sobota, 28 lutego 2015

Rozdział 23.

  Nadeszła sobota. W domu Hartfieldów panował gwar. Po całym budynku roznosił się głos Marka, który kłócił się o jakąś błahostkę z Margaret. Zegar wskazywał południe. Krzyki kobiet były tak głośne, że Prudencja, która do tej pory spała na brzuchu z rękami nad głową, poruszyła się. Otworzyła oczy, ale nie zobaczyła nic, poza oślepiającym blaskiem słońca wlewającego się przez okno. Momentalnie zamknęła z powrotem oczy i spróbowała wstać. Słyszała dochodzący z dołu krzyk i złapała się za głowę.
-O cholera - mruknęła do siebie. - Moja głowa - wychrypiała przez suche gardło.
  Znalazła okulary i założyła je na nos. Powoli odzyskiwała zmysł wzroku. Była ubrana w ciuchy z wczorajszej imprezy. Wstała niezgrabnie z łóżka i na bosaka pomknęła po schodach do kuchni. Spotkała tam ojca i Margaret, którzy rozmawiali podniesionymi głosami.
-Możecie się przymknąć? Głowa mi pęka - powiedziała i wyjęła z lodówki dwulitrową butelkę wody niegazowanej. Wychyliła połowę i zaczęła grzebać w szufladzie z lekarstwami, szukając czegoś od bólu głowy.
  Margaret odezwała się:
-Jaśnie panienka raczyła wstać, tak? A teraz ma jeszcze do wszystkich pretensje? Nie dziwię się, że boli cię głowa. Wczoraj w nocy, jak przyniósł cię ten chłopak Carlstonów byłaś tak pijana, że spałaś mu na rękach.
  Prudencja przestała szukać tabletek.
-Co powiedziałaś? Stanley mnie tu przyniósł?
-A myślisz, że skąd się tu wzięłaś, co?
  Osiemnastolatka nie odpowiedziała. Znalazła lekarstwo i od razu zażyła dwie pigułki na raz.
-Dobrze się czujesz? - spytał jej ojciec.
Prudencja tylko spojrzała na niego wzrokiem pod tytułem 'A jak myślisz?', wróciła na górę i weszła do łazienki. Stanęła przed lustrem.
-Cholera - powiedziała na widok swojej bladej twarzy i sinych kręgów pod oczami. Miała rozmazany tusz na całych powiekach. Do tego w ustach czuła kwaśny smak. Nie chciała wiedzieć, skąd się wziął. Mało co pamiętała z wczorajszego wieczoru. Film urwał jej się przy którymś z kolei drinków.  Przypomniała sobie Stanleya. Zaczerwieniła się na wspomnienie swoich flirtów z barmanem. Nawet nie pamiętała jak miał na imię.
  Szybko zrzuciła z siebie wczorajsze ubranie i weszła pod prysznic. Ciepła woda spływała po jej twarzy orzeźwiając ją nieco i pobudzając.

  Pół godziny później Yoko zeszła na dół. Spotkała tam ojca siedzącego w samotności przy kuchennym blacie. Na dźwięk jej cichych kroków podniósł głowę.
-Pewnie nasze krzyki cię obudziły?
  Nie odpowiedziała.
-Dlaczego nic nie mówisz? Może gdzieś się razem wybierzemy? Muszę z tobą porozmawiać.
  Dziewczyna spojrzała na niego zdziwiona.
-No to rozmawiajmy - odpowiedziała i wyjęła z lodówki mleko.
  Wsypała do miseczki czekoladowe płatki, czekając aż jej ojciec znów się odezwie.
-Nie możemy rozmawiać tutaj. Wyjdźmy gdzieś. Muszę się ciebie poradzić, a tu nie mam warunków - powiedział cicho i spojrzał wymownie w sufit, nad którym znajdowała się sypialnia jego i Margaret.
-Nie wierzę. Twoja kochana Margaret ma o niczym nie wiedzieć?
  Mark Hartfield westchnął.
-Proszę, Prudencjo. Muszę z tobą porozmawiać. To dla mnie ważne. Ona nie może o niczym wiedzieć.
-Nie wiem o co chodzi, ale okay. Odzywają się w tobie rodzicielskie odruchy, więc nie chcę ich tłumić.
  Ojciec zaśmiał się.
-Jesteś taka podobna do swojej matki.
  Dziewczyna nie odpowiedziała. Zabrała się za jedzenie swojego śniadania. A raczej obiadu, bo była już trzynasta.
-Za dwie godziny, dobrze? Muszę jeszcze chwilę popracować. Pójdziemy na spacer albo do jakiejś kawiarni. Może wybierzemy się do Davida? Mówił, żebyśmy do niego wpadli.
-Eee, no nie wiem. Chyba nie chcę się widzieć ze Stanleyem. Nawet nie pamiętam dlaczego on mnie tu przywiózł.
-Nie chcę cię martwić, ale podobno zwymiotowałaś mu pod nogi - powiedział z lekkim uśmiechem.
-Nie. Błagam, powiedz, że żartujesz - prosiła Prudencja z przerażoną miną.
-Przykro mi - odparł i wybuchł gromkim śmiechem. Prudencja już dawno nie widziała go w takim humorze.

