I chyba się udała - dodał Matthew, uśmiechając się.
-No jasne! - wykrzyknęła. - To dokąd idziemy? Ojciec pewnie już wrócił, ale mam to gdzieś. Chodźmy do mnie.
-Jesteś pewna? Będziesz mieć przez nas kłopoty - powiedział zmartwiony Dick.
-Nie będę miała żadnych kłopotów. A nawet gdyby, to trudno. Idziemy, panowie!
  Chłopcy w końcu się zgodzili. Rozmawiali jeden przez drugiego. Prudencja bardzo się ucieszyła na ich widok. Spojrzała na ich znajome twarze, wiecznie podarte spodnie i starte kurtki, na długie włosy i kilkudniowy zarost. Bardzo jej ich brakowało. Brian i Miles mogli rozmawiać i uczyć się z nią godzinami, ale to nie to samo, co Mat, Rob i Dick. Razem tworzyli zespół. Nie tylko ten na scenie, ale przede wszystkim w życiu. To byli jej bracia.
  Cała czwórka była już pod bramą domu dziewczyny. Przed nią zobaczyła, niestety, samochód Davida Carlstone, ojca Stanleya. Wyminęła go jednak bez większej uwagi i otworzyła drzwi. Z kuchni dobiegał gwar kilku głosów. Domyśliła się, że rodzina Stanleya przyjechała do nich od razu po powrocie z Brighton.
-Chyba masz gości, Yoko. Może wpadniemy kiedy indziej - powiedział niepewnie Matthew.
-Dajcie spokój, chodźcie.
  Chłopcy poszli za Prudencją. Przez wielkie otwarte drzwi do kuchni cała czwórka zauważyła gospodarzy i gości. Mat, Rob i Dick grzecznie się ukłonili i przywitali ze wszystkimi. Jakiekolwiek by panowały stosunki miedzy Prudencją a jej ojcem, on bardzo lubił chłopaków. Znał ich bardzo długo. Mieszkali wszyscy przy tej samej ulicy w Windsor w Berkshire. Jeszcze przed kilkoma miesiącami osiemnastolatka mieszkała tam razem z ojcem i mamą. Wyprowadzili się dopiero po jej śmierci.
-Witajcie, chłopcy! - przywitał się ojciec, pan Hartfield. - Kiedy ja was ostatnio widziałem?
-No już będzie trochę tygodni - odpowiedział Dick. - Jak pan się miewa?
-Ja wyśmienicie, a co u was? Jak idą studia?
-Zdecydowanie za dużo nauki - zaśmiał się Matthew.
-Takie uroki szkoły. Chodźcie, opowiecie mi jak wam się wiedzie.
-Może kiedy indziej - powiedziała cierpko Prudencja. - Masz swoich gości, zapomniałeś? Chodźcie, chłopaki.
-No więc może innym razem, panie Hartfield - powiedział nieśmiało Rob.
  Mark Hartfield wrócił do swoich gości, a dziewczyna zabrała chłopców na górę, do swojego pokoju.
-Tylko się nie przestraszcie, bo dawno nie sprzątałam. Ale w sumie to wasza wina, bo mnie nie uprzedziliście - powiedziała karcącym głosem Yoko.
-Jesteś chyba jedyną dziewczyną jaką znam, która potrafi mieć taki syf w pokoju - powiedział Dick, patrząc na rozrzucone ubrania i sterty książek, zasłaniające połowę podłogi.
-Wal się, kotek. Ostatnio nie miałam weny do sprzątania.
-Tej weny ci brakuje chyba od dłuższego czasu, sadząc po stanie twojego pokoju.
-Hej, zejdź ze mnie. Nie miałam czasu, żeby to ogarnąć.
-To ci pomożemy - powiedział ochoczo Robert.
-Pamiętacie, jak kiedyś płacilismy Yoko, żeby nam sprzątała w pokojach?
-Ja pamiętam. Harowałam u was za pięć funtów za cały pokój - powiedziała dziewczyna.
-To były czasy - rozmarzył się Dick, rzucając się na łóżko.
  Przyjaciele rozmawiali ze sobą trochę czasu. Kiedy zegar wyświetlał godzinę dwudziestą, chłopcy postanowili już iść.
-Jutro po ciebie przyjdziemy pod szkołę, okay? Na noc wracamu do Windsoru, bo rodzice się czepiają, że w ogóle ich nie odwiedzamy - powiedział Robert.
-No dobrze, ale dopóki jesteście, musimy się gdzieś wybrać. Może gdzieś zechcą, żebyśmy zagrali?
-Zadzwonię do Leo, może coś nam wykombinuje.
-Spoko, a kiedy wracacie do Birmingham?
-Najprawdopodobniej w sobotę, więc trochę się z nami pomęczysz.
-Uwielbiam takie męki - zaśmiała się Yoko.

  Kolejnego dnia chłopcy tak jak obiecali, przybyli po nią pod szkołę. Razem spacerowali po ulicach Londynu, siedzieli przy pomniku Nelsona na Trafalgar Square i jedli zbyt słodkie pączki w jednej z cukierni. Dni mijały im beztrosko wśród śmiechu i rozmów. To dziwne, że nawet rozłąka i kilometry nie miały wpływu na ich stosunek do siebie. Byli prawdziwymi, wieloletnimi przyjaciółmi. Nic nie mogło ich zmienić. Nic nie mogło zmienić ich świata. Nadszedł piątek. Wtedy to czwórka miała zagrać mały koncert. Udało im się załatwić występ i znów mogli poczuć się, jak za dawnych lat.

