środa, 28 stycznia 2015

Rozdział 17.

     Siedząc w ławce, dziewczyna wciąż czuła czyjeś spojrzenie na swoich plecach. Chciała się odwrócić, ale obiecała sobie, że tego nie zrobi. Nie wytrzymała jednak i odwróciła się. Tam popatrzyła prosto na Vincenta, który spojrzał w jej oczy i uśmiechnął się drwiąco. Siedzący obok niej Stanley wiercił się na krześle. Prudencja odwróciła głowę z powrotem. Chwilę później na jej ławce wylądowała zmięta karteczka. Dziewczyna z lekkim wachaniem rozłożyła ją i przeczytała krótki liścik.

  Jeśli Ci się podobam, to mi powiedz. Nie musisz się tak gapić. Przyzwyczaiłem się, że dziewczyny szaleją na punkcie mojej boskości. Wystarczy poprosić, a masz jak w banku, że pozwolę ci zobaczyć mój największy skarb, ukryty w spodniach. Zdobędziesz go jednym swoim uśmiechem. 
                                Vincent
  Prudencja poczerwieniała ze złości. Zmięła w dłoni list. Obiecała sobie, że jeszcze się na nim odegra. Kiedy po dzwonku wstała z ławki, usłyszała przy uchu jego szept:
-Wystarczy poprosić.


  Prudencja zrzuciła buty i weszła do domu. Zastała w kuchni ojca rozmawiającego przez telefon. W ciszy nastawiła wodę na herbatę i przygotowała sobie obiad. Chwilę później jej ojciec skończył rozmowę.
-Nie uwierzysz, Prudencjo! Najpierw David Carlstone przeprowadza się do domu obok nas, a teraz kto? Jego brat! Nie widziałem Dereka od kilku dobrych lat.
-A ten Derek nie mieszka przypadkiem w tym drugim dworku?
-A skąd wiesz? Znasz go?
-Jego syn chodzi do mojej klasy.
-Naprawdę? - spytał zdziwiony. - Z pewnością się polubiliście. To chyba miły chłopiec.
-Taa, bardzo miły - zadrwiła. - To zwykły gbur. Uważa się za nie wiadomo kogo, a wszystkich ma za nic. Jest irytujący i ma chamskie poczucie humoru. Rzeczywiście milutki.
-Nie mogę uwierzyć, żeby syn Dereka miałby być aż tak niemiły. Jego ojciec to wspaniały facet. Jutro wieczorem umówilismy się, to znaczy ja, David ze Stanleyem i Michaelem oraz Derek z synem, chyba Vincent ma na imię. Idziemy do jakiegoś klubu.
-Ty? Do klubu?
-A co w tym dziwnego? Nie jesteśmy jeszcze tacy starzy.
-A do czego wam są potrzebni ich synowie? Stanley i Vincent chyba się nie znoszą. Nie wyobrażam ich sobie na miłej pogawędce.
-Musi ci się wydawać, ze się nie lubią. To przecież kuzyni. No nieważne. Idziemy wypić piwo, powsponimać, popatrzeć, jak młodzi ludzie się bawią.
-A gdzie dokładnie idziecie?
-Nie wiem. Nie pamiętam nazwy.  A dlaczego pytasz?
-Tak tylko. To idziecie jutro, tak?
-No jutro. A od kiedy tak się interesujesz moimi sprawami? - zdziwił się.
-Jesli nie chcesz ze mną rozmawiać, to następnym razem nie zaczynaj tematu - powiedziała i poszła do swojego pokoju.