  Około piętnastej Prudencja usłyszała głos ojca.
-Prudencjo! Możesz się zbierać!
  Dziewczyna z chęcią odłożyła książki i niedokończone prace domowe. Zeszła na dół do czekającego w przedpokoju ojca. Na swój rozpięty czarny sweter założyła płaszcz. Wciągnęła na nogi glany. Dzień był dość ciepły, ale założyła na głowę swój melonik. Schowała do kieszeni telefon i była gotowa. Wyszła z ojcem na ciepłe, choć styczniowe powietrze.
  Kiedy ojciec i córka oddalili się nieco od domu, Mark zaczął rozmowę.
-Chcę się rozstać z Margaret - oznajmił.
-Szkoda, że tak późno się na to zdecydowałeś - odparła chłodno.
-Przepraszam cię za to wszystko. Tyle przeze mnie wycierpiałaś. Kiedy twoja mama odeszła ja nie mogłem sobie z tym poradzić. Było mi ciężko. Bardzo. Zaniedbałem ciebie i twojego brata.
-Przez ciebie nie widziałam Ringo od kilku miesięcy - wybuchła. - Nie mam z nim żadnego kontaktu. Co z ciebie za ojciec, skoro wolał zamieszkać z babcią, niż z tobą.
  Prudencja i Mark zatrzymali się. Ojciec patrzył na osiemnastolatkę zbolałym wzrokiem.
-Wiem, że to moja wina. Spieprzyłem wszystko. Obiecałem twojej mamie, że się wami zaopiekuję. Nie dotrzymałem słowa. Własny syn nie chce utrzymywać ze mną kontaktów. Ale czegoś ci nie powiedziałem. Nie chciałem robić nadziei. Teraz już mogę o tym mówić, bo to prawie pewne.
-O czym mówisz?
-Ringo wraca. Chce zamieszkać z nami. Tylko z nami. Mój związek z Margaret jest już praktycznie zakończony. Nie łączą nas żadne więzi. Ani emocjonalne, ani prawne. Będziemy tu we troje i damy sobie radę. O ile tego chcesz - zakończył i czekał aż Prudencja coś powie.
-Ringo wraca? Wraca do nas?
-Obiecał, że wprowadzi się, kiedy Margaret i Edith odejdą.
-Masz je jeszcze dziś stąd wyrzucić! - krzyknęła. - Dziś! Ja chcę do Ringo!
-Wiem - powiedział i ostrożnie zbliżył się do córki. Niepewnie ją objął i pogłaskał po plecach.
-Tak bardzo za tobą tęskniłam, tato - wyszeptała.
-Ale ja cały czas byłem przy tobie - zdziwił się.
-Nie tak, jak teraz - powiedziała i ciaśniej przytuliła się do ojca.