***

  Wiedziałem, że ona tam będzie. Podejrzewałem, że na czas ich przyjazdu będą gdzieś grali. Musiałem się tylko dowiedzieć gdzie i kiedy. Na moje szczęście podsłuchałem jej rozmowę z chłopakami. Piątek, 20. 
  Nie powinienem tam iść. Nawet nie przepadałem za tą dziewczyną, ale ona miała w sobie coś takiego, co nie dawało mi spokoju. Zasypiając miałem przed oczami jej twarz. Chociaż trudno było ją dostrzec. Prudencja zgrywała lekko wyniosłą i obojętną na wszystko. Ja jednak wiedziałem, albo przynajmniej przeczuwałem co w niej tkwi. Chowała się za kurtyną włosów, nawet nie wiedziałem, jaki ma kolor oczu, ukryty za grubymi okularami. Prudencja pochylała się nisko nad ławką i odcinała od świata, wiecznie mając słuchawki w uszach. Jakby chciała zagłuszyć siebie i swój ból. 
  Co jednak mogło boleć taką dziewczynę, jak ona? Jej ojciec miał dużo pieniędzy, sama była ładna i wyjątkowo inteligentna, miała przyjaciół, własny zespół. Czego brakowało Prudencji? Owszem, nie miała matki. Ale ona nie wyglądała na kogoś, kogo przesadnie przejmowała rodzina. Nagle z zamyślenia wywołał mnie głos:
-Hej, Stan! Obudź się! - krzyknął do mnie mój młodszy brat, Michael.
-O co chodzi? - spytałem znużonym głosem.
-O nic, tylko, no wiesz... - jąkał się.
-Powiedz mi czego chcesz, albo wyjdź z mojego pokoju - zdenerwowałem się.
-Chodzi o to, że rodzice na nic mi nie pozwalają - zaczął się uskarżać.
-I co mi do tego?
-Jesteś moim starszym bratem! Powinieneś się za mną u nich wstawić.
-Nie jestem twoją sekretarką. Jeśli to już wszystko, to daj mi spokój, zaraz wchodzę.
-Dokąd? - spytał zaciekawiony.
-Nic ci do tego - burknąłem.
-Stan, przestań! Pomóż mi, bo ja mam dosyć. Rodzice traktują mnie jak dziecko, a ty możesz robić co ci się podoba. Masz długie włosy i ubierasz się tak, że matka przez ciebie prawie dostaje zawału. Ty możesz zgrywać buntownika, a mi nie wolno?
  Westchnąłem ciężko zirytowany.
-No dobra, zbieraj się - powiedziałem w końcu.
-Dokąd?
-Na koncert, idioto. Na koncert! Chciałeś być buntownikiem, czy nie? 
-Świetnie, a kto gra?
-Nie znasz, ale musisz się odpowiednio ubrać. Nikt cię nie wpuści, jeśli nie będziesz wyglądał chociaż trochę doroślej.
-Nie opanowałem jeszcze sztuki postarzania się w pięć minut, więc mi przykro.
-Młody, ty serio jesteś tak głupi? Po prostu się przebierz. Zaraz ci coś znajdę.
  Wyjąłem ze swojej szafy jedną z wytartych koszulek z jakimś zespołem, wytarte jeansy, a spod sterty ubrań wyjąłem swoją starą, już dawno za małą skórzaną kurtkę.
-Wkładaj to. Weź jeszcze trampki i przestań tak idiotycznie zaczesywać te włosy, okay? Masz pięć minut. Jeśli się nie wyrobisz, to idę bez ciebie.

  Pół godziny później ja i Mike byliśmy już pod klubem. Michael od razu zaczął się ekscytować.
-Myślisz, że mnie wpuszczą? Wyglądam, jakbym był pełnoletni?
- W sumie, to nie wyglądasz, ale znam bramkarza, więc cię wpuści.
  Przywitałem się z ochroniarzem, a młody patrzył na mnie zafascynowany. Może to głupie, ale czułem się lekko połechtany, widząc że Mike miał mnie za jakiegoś bohatera. Kiedy weszliśmy do sali, słyszałem jak piszczy z zachwytu. Podejrzewałem, że nigdy nie był w takim miejscu.
-Rodzicie mnie zabiją, jak się dowiedzą, że mnie za sobą zabrałeś - powiedział.
-A w ogóle, to jaką im bajeczkę wcisnąłeś? - spytałem, idąc z nim do baru.
-Myślą, że jestem u kumpla.
-I lepiej, żeby nie dowiedzieli się prawdy. Chyba miałbym bardziej przechlapane, niż ty.
  Podeszliśmy do lady. Zamówiłem dwa piwa, dla siebie i dla Mike'a. Barman nawet nie zwrócił na nas większej uwagi.
-Jeśli upijesz się tym jednym piwem, to już nigdzie cię nie zabiorę.
-Jasne, przecież nie pierwszy raz pije piwo.
-Ten raz, kiedy w wieku pięciu lat podebrałeś ojcu trochę cydru się nie liczy.
-Bardzo śmieszne. Lepiej już bądź cicho, bo zaraz zaczną grać. Jak się nazywa ten zespół?
-Dear Prudence.
-Droga Prudencjo? Hej, ale Prudencja, to przecież... - urwał.
-Wiem i zamknij się już.
  Na scenę weszła ona. Poczułem się dziwnie. Może jednak mógłbym ją polubić? Mike zakrztusił się piwem, widząc ją w bordowej bluzce, tak luźnej, że odsłaniała nabity ćwiekami stanik. Miała skórzane spodnie i nieodłączne trampki.
-O cholera! To jest laska - powiedział rozmarzony Mike.
-Tylko nie laska, okay? Naucz się szanować kobiety.
  Kiedy zespół grał, Stanley nie mógł oderwać oczu od Prudencji. Miechael chyba to zauważył, bo spytał:
-Ty się w niej zabujałeś? Nie, nie musisz odpowiadać. Widzę jak się na nią gapisz.
-Odczep się, młody. Patrzę, bo... - zająknąłem się.
-Bo?
-Bo na kogo innego miałbym patrzeć, jak nie na grający zespół?
-Wmawiaj to sobie. Ja wiem swoje. Ona ci się podoba, a ty podobasz się jej.
-Ja podobam się jej? A skąd taka myśl?
-Bo ja widzę, jak ona gapi się na ciebie. Nie zauważyłeś tego?
-Pieprzysz, Mike. A poza tym, ona ma chłopaka.
-Tak? Ciekawe kogo.
-Tak naprawdę to nie mam pojęcia, ale ciągle wokół niej są jacyś faceci.
-Jesteś zwykłym tchórzem, wiesz? Ty się boisz, że ona będzie cię miała gdzieś. Nie podejdziesz do niej na krok, jeśli będzie cień szansy, że ona cię oleje.
-To nie tak. Ja po prostu... To ja mam ją gdzieś. Ta dziewczyna w ogóle mnie nie obchodzi - powiedziałem, patrząc jak Prudencja śpiewa jakąś starą piosenkę.
-Oj, bracie. Niby jesteś ode mnie starszy, ale strasznie głupi. Podejdź do niej. Albo chociaż poczekaj, aż się upije.
-O nie! Tylko nie pijana Prudencja. Tydzień temu miałem z nią do czynienia, kiedy była zalana.
-Serio? I co robiła?
-Szczerze?
-No tak.
-Zemdlała ma mój widok.
-Żartujesz - nie uwierzył mi.
-Mówię prawdę. Zemdlała, a raczej straciła przytomność na moich rękach.
-Ty to masz przygody - zaśmiał się i wróciliśmy do oglądania zespołu.
  Siedzieliśmy jeszcze dobrą godzinę i wciąż spoglądałem na dziewczynę. Kilka razy nasze spojrzenia się skrzyżowały i patrzyliśmy na siebie o kilka sekund za długo, żeby to nie było podejrzane. Ale jak mam przestać? Nie wiedziałem, kim dla mnie jest ta dziewczyna. Ale zamierzałem to wkrótce wyjaśnić.

czwartek, 15 stycznia 2015

Rozdział 12.