  Następnego dnia była sobota. Dzisiejszy wieczór Prudencja miała spędzić dość pracowicie. Kilka dni temu zadzwonił do niej jej kolega, Jack, który poprosił ją, by uratowała jego zespół. Mieli bowiem zagrać koncert, ale ich wokalista i gitarzysta zachorował. Za nic nie mógł przyjść na występ. Dziewczyna miała go zastąpić. Ojciec zakazał jej koncertów w najbliższym czasie, bo sama przeszła grypę. Nie mogła jednak odmówić i musiała wystąpić ze znajomymi.
  Wieczorem poczekała, że ojciec wyjdzie na planowane spotkanie i sama wymknęła się z domu. Oficjalna wersja głosiła, że jest u Briana. Tymczasem zabrała ze sobą gitarę i pośpiesznie wyruszyła na koncert. Na miejscu czekał już cały zespół. Dzieczyna zdjęła kurtkę i była już gotowa.
  Prudencja jak zwykle ubrała się dość odważnie. Tym razem w bordową koszulkę, odsłaniającą jej ramiona i ledwo sięgającą do pępka. Do tego rozkloszowana spódnica z kilku warstw tiulu w kolorze głębokiej czerni, zakolanówki i glany. Strój był o tyle prowokujący, że niemal przy każdym kroku spódnica podnosiła się nieco i jej pas do pończoch pokazywał się w pełnej okazałości.
  Włosy jak zwykle rozpuściła, za okularami widać było prostą kreskę na powiekach. Usta były krwistoczerwone. Wyglądała seksownie i bardzo kobieco. Opatrunek na policzku dodawał jej tylko uroku.
  Chłopcy ożywili się na jej widok.
-No hej! Życie nam ratujesz, złotko - powiedział Jack, witając się z Prudencja.
-Nie ma sprawy. Kiedy zaczynamy?
-Za moment, a z resztą, możemy już.
-Okay, jestem za - powiedziała uśmiechnięta.

  Weszli na scenę. Ludzi było sporo, ale nikt jeszcze nie zwrócił na nich uwagi, bo światła padające na scenę były zgaszone. Dopiero kiedy każdy był na swoim miejscu światła zaczęły lekko płonąć.