  Prudencja i jej ojciec wędrowali wzdłuż ścieżki. W końcu zeszli z polany, by wejść na asfaltową drogę. Naprzeciw stały dwa dworki. Dziewczyna spięła się, widząc dom Vincenta.
-Dawno nie rozmawialiśmy - powiedział nagle Mark. - Nic o tobie nie wiem. Nie mam pojęcia jak sobie radzisz. Opowiedz mi o sobie - poprosił.
-Nie ma o czym mówić. W szkole jest ciężko, ale jakoś mi idzie.
-A co z chłopcami? Nie masz nikogo na oku?
-Tato, proszę.
-A Vincent? Ostatnio David wprawił w mnie w prawdziwą konsternację, pytając o ciebie i tego chłopca. Dlaczego o nim nie mówisz?
-Bo nie jest tak, jak ci się wydaje. Nie chodzę z nim. To znaczy... - zastanowiła się. - Nie lubię Vincenta. Bardzo. Ale mam wobec niego pewne zobowiązania, z których muszę się wywiązać.
-Czy on cę do czegoś zmusza? Proszę, powiedz mi jeśli tak jest.
  Prudencja pomyślała, że może to byłby dobry pomysł. Szybko jednak odrzuciła tę myśl. Nie wiedziała, jak jej ojciec mógłby na to zareagować. Nagle zadzwonił jego telefon.
-Hartfield, słucham - rzucił sucho do słuchawki. Po chwili jego głos złagodniał i uśmiechnął się szeroko. - Tak, pewnie, wpadniemy z Prudencją - dziewczyna popatrzyła na niego niepewnie. - Albo wy się zbierajcie i  do nas dołączcie.  Jest świetna pogoda na spacer.
  Dziewczyna domyśliła się, że dzwonił ojciec Stanleya. Nie miała wielkiej ochoty na spacer akurat z nim, ale nie chciała sprawiać ojcu przykrości. Mark rozłączył się.
-Dzwonił David. Widział nas przez okno i zaprosił do siebie, ale wpadnie tutaj. Nie masz nic przeciwko?
-Nie, w porządku - powiedziała i cicho westchnęła.

Stanley


-Stan! Stanley! - usłyszałem głos ojca. Po chwili otworzył drzwi do mojego pokoju i wszedł, nie zawracając sobie głowy pukaniem.
-Co jest? - spytałem chłodno.
-Idę na spacer z Markiem i jego córką. Idziesz z nami?
  Na myśl o Prudencji poczułem się dziwnie.
-O której godzinie? - spytałem mimo niechęci.
-Już. Czekają chyba przed domem. Idziesz czy nie?
  Zastanowiłem się chwilę. Nie miałem wielkiej ochoty na spotkanie z Prudencją. Szczególnie po wczorajszej imprezie. Istniał jednak cień szansy, że nie pamięta, co robiłem tam z Kate. Nie rozumiałem siebie. Najpierw sam chciałem jej tym dopiec i pokazać, że mam ją gdzieś, a teraz tego żałuję. Kurwa, dlaczego ja muszę się nią w ogóle przejmować? Chciałem jednak wiedzieć, co jest pomiędzy nią, a Vincentem.
-Już się zbieram - powiedziałem ojcu i wstałem z łóżka. 
  Narzuciłem na siebie bluzę i ramoneskę, włożyłem buty i byłem gotowy. Wyszliśmy z domu. I wtedy ją zobaczyłem. Śmiała się z czegoś razem ze swoim ojcem. Miała na głowie czarny melonik godny Charliego Chaplina, spod którego wystawały krótkie czerwone włosy. Uśmiechała się jak nigdy. Często w szkole widziałem jej uśmiech, ale rzadko był taki jak teraz. Obejmował nie tylko usta, ale sięgał też jej oczu, które lekko mrużyła. 
  Przywitaliśmy się z Markiem Hartfieldem, który od razu zatopił się w rozmowie z moim ojcem. Między mną na Prudencją zapanowała krępująca cisza. Musiałem ją wreszcie przerwać. Nasi ojcowie szli z przodu, a my kilka kroków za nimi. Zerknąłem na idącą obok mnie dziewczynę. Patrzyła przed siebie, a na jej twarz padał blask słońca.
-Lepiej się dziś czujesz? - spytałem. Spojrzała na mnie, ale chyba nie zrozumiała. - No wiesz, po wczorajszym.
  Chyba coś pamiętała, bo zaczerwieniła się lekko. 
-Czuję się dobrze - powiedziała chłodno. Zaskoczyła mnie, dodając - Dzięki, że mnie wczoraj podrzuciłeś do domu.
-Twój chłopak nie zamierzał tego zrobić.
-Ja nie mam chło... To znaczy... Nieważne. 
-Przecież jesteś z Vincentem, prawda? - zaryzykowałem. 
  Nie odpowiedziała od razu. 
-To nie twoja sprawa - rzuciła w końcu, choć widziałem, że coś jest nie tak.
-Coś się z tobą dzieje. Brian i Miles martwią się o ciebie. Myślą, że się na nich obraziłaś, bo sprawili ci jakąś przykrość. Nie wiedzą, o co chodzi. To przez niego, tak? Przez tego gnojka, Vincenta - zdenerwowałem się. - Nie zaprzeczaj - powiedziałem, bo zobaczyłem, że już otwiera usta, by to zrobić. - Ja to wiem. Zastanawia mnie tylko, dlaczego nikomu o tym nie mówisz. Może bym ci pomógł. Tylko mi o ty powiedz. 
  Miałem nadzieję, że Prudencja w końcu mi wytłumaczy, co się z nią dzieje. Widziałem w jej oczach nadzieję. Popatrzyła na mnie. Już ją miałem. Wiedziałem, że mi powie.
-Stanley, on..  - zaczęła. Przymknęła powieki i popatrzyła przed siebie. W końcu się wszystkiego dowiem.
-Mów - poprosiłem.
-Vincent i ja... - urwała. - To nie jest twoja sprawa - powiedziała niespodziewanie i zrównała się ze swoim ojcem.