-Cholerny basen - mruczała pod nosem Prudencja. - Piłka nożna, hokej, nawet koszykówka. Ale basen?
  Idący obok dziewczyny Brian zaśmiał się.
-Myślisz, że mi to odpowiada? A do tego wszyscy będą się gapić na ciebie, bo jesteś jedyną dziewczyną, która nie załatwiła sobie zwolnienia.
-I nawet nie wiesz, jak bardzo tego teraz żałuję.
-Szybciej, klaso! Ruszajcie się! - krzyknął idący obok nich trener.
  Prudencja przyjrzała się dokładnie mężczyźnie. Był bardzo młody jak na nauczyciela. Nie mógł mieć więcej niż 27 lat. Był wysoki i postawny, szeroki w ramionach. Mógłby się wydawać przystojny, ale z pewnością nie dla Prudencji. Był to mężyczyzna zupełnie odbiegający od jej upodobań. Miał zbyt wyżelowane włosy zaczesane w stylu Christiano Ronaldo i lubieżny uśmieszek przyklejony do twarzy. U innych facetów byłby seksowny, ale trener Claus Metternach był po prostu zadufanym w siebie dupkiem. Większość dziewczyn tego nie zauważała. Te domagały się jego uwagi, zadowolone z faktu, że taki 'przystojniak' patrzy na ich biusty. Nagle Prudencja uświadomiła sobie, że zagapiła się na trenera i on sam zauważył jej wzrok. Szybko odwróciła oczy, ale zdążyła jeszcze zobaczyć jego dumną i pewną siebie minę.
'O cholera' - pomyślała - 'on chyba myśli, że się w nim bujam'. Szybko złapała Briana pod ramię.
-Co jest? - spytał.
-Nic, tylko Metternach gapi się na mnie dziwnie.
-Dziwnie?
-Jakby mnie rozbierał wzrokiem.
-Okay. Może jak pomyśli, że masz chłopaka, to się od ciebie odczepi.
-Więc co mam zrobić? Pieprzyć się z kimś na jego oczach? Może ogarnie, że mam kogoś.
-Nie, nie. To by było zbyt radykalne posunięcie - powiedział poważnym tonem.
-Hej, przecież ja żartowałam - powiedziała. Brian wciąż miał minę pełną powagi, ale roześmiał się.
-Wiem, przecież nie zrobiłabyś tego na jego oczach.
-No co ty? Lepiej mi pomóż, bo nie wiem, co mam zrobić z Metternach'em.
-Mam pomysł! Musisz mnie pocałować! Ale tak na serio, a nie jak wczoraj.
-Może jeszcze z języczkiem?
-Bardzo chętnie - roześmiał się.
-Świnia z ciebie - powiedziała, ale nie mogła nic więcej dodać, bo trener był zbyt blisko. Wreszcie dotarli do pływalni położonej kilkaset metrów od szkoły. Weszli wielkimi przeszklonymi drzwiami do środka. Trener rozdzielił ich. Chłopcy poszli w stronę swoich przebierali, a Prudencja została sama po damskiej stronie.
  Po pięciu minutach była już przebrana w czarny jednoczęściowy strój kąpielowy. Dziewczyna nie byłaby sobą, gdyby założyła prosty, tradycyjny kostium. Jej miał z przodu szaro- białą twarz Johna Lennona, a po bokach niewielkie wcięcia uwydatniające jej typową sylwetkę w kształcie gruszki.
  Wyszła z przebierali w stronę basenów, gdzie mieli się spotkać całą grupą. Kilku chłopców już tam czekało, między innymi Brian i Stanley. Obaj spoglądali na siebie niezbyt życzliwie. Kiedy zobaczyli wchodzącą Prudencję, otworzyli szeroko oczy. Osiemnastolatka podeszła trochę nieśmiałym krokiem w stronę przyjaciela.
-I jak ci się podobam prawie nago?
-Gdybym nie był gejem, próbowałbym cię zgwałcić.
-Aha, okay. Chyba jednak nie chciałam tego słyszeć.
-Dlaczego? Przecież chyba wiesz, że podobasz się facetom.
-Ja? Tak sądzisz? To w takim razie dlaczego jestem sama?
-Może dlatego, że to ty wszystkich odtrącasz?
-Wcale nie - oburzyła się. - Niby kiedy kogoś odrzuciłam?
-Ciągle to robisz, Yoko - powiedział. - Faceci się na ciebie gapią, a ty zazwyczaj pokazujesz im środkowy palec, albo każesz się odpierdolić. Mogłabyś mieć stado chłopaków, ale nikt ci się nie podoba.
-A własnie, że ktoś mi się podoba! - wykrzyknęła urażona.
-Tak? A niby kto? - spytał zaczepnie.
-A co ci do tego? To moja sprawa.
-Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi - oburzył się Brian.
-Jesteśmy, ale teraz nie chcę rozmawiać o takich sprawach.
 Wokół nich zebrała się już cała klasa. Chłopcy w kąpielówkach przyglądali się chciwie Prudencji. Stanley stał z boku. Dziewczynie trudno było przestać patrzeć na jego prawie nagą sylwetkę. Miał płaski i umięśniony brzuch. Znad linii kąpielówek  w stronę pępka biegł cienki pasek jasnych włosów. Na głowie miał długi kucyk.
  W końcu trener przemówił:
-Wszyscy już są? No dobrze. Wiem, że nie chce wam się pływać. Mnie też by się nie chciało. Tak więc: kto ostatni przy jacuzzi ten ciota!
  Prudencję może by zdziwiło, gdyby to jakiś inny nauczyciel nazwał ich ciotami. W tym przypadku, nawet nie zwróciła na to uwagi. Poszła razem z klasą do wielkiego basenu z jacuzzi. Kilku chłopców chciało jak najszybciej dotrzeć do celu, więc puścili się biegiem. Na przodzie biegł Euan, a za nim inny chłopak, Ed.
  Płytki na basenie są antypoślizgowe, więc oczywiście wszyscy biegli po nich, jak na łyżwach. Nagle na czele tego maratonu wydarzyło się coś wyjątkowego. Biegnący za Euanem Ed stracił równowagę. Poślizgnął się. Jedyne, co mogło go uratować, to przytrzymanie się czegoś. Do dyspozycji miał jedynie swojego kolegę. To się stało w jednej chwili. Ed machając rękami złapał w ostatniej chwili Euana. Przytrzymał się go dość niefortunnie, bo za kąpielówki. Okazało się, że złapał go za późno i tylko zdążył pochwycić spodenki, które osunęły się razem z Edem aż do samej podłogi.
  W chwili, kiedy nastąpił finał tego zdarzenia, wszyscy byli już przy chłopcach. Cała klasa na raz wybuchła niepohamowanym śmiechem, patrząc na ciekawy obrazek, który znajdował się przed nimi: Euan stojący bezradnie na środku, zupełnie nagi i Ed rozłożony u jego stóp z kąpielówkami w ręku. Nagle chłopcy zdali sobie sprawę z tego, co się stało i próbowali opanować sytuację. Prudencja przez przypadek spojrzała w dół i zaśmiała się jeszcze głośniej.
-A nie mówiłam, że to naprawdę maleńki przyjaciel? - powiedziała, unosząc mały palec.
  Euan popatrzył na nią ze złością, ale reszta chłopców pochwyciła jej zdanie. Zobaczyła też Stanleya z lewym kącikiem ust uniesionym w kpiącym uśmiechu.
  Po chwili przemówił trener:
-Eee no więc chyba wystarczy już na dziś atrakcji. Przebierzcie się z powrotem i zmykajcie do domu. Chyba jednak zdołam przekonać dyrektora, że basen w waszej klasie nie będzie dobrym pomysłem.
  Prudencja i Brian, wciąż chichocząc, wyszli do łazienek. Przed wejściem na basen pożegnali się i poszli w swoje strony. Dziewczyna nie miała jednak ochoty wracać do domu. Wiedziała, że zastanie tam ojca, Margaret i Edith. Spróbowała przekonać chłopaka, by poszedł z nią na kawę.
-No błagam! Chodź ze mną. Ja nie wytrzymam spotkania z nimi.
-Nie wierzę, że twoi rodzice są tak okropni. Widziałem u ciebie w pokoju zdjęcie twojej mamy. Wydawała się miła.
  Prudencja nie wyjawiła przyjaciołom, że jej mama nie żyje i że mieszka z macochą i jej córką. Nie chciała jeszcze wyprowadzać go z błędu. Nie była gotowa na rozmowę o tym.
-Taak, mama jest w porządku - powiedziała szybko. - No to skoro nie chcesz, to nie. Ja spadam, pa - rzuciła na do widzenia i pocałowała go szybko w policzek.
  Ruszyła w drogę do domu. Czuła, że za nią idzie Stanley, ale nie miała ochoty na niego spoglądać.