***


  Od pierwszej chwili wiedziałem, że to spotkanie okaże się porażką. Ja i Vincent mamy udawać szczęśliwą rodzinę? Niedoczekanie.
  Szliśmy czałym orszakiem w stronę jakiegoś klubu. Nawet dobrze nie wiedziałem, dokąd konkretnie zmierzamy. Z przodu szli ojcowie i Vincent, a za nimi ja. Bez Michaela. Jemu oczywiście coś wypadło. Tym razem go zrozumiałem, bo miał randkę. Sam już nie pamiętam, kiedy zaprosilem jakąś dziewczynę na randkę. Przespanie się z jakąś pijana laską to jedno, a prawdziwa randka to coś innego. Coś, czego zaczynało mi brakować. 
  Przede mną toczyła się rozmowa o cudownym Vincencie i jego zaletach. Wydawało mi się, że ten chłoptaś nie wie, że rozmawia z ojcem Prudencji. Po chwili już mi się nie wydawało. Byłem przekonany, że on nie ma o tym pojęcia. Pięć minut później byliśmy na miejscu. Weszliśmy do przyciemnionego lokalu. W powietrzu unosił się dym papierosów i nagle naszła mnie ochota na zapalenie. Paliłem okazjonalnie, zależnie od humoru. Nie byłem uzależniony, ale moja matka nie znosiła, kiedy paliłem.
  Usiedliśmy przy barze. Każdy zamówił piwo. Kiedy wziąłem swoją butelkę do ręki, zauważyłem na scenie jakieś ruchy. Było ciemno, więc nie wiedziałem, co się dzieje. Przytknąłem butelkę do ust i wychyliłem kilka łyków. Wtedy światło na scenie zostało włączone, a ja omal się nie zakrztusiłem swoim piwem.
  Nikt jeszcze tego nie zauważył, z wyjątkiem mnie. Na scenie była (cóż za niespodzianka) Prudencja. Wyglądała strasznie seksownie i nie mogłem oderwać od niej wzroku. Kiedy zaczęła swoim zachrypniętym głosem śpiewać Come as you are wszyscy podnieśli głowy. Jej ojciec otworzył szeroko oczy.
-O mój Boże! Co ona tutaj robi? - wykrzyknął.
-Ale o co chodzi? Coś się stało? - spytał jak zwykle zorientowany stryj Derek.
-Mark, czy to ona? - włączył się i mój ojciec.
  Vincent patrzył na Prudencję, ale jej nie poznał. Do szkoły ubierała się zwykle inaczej, schludniej, więc w tej wersji jeszcze jej nie widział.
-To przecież Prudencja! Co za dziewczyna! Zakazałem jej koncertów. Przecież miała być u jakiegoś kolegi. Jasna cholera! - powiedział zdenerwowany Mark Hartfield.
-To jest pańska córka? - spytał oszołomiony Vincent.
-No tak. Prudencja. 
-O kurwa - powiedział cicho mój kuzyn. Tak cicho, że tylko ja go usłyszałem. - Ale sztuka.
-Serio jej nie poznajesz? - prychnąłem.
-A skąd mam ją znać? - spytał.
-Prudencja to rzadkie imię, wiesz? Jest tylko jedna w całej szkole. A dokładniej- w naszej klasie.
  Wtedy chyba zrozumiał. Popatrzył na nią i gapił się z lekko otwartymi ustami. Ja też spojrzałem. Cholera! Ta dziewczyna wyglądała nieziemsko. Jej nogi, odsłonięty brzuch, czerwone usta! Można by patrzeć bez końca. Vincent chyba myślał o tym samym, bo wyglądał jak w transie. Mechanicznie podnosił butelkę do ust i pił, wciąż przyglądając się scenie. 
-Co ja mam z tą dziewczyną! - użalał się jej ojciec.
-Daj spokój. A ty słuchałeś się rodziców w jej wieku? Nie chcę ci przypominać, bo ja też w tym brałem udział, a przy własnym synu nie wypada - zaśmiał się stryj.
  Mój ojciec był oczywiście zdegustowany, ale starał się tego nie okazywać. Widziałem, jak stroi swoje miny na widok wyglądu Prudencji. Oboje z matką jej nie znosili. 
  Dziewczyna na scenie zaczęła śpiewać jakąś piosenkę Beatlesów.
-A tą pasję musiała po tobie odziedziczyć. Beatlesi! - powiedział Derek
-No tak, to akurat prawda. 
-Haha, kto nazywa swoją córkę imieniem z ich piosenki? - dodał.
-Wiecie, moja córka ma jeszcze drugie imię.
-Na pewno związane z Beatlesami. Michelle? Jude? A może Cynthia?
-Z tą Cynthią byłeś blisko, ale nie.
-No więc jak? - dociekał ojciec.
-Yoko - odpowiedział.
  Wszyscy zaśmiali się głośno. 
-Mogłem się domyślić - powiedział Derek.

***


 Prudencja jak zwykle świetnie się bawiła. Faceci na jej widok tracili oddech. Droczyła się z nimi, a oni to uwielbiali. Miała właśnie zapowiedzieć kolejną piosenkę, kiedy jeden chłopak z publiczności krzyknął:
-Może mi pokażesz, co masz pod tą spódniczką?
  Osiemnastolatka uśmiechnęła się zalotnie i spytała:
-A jak masz na imię?
-Alex.
-No to spierdalaj, Alex.  
  Wszyscy zaczęli się śmiać, a chłopak zrobił urażona minę, ale mrugnął do niej zachecająco. Dziewczyna nauczyła się już nie zwracać uwagi na takie zaczepki, ale czasem po prostu nie mogła odmówić sobie jakiejś ciętej odpowiedzi.
  Yoko nie była świadoma, że przy barze siedzą osoby, które słyszą każde jej słowo i gotują się ze złości. Mark Hartfield zdenerwował się, że facieci składają takie propozycje jego własnej córce. Poczuł jednak odrobinę dumy, kiedy usłyszał, że potrafi im się odgryźć. 
  Dziewczyna śpiewała właśnie Where did you sleep last night? , kiedy zauważyła siedzącego przy barze ojca. Kiedy ich oczy się spotkały, próbowała go przeprosić bez słów. Śpiewała nadal i uśmiechnęła się lekko. Po chwili ujrzała obok niego Vincenta i Stanleya. Obaj na nią patrzyli.
  Jeden z blond lokami, opadającymi falami na ramiona, drugi z włosami czarnymi jak noc, związanymi w kucyk. Stanley upił łyk z butelki tzrymanej w ręce i wrócił do oględzin dziewczyny.