sobota, 21 lutego 2015

Rozdział 22.

  W pierwszy dzień po świątecznej przerwie Prudencja szła wolnym krokiem w stronę szkoły. Kilka kroków przed nią maszerowała naburmuszona Edith. Była oczywiście zdenerwowana, że musi przemęczyć swoje biedne nogi. Yoko cicho prychnęła i wcisnęła w ucho słuchawkę. Wybrała losową piosenkę i podgłośniła nieco. Idąc patrzyła na pobliski las i samochody przejeżdżające obok niej. Głębiej włożyła ręce do kieszeni płaszcza i przyśpieszyła odrobinę w rytmie jej ulubione piosenki Stinga 'Englishman in New York'. Czasami czuła się jak ten Anglik w Nowym Jorku. Jakby nie pasowała do tego świata. Ale słowa 'Be yourself, no metter what they say' napawały ją odrobiną nadziei. Nagle poczuła na okularach czyjeś dłonie. Normalna dziewczyna byłaby podekscytowana i zgadywałaby, kto to. Jako że Prudencja nie uważała się na do końca normalną, mruknęła tylko:
-Odpierdol się.
  Ręce od razu odsłoniły jej oczy. A głos za jej plecami odpowiedział:
-Jaka niegrzeczna dziewczynka! Uważaj na słowa, bo jeszcze pomyślę, że mnie nie lubisz.
  Prudencja spięła się na widok Vincenta. Nic nie powiedziała, nadal idąc przed siebie. Odrobinę przyciszyła muzykę, by usłyszeć, co ma do powiedzenia.
-I jak zwykle rozmowna - westchnął. - Nie uważasz, że musimy omówić pewne kryteria naszego związku? 
-Związku?
-No tak. Przecież jesteśmy w pewnym sensie parą. Ale w sumie nie do końca - powiedział, stukając się palcem wskazującym po brodzie.
  Prudencja spojrzała na niego. Jego długie czarne włosy wiatr odwiewał do tyłu. Był ubrany w czarny płaszcz i ciemne, dość obcisłe, spodnie. Był może przystojny, ale dziewczynę coś w nim odpychało. Sam jego charakter był nie do zaakceptowania.
  Kontynuował:
-Przedstawię ci kilka zasad, skarbie. Masz za mną nie chodzić, nie łasić się i nie obnosić z naszym związkiem. Bo to by było dość dziwne. Kiedy zechcę, masz przyjść i się ze mną całować. Będę kładł ręce gdzie mi się podoba, rozumiesz? Musisz być miła i mi potakiwać. I przestań robić te twoje miny.
-Jakie miny? - zdziwiła się.
-Takie, jak teraz. Krzywisz się, kiedy na mnie patrzysz.
-Nie sądzę, żeby to było dziwne - mruknęła cicho.
  Vincent udawał, że nie dosłyszał jej ostatniego zdania.
-I masz nie siedzieć z tamtymi kolesiami. Jak oni się wabią?
  Dziewczyna gotowała się ze złości.
-Przestań, okay?
-Ale ja nic nie robię - zaśmiał się swoim obrzydliwym śmiechem.
-I trzymaj się z dala od Stanleya.
  Yoko miała dosyć. Nie odzywała się przez całą drogę. Kiedy weszła do klasy razem z Vincentem zaczęło się jej upokorzenie. Lizzy popatrzyła na nią swoim kpiącym wzrokiem. Jej brwi uniosły się tak wysoko, że aż schowały się pod blond grzywką, kiedy zobaczyła, jak Vincent nachyla się nad Prudencją i szepcze coś, a potem całuje w szyję.  Na oczach całej klasy. Zaczerwieniła się po same uszy i pochyliła głowę, by ukryć zmieszanie.
  Siedzący na końcu klasy Stanley wciągnął głośno powietrze.