***


  Przede mną szła ona. Prudencja. Co o niej wtedy sądziłem? Była zadziwiająco piękna. Szczególnie teraz z tymi swoimi krwistoczerwonymi włosami. Ostatnio zauważyłem też, że ma kolczyk w języku. Seksowna i tajemnicza. Dokładnie taka była. Poruszała się wyjątkowo zgrabnie. Chyba nawet nie wiedziała, jak bardzo jej ruchy działają na zmysły facetów. Jak działają na moje zmysły. 
  Jedynym problemem był ten cały Brian. Nie byłem pewien, czy z nim chodzi, czy jednak nie. Kiedy ją o to spytałem, wyglądała na zaskoczoną, ale ja już znam te gierki dziewczyn. Była z nim. Tylko dlaczego? Nie wyglądała na taką, której podobałby się taki styl. Grzywka zaczesana do tyłu, obcisłe bluzki, rurki. Nie, to nie mógł być jej typ. Nagle podniosłem głowę. 
  Prudencja zatrzymała się. Byłem kilka kroków za nią, ale też stanąłem w miejscu. Chwilę później przeraźliwie pisnęła i pobiegła co sił przed siebie. Zauważyłem przed nią trzech chłopaków. Mniej więcej w naszym wieku, ale chyba odrobinę starszych. Prudencja, wciąż piszcząc, rzuciła się w ramiona jednego z nich i skoczyła, oplatając jego biodra swoimi nogami. Ruszyłem z miejsca. 
  Chyba poznałem tych facetów. Widziałem ich jeszcze we wrześniu, kiedy grali razem koncert. Może to któryś z nich był jej chłopakiem? Nie wiedziałem. Byłem zbyt wkurzony, żeby o tym myśleć. Wyminąłem ich szybko, nie zwracając większej uwagi na całą czwórkę. 

wtorek, 13 stycznia 2015

Rozdział 11.


  Prudencja siedziała na kanapie z nogami wyciągniętymi na stolik. Po obydwu jej stronach rozłożyli się Brian i Miles. Odpoczywali wspólnie po skończonej nauce matematyki, w której pomagali dziewczynie chłopcy. Po kilku godzinach pracy postanowili obejrzeć jakiś film. Tym razem był to Poradnik pozytywnego myślenia z Jennifer Lawrence. Nagle ze skupienia dziewczynę wybił głos:
-Hej, Yoko, czemu jesteś dziś jakaś taka dziwna? - spytał podejrzliwie Miles. - Zakochałaś się, czy co? - dodał, szturchając kokieteryjnie dziewczynę.
-Odczep się, wcale się nie zakochałam. Przeciwnie.
-Wzięłaś rozwód? - zaśmiał się Brian.
-Zaraz wezmę z wami, jeśli się nie odczepicie - powiedziała lekko zdenerwowana.
-Okay, okay. Ale co tak właściwie jest między tobą, a Stanley'em? W szkole nie spuszcza z ciebie wzroku. Chociaż zachowuje się trochę dziwnie, bo jak już ma okazję się do ciebie odezwać, to jest złośliwy - stwierdził Brian.
-Dokładnie - potwierdził jego chłopak. Usiadł wyprostowany i przestał zwracać uwagę na film. - Bo wiesz Yoko, my mężczyźni widzimy takie rzeczy - powiedział znawczym tonem - ale jego nie rozumiem. Na początku nie zwracał na ciebie uwagi, później się do ciebie przystawiał, teraz znów cię ignoruje, ale jest gorzej, bo wiecznie z ciebie kpi. Dziwny z niego facet.
-Możecie przestać dyskutować na temat mojego życia uczuciowego? Nic na to nie poradzę, że muszę żyć w obecności Stanleya. A tak w ogóle, to o czymś wam nie powiedziałam. Wiecie, że wszyscy wyjechali na weekend do Brighton, ale nie wiecie, ze pojechali tam z rodzicami Stanleya. - Prudencja opowiedziała im całą historię, jaka wczoraj miała miejsce. Nie pominęła oczywiście faktu, gdzie Stanley trzymał swoje ręce. Kiedy doszła do tego momentu, chłopcy cali się spięli. Dziewczyna skończyła swoją opowieść.
-Zabiję gnoja - odgrażał się Brian. - Kto wie co by było, gdybyś się nie ocknęła. Ten drań mógł cię zgwałcić! - wykrzyknął.
-Wiesz, też tak na początku myślałam. Od razu się wkurzyłam, że to jakiś zboczeniec, ale coś mnie zastanawiało. On nie bardzo mnie dotykał, jak gdyby chciał mi coś zrobić. To było dziwne. Jak sobie o tym przypominę, to pamiętam, że jak już otworzyłam oczy, to i on miał przymknięte powieki i taką skupioną minę. A chyba rzadko jakiś facet tak się skupia, kiedy obmacuje dziewczynę, prawda?
-Nas nie pytaj. Gdybyś zapomniała, jesteśmy gejami - zaśmiał się Miles.
-Tu się nie ma co śmiać. To naprawdę było dziwne.
  Prudencja zdjęła nogi ze stolika i usiadła. Zebrała swoje czerwone włosy w niezgrabny kucyk i przetarła niepomalowane oczy pod okularami. Była zmęczona myśleniem o wczorajszej sytuacji, ale trudno jej było o tym zapomnieć.
-I wiecie co jeszcze? Jak on mnie tak dotykał, to miał dziwnie ciepłe dłonie. Wręcz gorące. I czułam, jakby od tych dłoni coś przepływało. Taka gorąca fala. I od niej mi się zrobiło lepiej. Takie dwa strumienie jakby, bo jeden szedł do serca, a drugi gdzieś tak w połowie czoła, między oczami.
-Yoko, byłaś pijana, sama mówiłaś, więc pewnie ci się zdawało - uspokajał ją Brian.
-Owszem, byłam. Ale nie aż tak, żeby sobie wyobrażać takie rzeczy.
-Chyba jesteś zmęczona. My już pójdziemy, żebyś mogła odpocząć.
  Prudencja westchnęła i poszła zamknąć za chłopcami drzwi.