  Godzinę później Prudencja zeszła ze sceny. Założyła płaszcz i z gitarą na plecach wyszła na chłodne powietrze. Stała przez chwilę na dworze, kiedy z drzwi wyłoniły się sylwetki jej ojca, Davida Carlstone, Vincenta i kolejnego mężczyzny, który musiał być jego ojcem.
-Kogo ja widzę, moja panno? - spytał Mark.
-Cześć, tato! - wykrzyknęła radośnie. - Miły wieczór, co?
-Nie próbuj zmieniać tematu, bo i tak ci się to nie uda. Ale porozmawiamy w domu. A tymczasem musisz kogoś poznać. To jest Derek, brat Davida, mój kolega ze szkolnych czasów.
  Prudencja spojrzała na wysokiego mężczyznę, około pięćdziesiątki. Miał siwe włosy, ale był bardzo podobny do swojego syna. Dziewczyna uścisnęła jego rękę. Wszyscy ruszyli dalej, a osiemnastolatka szła obok Stanleya i Vincenta. Przywitała się z pierwszym z chłopców, a drugiego zignorowała.
-Nie wiedziałem, że nieśmiała okularnica jest w rzeczywistości tak niegrzeczna - powiedział Vincent, patrząc na Prudencję.
-Przestań. Mam dosyć ciebie i twoich odzywek, okay? - powiedział zniecierpliwiony Stanley.
-Mogłeś powiedzieć, że to twoja dziewczyna. Potrafię uszanować to, że jest zajęta.
-Po pierwsze: ja dobrze pamiętam, jak ty takie rzeczy szanujesz.
-A po drugie: nie jestem jego dziewczyną - dodała Prudencja.
-Nie jesteś? To mi bardo ułatwia sprawę - zaśmiał się Vincent.
  Ich ojcowie wyprzedzili całą trójkę o dobre kilkanaście metrów. Dziewczyna skorzystała z okazji i przystanęła. Chłopcy zrobili to samo. Prudencja zwróciła się do Vincenta.
-Wiesz co? Gówno mnie obchodzi to, jak jesteś postrzegany przez większą część 
damskiej populacji naszej szkoły. Wszyscy mogą cię uważać za bóstwo, ale nie ja. Irytujesz mnie i jesteś tak chamski, że nawet ja nie mogę tego znieść -skończyła przemówienie i po krótkiej chwili z całej siły przyłożyła mu otwartą dłonią w policzek.
-Auu, a to za co?
-Za twój bezczelny list, dupku - i odeszła, poprawiając okulary.
  Stanley stał chwilę, nie wiedząc co ma o wszystkim myśleć. W końcu i on odszedł, zostawiając Vincenta, trzymającego się za obolałą twarz. 

9 komentarzy:

  1. Najlepsza końcówka <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Zajebiste! Końcówka boska! Czekam na kolejne i życzę weny, oczywiście!

    OdpowiedzUsuń
  3. TO JEST ZAJEBISTE !!! Czekam na ciag dalszy, kontynuuj to co robisz, bo jest na serio mega mega dobre :)

    OdpowiedzUsuń
  4. wow! zajebioza!
    czytam od końca, ale jak tylko znajdę chwilę przeczytam całość! :3
    buziaki, Rav :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytaj od początku, bo będzie bez sensu!
      Pozdrawiam :D

      Usuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak każdy rozdział świetne ! Życze oczywiście jak najwięcej weny ! i czekam na dalsze losy Prudencji ! <3 ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Szczerze? Zajebiste.! Pokochałam Yoko od samego początku <3

    OdpowiedzUsuń