Stanley


  To jednak prawda. Prudencja i Vincent. Wydawało się niemożliwe. Przecież ona go nie znosi! Ta sprawa śmierdziała z daleka. Coś się musiało dziać. Vincent odzyskał pamięć, ale nie sądzę, żeby to miało coś z tym wspólnego. Chyba nie przypomniał sobie wszystkiego? 
  Nie mogłem na nich patrzeć. Prudencja stała z zaczerwienionymi policzkami, a Vincent szeptał jej coś do ucha. Po chwili podniosła wzrok i popatrzyła na mnie. W jej oczach tliły się jakieś dziwne uczucia, których nie potrafiłem zidentyfikować.
  Mam ją gdzieś. Ją i tego palanta. Przez jakiś czas myślałem, że mogę ją polubić. Teraz wiem, że to kolejna pusta kretynka, która zaczęła się uganiać za tym równie inteligentnym idiotą.

  Kiedy wychodziłem ze szkoły ktoś złapał mnie za rękaw kurtki. Chciałem się wyszarpnąć, ale usłyszałem głos:
-Stanley? Poczekaj!
  Odwróciłem się i zobaczyłem przed sobą Briana i Milesa, przyjaciół Prudencji.
-Masz chwilę? Mamy do ciebie jedno pytanie.
  Byłem zniecierpliwiony i chciałem jak najszybciej wrócić do domu, ale zatrzymałem się.
-O co chodzi? - spytałem trochę zbyt opryskliwym głosem.
-Eee - zająknął się Brian.
  Spojrzałem na nich pytająco, gdy obok nas przemknął Vincent z Prudencją.
-No właśnie o to - mruknął cicho Miles. - Chodź - wskazał ławkę obok szkoły. Posłusznie poszedłem za nimi. Usiedliśmy, a Brian zaczął:
-Od kilku dni Yoko, znaczy Prudencja, zachowuje się dość dziwnie. Na początku ciągle nas spławiała, a teraz w ogóle się nie odzywa i nie zwraca uwagi. Myślałem, że się przyjaźnimy... Obaj nie wiemy, co się z nią stało. I jeszcze ten Vincent. Ona nie mogła na niego patrzeć. Ciągle ją irytował. A tu co? Chodzą ze sobą.
-Super, tylko co ja mam z tym wspólnego? - spytałem.
-Bo widzisz... Myśleliśmy, że ty też się z nią dobrze dogadywałeś.
-Ja się z nią dobrze dogadywałem? Nie sądzę - prychnąłem.
-Stanley, proszę cię. My obaj wiemy, że myślałeś, że ja chodzę z Prudencją - zaśmiał się Brian.
  Poczułem, że zaczynam się rumienić. Ja, do cholery? Ja się rumienię?
-I co z tego? Owszem tak myślałem. I to chyba prawda, co?
-No raczej to nie jest prawda - powiedział milczący dotąd Miles.
  Spojrzałem na nich pytającym wzrokiem. Do czego zmierzali?
-Wiesz, ja i Brian - kontynuował - no o to chodzi, że my jesteśmy razem - wykrztusił.
-Wy? Znaczy, że wy jesteście gejami, tak?
-A przeszkadza ci to? - spytał zdenerwowanym głosem.
-Nie, skąd. Nie jestem homofobem. No ale wracając do tematu, o co wam w ogóle chodzi?
-No bo może ty wiesz, co się z nią dzieje? Pomyśleliśmy, że... no wiesz... że może coś do niej czujesz? - spytał niepewnie Brian.
  Tego było już za wiele.
-Nie czuje nic do tej pieprzonej laski. Mam ją i Vincenta gdzieś - wybuchnąłem i odszedłem do domu.