  W poniedziałek rano nikogo wciąż nie było w domu. Osiemnastolatka postanowiła iść do szkoły na piechotę, bo wstała wcześniej i miała jeszcze dużo czasu. Było pochmurno i chłodno, więc szczelnie otuliła się czarnym szalikiem i włożyła na głowę swój ulubiony melonik z kokardką.
  Idąc, rozmyślała o wydarzeniach z soboty. Doszła do wniosku, że Miles i Brian musieli mieć rację i pewnie była tak pijana, że sobie to wymyśliła. Co jednak ręce Stanleya robiły na jej ciele? Nie wyglądał na zboczeńca i chociaż ostatnimi czasy bardzo ją denerwował, to raczej nie byłby zdolny do czegoś takiego. Nagle usłyszała, że ktoś, kto szedł za nią, przyspieszył krok. Po chwili zrównał się z nią i Prudencja zauważyła, że oto obiekt jej rozmyślań stoi obok niej.
-Prudencjo, zaczekaj! Dobrze, że na ciebie wpadłem, bo chciałem z tobą porozmawiać - powiedział.
  Dziewczyna spojrzała na niego. Blond loki miał związane w kucyk. Wciąż miał na sobie swoją skórzana kurtkę, spod której wystawał kaptur czarnej bluzy. Trampki zastąpił jednak ciemnobrązowymi sznurowanymi botkami ze skóry, które tak bardzo podobały się Prudencji u mężczyzn. Oczywiście nigdy by mu o tym nie powiedziała, ale w duchu przyznała, że ubiera się całkiem dobrze.
-Hej, zatrzymaj się! - wykrzyknął i złapał dziewczynę za rękaw płaszcza.
-Puszczaj! - wyrwała się. - O co ci znów chodzi?
-O nic - zrównał się z nią - chcę cię tylko przeprosić za sobotę.
-Po prostu daj mi spokój - zatrzymała się i odwróciła w jego stronę. Chociaż była wysoka, to czubek jej głowy sięgał mu ledwie do podbródka.
-Przecież niczego od ciebie nie oczekuję. Chcę cię tylko przeprosić. Powiedz, że mi wybaczasz i tyle. Brian, czy ten drugi, nie wiem, z którym z nich jesteś, nie musi nawet wiedzieć, że z tobą rozmawiałem.
  Prudencja chwilę zastanawiała się nad sensem jego słów. W końcu zrozumiała, o co chodzi Stanley'owi.
-Moment, co ty powiedziałeś? Że chodzę z Brianem albo Milesem?
-A nie chodzisz? - spytał wyraźnie zdezorientowany.
-Taa, jasne - zaśmiała się i poszła dalej, nie zwracając swojej uwagi na chłopaka.

  Piętnaście minut później Prudencja była już w klasie. Siadła obok Briana, żeby zrelacjonować mu poranną rozmowę.
-Więc on myśli, że ze sobą jesteśmy? - roześmiał się osiemnastolatek. - Widać dobry ze mnie aktor, skoro nikt nie zauważył, że jestem gejem - dodał, ściszając głos.
-Ale wiesz co? Nie wyprowadzaj go z błędu, okay? Niech myśli, że jestem z którymś z was. A najlepiej, gdyby myślał, że jestem i z tobą i z Milesem jedocześnie.
-Ach! No to już wiem, jacy faceci cię kręcą. Nie ważne jaki, ważne, że dużo!
-No jasne, im więcej tym lepiej - zawtórowała mu.
  Obok nich przechodził właśnie Stanley, więc Prudencja, nie wahając się ani chwili, wycisnęła soczystego całusa na policzku Briana, nie zapominając o głośnym cmoknięciu. Ten zaśmiał się, dotknął ręką policzka i spytał:
-A to za co?
-No co ty, zapomniałes? Przecież jesteśmy parą.
-Rozumiem, misiaczku.
-Nie przesądzaj...
-Koteczku?
-Brian...
-Moja ty owieczko?
-Nie chesz wiedzieć, co o tym sądzę.
-Okay, kaczuszko.
  Prudencja zniecierpliwiona wstała i niechętnie odwróciła się w stronę swojego miejsca obok Stanleya. Kiedy wstawała, ich oczy się spotkały, ale on szybko odwrócił wzrok, jakby go przyłapano na czymś niewłaściwym.
 
  Na ostatniej lekcji był wuef. Prudencja przebrała się w krótkie spodenki i luźną koszulkę z wielkim logo Led Zeppelin. Wchodząc na salę przy wtórze szeptów Lizzy, rozglądała się po pomieszczeniu. Chłopcy już ustawiali się w rzędzie, więc dołączyła do nich. Trener powiedział:
-Od jutra zmienimy nieco nasz dotychczasowy plan zajęć. W ramach wychowania fizycznego, będziemy dwa razy w tygodniu chodzić na basen.
  Pomiędzy uczniami rozległy się pojękiwania i krzyki:
-Ale trenerze! Musimy koniecznie pływać? Przecież jest dobrze tak, jak jest.
-Wiem, że bardzo się cieszycie - zadrwił. -To nie był mój wymysł, tylko dyrektora. Bardzo mi przykro, ale od jutra obowiązują was odpowiednie stroje. Znaczy się chłopcy kąpielówi, a dziewczyny - spojrzał na Prudencję chciwym wzrokiem - stroje kąpielowe. Od razu mówię, że kostium musi być jednoczęściowy.
-Szkoda - zaśmiał się jeden z chłopców.
-Może i szkoda, ale pomyśl, co by się stało, gdybyśmy wszyscy dostali wzwodu na jej widok. Mogłaby się trochę krępować - powiedział kolejny.
  Prawie wszyscy chłopcy, na czele z trenerem, się zaśmiali. Prawie, bo z wyjątkiem Stanleya. Prudencja była jednak zbyt zdenerwowana, by to zauważyć.
-Ty pieprzony kutasie! Ty akurat nie miał byś się o co martwić. Nawet gdyby ci stanął na mój widok, to nie sądzę, że ktoś by to zauważył, bo domyślam się, że twój maluszek - dla efektu zagięła przed sobą najmniejszy palec prawej ręki - jest za krótki, żeby się chociaż wychylić zza kąpielówek.
  Tym razem wszyscy zaśmiali się ponownie, ale już nie z Prudencji, ale z owego chłopaka, który miał na imię Euan.
-Hahaha, brachu, ale ci pojechała - śmiali się i klepali go po plecach.
  Brian, stojący obok niej, śmiał się najgłośniej i ledwo udało mu się przestać.
-Cholerny idiota. Ale chyba trafiłaś w czuły punkt jego ego. Zobacz, jak się zaczerwienił.
  Zaczerwienił to mało powiedziane. Jego policzki przybrały odcień karmazynowy. Gotował się ze złości i agresywnie spoglądał na Prudencję, jakby obiecywał zemstę. Ta specjalnie popatrzyła mu w oczy i szeroko się usmiechnęła, chociaż w środku rozpierał ją gniew.
  Choć osiemnastolatka celnie odgryzła się Euanowi, to była zdenerwowana nawet wtedy, kiedy szła do domu.

środa, 7 stycznia 2015

Rozdział 10.

Stanley


-Cholera. Cholera, cholera, cholera! - wykrzyknąłem łapiąc w ostatniej chwili upadającą Prudencję. 
  Dziewczyna leżała bezwładnie na podłodze. Oddychała płytko. Wziąłem ją na ręce. Bluzka osunęła się, ukazując jejmblade ramię. W delikatnym oddechu wyczuwałem zapach alkoholu. Dużej ilości alkoholu. Zaniosłem ją do salonu, który był najbliżej i położyłem na kanapie. Prudencja musiała być kompletnie pijana, bo na stole zobaczyłem jedną pustą butelkę po winie i drugą opróżnioną w połowie. 
-Okay, co ja mam teraz z tobą zrobić? - mówiłem do siebie. - Po kolei. Oddycha? Tak, ale słabo. Co jeszcze? Udrożniam drogi oddechowe - odchyliłem jej głowę, przypominając sobie zasady pierwszej pomocy. - Pogotowie! - szybko przeszukiwalem kieszenie, by znaleźć telefon. 'O nie!' - pomyślałem. 'Zostawiłem je w samochodzie, a zaraz będzie za późno'. Zdecydowałem w jednej chwili. To ryzykowne, ale może uratować jej życie. 
  Uklęknąłem obok kanapy i położyłem jedną rękę na czole Prudencji, a drugą na sercu. Starałem się nie zwracać uwagi na to, że właśnie obmacuję jej pierś. Zamknąłem oczy i całą siłą woli skupiłem się na energii. Wyobraziłem sobie falę biegnącą od mojego środkowego oka, przez ręce, aż po czubki palców. Po chwili poczułem gorący strumień energii, która wędrowała ku leżącej Prudencji. 
  Czułem, że moja moc dobiega końca. Uleczanie za pomocą chi, czyli wewnętrznej energii było wyczerpujące i za każdym razem mogłem oddać tylko część swoich zasobów. Nawet nie chciałem wiedzieć, jak by się to skończyło, gdybym nie znał umiaru w dzieleniu się życiową mocą. 
  Siedziałem obok Prudecji wciąż z rękami na jej ciele. Czułem, że już jej wystarczy. Oddech zaczął się normować. Otworzyłem oczy i popatrzyłem na dziewczynę. Trochę się przeraziłem, bo twarz i szyję miała zlaną potem, a jej skóra miała wyjątkowo blady, wręczy niebieskawy odcień. 
  Zaczęła się budzić. Otworzyła lekko prawe oko, potem lewe i popatrzyła na mnie ze zdumieniem. Biegała oczami we wszystkie strony i dopiero po chwili zdała sobie sprawę z tego, na co właśnie patrzy. 
-Czy ja mogę wiedzieć - powiedziała ze złością - co twoja ręka robi na moim biuście? 
  O cholera! Zabrałem szybko dłonie z jej ciała.
-Wszytko okay? Jak się czujesz?
-Nie zmieniaj tematu! Nie jestem aż tak pijana, żebym dała ci się zgwałcić!
-Dała...co? Nie, Boże! Nie chcę cię zgwałcić. Źle się poczułaś i przyniosłem cię tutaj, nie pamiętasz? - próbowałem załagodzić sytuację.
-Tak, pamiętam! To znaczy nie wszystko, ale coś pamiętam. Gadaj, co chciałeś ze mną zrobić - powoli wstawała z łóżka. - Czułam, jak mnie tu połozyłeś i zacząłeś mnie ombacywać. 
  To przestawało być śmieszne. Trochę się przeraziłem, że oskarży mnie o coś niemoralnego.
-Prudencjo, uspokój się! Jesteś zmęczona, bo dopiero co straciłaś przytomność. Zaraz zabiorę cię do lek...
-Nigdzie mnie nie zabierzesz, zboczeńcu! - przerwała mi. - I nie mówi mi, czy jestem zmęczona, czy nie! - zaczęła krzyczeć co raz głośniej.
-Nie, ty wszystko źle rozumiesz. Ja chciałem ci tylko pomóc. Nigdy bym...
-Zamknij się, do cholery! Nawet po tobie bym się czegoś takiego nie spodziewała! Chociaż może to był błąd. Jesteś nienormalny!
  Prudencja zadziwiająco szybko wstała, jak na osobę, która jeszcze przed kilkoma minutami leżała bez życia. Ja również wstałem, próbując ją uspokoić.
-Zaczekaj, nie wiesz wszystkiego. Przewróciłaś się, a ja...
-Mówiłam ci, żebyś się zamknął! Mam gdzieś twoje tłumaczenia. Chciałeś mnie wykorzystać, bo zemdlałam, tak? A co być potem zrobił? Może być mnie zabił, co? I pewnie poćwiartował, a potem zakopał w lesie. Psychopata!
-Nie, nie zabiłbym cię - starałem się mówić opanowanym głosem. - Przeciwnie, chciałem ci pomóc, ale skoro sądzisz, ze chciałem cię poćwiartować i zakopać w lesie, to mogę spełnić twoje prośby, jeśli na chwilę się nie uspokoisz i nie dasz mi dojść do głosu!
  Moje słowa chyba podziałały, bo Prudencja zamknęła usta, ale za to patrzyła na mnie przerażona. Chyba myślała, ze mówiłem serio. 
-Stałem w drzwiach, kiedy straciłaś przytomność. W sumie, to się nie dziwię. Po takiej dawce alkoholu - i popatrzyłem wymownie na prawie puste butelki po winie. - Słabo oddychałaś, więc wziąłem cię na ręce i zaniosłem tutaj. Chciałem sprawdzić, czy masz gorące czoło, stąd na nim moja ręka.
-A ta druga? Co, chciałeś sprawdzić temperaturę mojego cycka? - powiedziała śmiertelnie poważnym tonem. 
-Nie, ja... Cholera - nie wiedziałem, jak mam jej to wyjaśnić. Nagle mnie olśniło. - No ten, chciałem strawdzić, jak mocno bije ci serce - plątałem się.
-Taaak, już ci wierzę. Twoja matka jest chyba lekarzem, więc powinieneć wiedzieć, w jakich miejscach sprawdza się puls. A po za tym czułam, że masz jakieś gorące te ręce. A moze ty mi podrzuciłeś tabletkę gwaltu? - spytała rozgniewana.
-Tak, wrzuciłem ci ją do kieliszka z winem przez okno - zadrwiłem.
-Nie śmiej się ze mnie. Wiem, że zrobiłeś coś dziwnego. Coś tymi swoimi cholernymi łapskami. Nie wiem, co to było, ale się dowiem.
  Dziewczyna zadziwiajaco szybko wytrzeźwiała. Moze to pod wpływem mojej energii? Jedno było pewne: nigdy nie dowie się o tym, co zaszło tego wieczoru. 
-Prudencjo, uwierz mi. Przecież bym cię nie skrzywdził.
-Nie byłabym tego taka pewna. A teraz się stąd wynoś. Nie wiem, co mi zrobiłeś, ale wiedz, że to tylko kwestia czasu zanim się dowiem. I spieprzaj stąd. Ale już! - krzyczała. - Masz się do mnie nie zbliżać, psychopatyczny morderco!
  Wtedy zacząłem się śmiać.
-No i z czego rechoczesz, zboczeńcu?
-Wiesz, jeszcze nikt nie nazwał mnie nigdy 'psychopatycznym mordercą'.
-Zawsze musi być ten pierwszy raz. I wyjdź wreszcie.
  Nie miałem wyjścia. Skierowałem sie w stronę drzwi. Jedno było pewne. Prudencja nie może się dowiedzeć o moich dziwnych zdolnościach uzdrawiajacych. 


piątek, 2 stycznia 2015

Rozdział 9.

-Wstawaj! - rozległ się zniecierpliwiony głos dochodzący z głębi pokoju. - Wstawaj, mówię! Nie mam całego dnia!
  Spod kołdry wychyliła się głowa Prudencji. Przetarła twarz i sięgnęła po okulary leżące na szafce.
-O co ci chodzi, do cholery? Jest so-ooo-bota- powiedziała, ziewając. Spojrzała na zegarek i westchnęła - A do tego siódma rano. Czy ty się dobrze czujesz?
  Usiadła na łóżku i popatrzyła na Edith ubraną w płaszcz i wysokie botki.
- Wyśmienicie. Mam ci tylko powiedzieć, że wyjeżdżamy na weekend. Wrócimy w poniedziałek. Ojciec zostawił ci pieniądze i masz nie puścić domu z dymem - wyrecytowała pośpiesznie.
-Na pewno tego nie zrobię, bo ciebie nie będzie w środku - odpowiedziała z sarkazmem Prudencja.
-Zabawne - uśmiechnęła się głupio. - W sumie tyle mam ci do powiedzenia, ale ojciec coś od ciebie chce. I radzę się pośpieszyć, bo zaraz wyjeżdżamy - dodała z wyższością.
  Edith wyszła z pokoju stukając obcasami. Osiemnastolatka poszła boso za nią, wkładając po drodze bluzę. W krótkiej koszulce i spodenkach było jej zimno. Październikowy wiatr wdzierał się do domu przez nieszczelne okna. Prudencja zobaczyła swoje odbicie w wielkim lustrze i z przerażeniem spojrzała na swoje włosy. Postanowiła, że jeszcze dziś uda się do fryzjera.
  Osiemnastolatka zeszła po schodach do kuchni. Im bliżej podchodziła, tym bardziej czuła, że ktoś jest w ich domu. Słyszała głosy dochodzące zza zamkniętych drzwi. Weszła po cichu i ujrzała swojego ojca i Margaret. Zdjęła okulary, by przetrzeć szkła rąbkiem bluzki. Prawie po omacku dotarła do stołka, na którym usiadła, wciąż wycierając okulary. Nagle jej ojciec chrząknął, jakby zawstydzony. Prudencja nie miała pojęcia o co chodzi.
-Prudencjo, czy możesz założyć okulary? - spytał nagle.
-A czy mogę wiedzieć, co ty do cholery masz do moich okularów? - powiedziała opryskliwym tonem.
  Nagle odezwała się Margaret natarczywym szeptem, zbliżając się do niej.
-Załóż je w tej chwili i zachowuj się. Gdybyś nie była tak ślepa, to byś zauważyła, że nie jesteśmy sami.
  Dziewczyna podniosła głowę, ale zobaczyła przed sobą tylko jakieś ciemne rozmazane kształty. Przypomniała sobie o okularach, o które toczył się spór i wreszcie założyła je na nos. Jakie było jej zdziwienie, kiedy uzmysłowiła sobie, na kogo patrzy.
-O kurwa - mruknęła cicho. - To znaczy: dzień dobry - wydukała w stronę rodziców Stanleya, siedzących przy długim stole.
  Pan Carlstone patrzył z niesmakiem na Prudencję, a jego żona była wręcz oburzona. Obok nich siedział chłopiec w wieku około szesnastu lat. Wpatrywał się w długie nogi, których nie zakrywały króciutkie szorty. Prudencja zaczerwieniła się lekko. Po chwili jej twarz przybrała o wiele ciemniejszy odcień, kiedy zdała sobie sprawę, że nie ma na sobie stanika. Owinęła się szczelniej bluzą, a jej ojciec pośpieszył z wyjaśnieniem.
-To jest młodszy syn państwa Carlstone'ów, Michael. Jedziemy wspólnie na weekend do Brighton. Razem z Davidem mamy ważne spotkanie w sprawie firmy w niedzielę, więc postanowiliśmy zabrać się na krótkie wczasy.
-I dlatego budzicie mnie w sobotę o siódmej? Mogłeś mi o tym powiedzieć wieczorem - powiedziała z lekkim wyrzutem Prudencja.
-Wczoraj wróciłem późno i nie miałem okazji, więc mówię ci teraz - powiedział, po czy wyjął z wewnętrznej kieszeni swojej kurtki portfel. - Zostawię ci sto funtów - wręczył dziewczynie banknot - i ma ci to wystarczyć do poniedziałku. Lodówka jest pusta, więc musisz iść na zakupy. Proszę cię, żebyś pilnowała domu i nie wracała po nocy. Rozumiesz?
-Okay, rozumiem - mruknęła w odpowiedzi.
  Margaret gawędziła z rodzicami Stanley'a, a Michael, jego brat, wciąż pożądliwie patrzył na Prudencję, nie słuchając Edith, próbującej zająć go rozmową.
-Stanley też z nami nie jedzie, bo wspólnie ustaliliśmy, że ty i on będziecie się z nami tylko nudzić. Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe - dodał, ale w jego głosie było słychać tylko obojętność. - Stanley może do ciebie wpadnie, żeby sprawdzić, czy wszystko u ciebie w porządku.
-Nie, nie! - wykrzyknęła szybko. - Nie musi, nic mi nie będzie - śpieszyła z zapewnieniami.
-Wiem, że sobie sama poradzisz, ale Jasmine, to znaczy pani Carlstone powiedziała, że jej syn z chęcią cię odwiedzi.
-Tak, już to widzę. Powiedziała to dlatego, żeby pochwalić się przy tobie Stanley'em. Jaki to z niego bezinteresowny bohater. Tak naprawdę pewnie miała nadzieję, że nie będziesz chciał, żeby ten koleś mnie odwiedzał. Ma mnie w dupie, tak samo, jak ja jego.
-Ciszej, do cholery - zganił ją ojciec. - No dobrze. Nie wiem, czy Stanley tu przyjdzie, ale w razie czego pamiętaj, że może cię odwiedzić.
-Nie będzie takiej potrzeby - odparła z naciskiem.
-Miejmy taką nadzieję.
-To już wszystko? Chcę się w końcu ubrać, zanim ten gówniarz zgwałci mnie wzrokiem - powiedziała, patrząc na Michaela.
-Idź już, tylko się zachowuj.
  Prudencja odwróciła się od ojca i z udawaną uprzejmością życzyła wszystkim udanej podróży.

  Godzinę później dziewczyna była już ubrana. Zeszła na dół, by zjeść śniadanie. Tak jak mówił ojciec, w lodówce nic nie znalazła. Wróciła na górę po torebkę. Włożyła czarne glany i zdjęła z wieszaka płaszczyk. Zamknęła dom i skierowała się w stronę dużego garażu, stojącego po prawej stronie domu. Prudencja wsiadła do swojego czerwono- czarnego mini coopera, który stał bezczynnie od pewnego czasu. Uwielbiała swój samochód, chociaż był tak maleńki, że ledwo mieściła w nim głowę. Dostała go od babci ze strony mamy na swoje osiemnaste urodziny.
  Prudencja wyjechała na drogę. Włączyła swoją ulubioną składankę przeznaczoną na jazdę samochodem i stukając do rytmu kciukiem w kierownicę, pomknęła ulicami Londynu. Zajechała na parking supermarketu. Zrobiła zakupy i postanowiła, że skorzysta z nieobecności ojca. Pchała przed sobą wózek z zakupami i pomknęła w kierunku alkoholi. Wzięła dwie butelki słodkiego wina czerwonego i zaplanowała sobie wieczór. Wzięła też składniki, które będą jej potrzebne do upieczenia ciasta i podeszła do kasy. Ze wszystkimi zakupami poszła do samochodu. Chciała też dotrzymać obietnicy, złożonej sobie rano.
  Osiemnastolatka pojechała do leżącego niedaleko fryzjera. Spędziła tam trochę czasu, a wyszła z włosami do ramion w kolorze krwistoczerwonym. Uśmiechnęła się do siebie i pojechała do domu. O trzynastej zjadła swój pierwszy posiłek i zabrała się za przygotowanie ciasta. Założyła kuchenny fartuch, upięła nowo pomalowane włosy i zabrała się do pracy. Precyzyjnie odmierzała porcje poszczególnych składników. Pełna gracji poruszała się po kuchni. Z lekkością lawirowała między szafkami, by po dwóch godzinach móc podziwiać swoje dzieło. Torcik czekoladowy. 'Pycha!' - pomyślała. Zanim zabrała się za pałaszowanie ciasta, poszła odrobić zadania domowe. Chciała mieć wolny wieczór, więc z niekrytą niechęcią najpierw zatopiła się w książki. Kiedy uporała się z lekcjami, była już dwudziesta. Czas rozpocząć pierwszy punkt planu.
  Prudencja zeszła do salonu razem z winem i ciastem. Włączyła telewizor i rozpoczęła maraton komedii romantycznych, które lubiła oglądać dla odprężenia. Na pierwszy ogień szły Cztery wesela i pogrzeb z jej ulubionym Hugh Grantem. Kolejne kawałki tortu i kolejne kieliszki wina bardzo ją pobudziły. Śmiała się bardziej, niż na to pozwalały sceny, a umysł odpłynął z dala od smutnych i nurtujących myśli. Telefon dzwonił kilka razy, ale nie zwracała na niego uwagi. Czuła się pijana. Nie przeszkadzało jej to, więc wciąż osuszała kieliszek za kieliszkiem. Ku jej zdumieniu usłyszała dzwonek do drzwi. Wstała i chwiejnym krokiem powędrowała w stronę korytarza. Potykała się o własne stopy w króliczkowatych kapciach, co śmieszyło ją do łez. Otworzyła drzwi. Jej mina nieco zrzedła na widok najmniej oczekiwanej osoby.
-Moja matka prosiła mnie, żebym sprawdził, czy jeszcze żyjesz. Podobno nie odbierałaś telefonu. Chociaż w twoim stanie... - powiedział stojący w progu Stanley.
  Prudencja popatrzyła na niego spod zsuwających się okularów i zachichotała.
-Ale chyba coś jest z tobą nie tak - dodał, patrząc na jej chwiejącą się sylwetkę.
-Czuję się wyśmienicie - zachichotała, po czym osunęła się na podłogę.