***


  - W sobotę jest impreza. Euan organizuje. Jego starych ma nie być w domu. Oczekuję, że dotrzymasz mi towarzystwa - Vincent zwrócił się do Prudencji.
-Taaa, jasne - mruknęła w odpowiedzi i starała się jak najbardziej oddalić od jego ramienia, ocierającego się o jej rękę.
-Masz się przyzwoicie ubrać i zachowywać. 
  Dziewczyna nic nie odpowiedziała. Zastanawiała się tylko, jak długo zdoła znieść to wszystko. 
-Przyjadę po ciebie o ósmej. Masz być gotowa, rozumiesz?
  Dziewczyna kiwnęła głową.
-I zrób coś z tymi okularami.
-Niby co?
-No zdejmij je. Bez nich jest ci ładniej.
-Wiesz co to jest wada wzroku? Duża wada wzroku? - spytała kpiąco. - Jeśli chcesz, żebym przez cały czas chodziła po omacku, to jasne, zdejmę je.
-A ta blizna? Jest okropna.
-Jeśli nie chcesz oglądać moich okularów i blizny, to po prosty zostaw mnie w spokoju.
  Vincent tylko westchnął i pokręcił głową.
-Ty jesteś nie do zniesienia. Ja cię jeszcze nauczę posłuszeństwa - mruknął cicho.


  Nadeszła sobota. Osiemnastolatka od rana chodziła zdenerwowana. Nie miała najmniejszej ochoty iść z Vincentem na imprezę. Zrobiłaby wszystko, żeby nie musieć się tam pokazać. Myślała o udawaniu choroby. Było już jednak zbyt późno, by się wycofać. 
 Ubrała się w czarną plisowaną spódnicę, ciemnoszarą bluzkę z rękawem trzy czwarte i oczywiście czarne pończochy. Do tego tego samego koloru botki nabite ćwiekami. Spięła włosy w kok i była gotowa. Nie chciała się wyjątkowo stroić, by Vincent nie pomyślał, że robi to dla niego. Kilka minut po ósmej zajechał pod jej dom. Nie lubiła niepunktualności, więc z miejsca się zdenerwowała. Wsiadła do samochodu.
-Cześć, skarbie. Może mógłbym ci dać całusa na powitanie? - spytał.
-Możesz mnie co najwyżej pocałować w dupę - odpowiedziała.
-Skoro nalegasz - westchnął i mrugnął porozumiewawczo. 
  'Niepunktualny i obleśny. Kolejne cechy tego idioty' - pomyślała osiemnastolatka.
  Przez całą drogę nie odzywała się ani słowem. Vincent zaś tłumaczył jej, jak ma się zachowywać w towarzystwie jego znajomych. Kiedy zajechali na miejsce, Prudencja aż otworzyła szerzej oczy ze zdziwienia. Stali pod wielkim domem, ba, willą. W większości jej okien świeciło się światło, a z budynku dało się słyszeć dudniący dźwięk muzyki elektronicznej, czyli takiej, której Prudencja szczerze nie znosiła. Na podwórzu stało już wiele grupek osób. Niektórzy sprawiali wrażenie, jakby się naprawdę dobrze bawili. A mianowicie obściskiwali się i.. o nie! Prudencja nie chciała ta to patrzeć. 
  Weszła za Vincentem do willi. Było mnóstwo ludzi. Większość znała ze szkoły. Inni byli całkiem obcy. Kiedy przechodziła przez tłum, poczuła czyjąś rękę, wędrującą po jej biodrze, zadzierając do góry spódnicę. Dziewczyna natychmiast się obróciła i dostrzegła pijany uśmiech jakiegoś faceta, koło dwudziestu pięciu lat. Bez namysłu podniosła rękę i wymierzyła siarczysty policzek. Ten uśmiechnął się lubieżnie i mruknął coś pod nosem. Dziewczyna poszła dalej. Vincent odwrócił się w jej stronę i, próbując przekrzyczeć muzykę, powiedział:
-Trzymaj się mnie. Pójdziemy gdzieś, gdzie będzie trochę luźniej - i złapał ją za nadgarstek, ciągnąc za sobą. 
  Po chwili znaleźli się w dużym salonie, gdzie rzeczywiście było mniej osób. Prudencja zauważyła tam Euana i miała wielką ochotę uciec do domu. Bezwiednie podniosła dłoń do swojej twarzy i dotknęła blizny na policzku. 
-Cześć stary! - krzyknął w stronę Vincenta gospodarz. 
  Vincent i Euan uścisnęli sobie dłonie. Poszli przywitać się z resztą, a towarzysz dziewczyny mruknął tylko do niej:
-No chodź!
  Posłuchała i poszła za nim. Przez okropną chwilę musiała udawać zakochaną i pustą lalę. Wszyscy, którzy kojarzyli ją ze szkoły, byli nieco zdziwieni jej zachowaniem. Nigdy taka nie była. Nawet oni to dostrzegli. Usiedli na wielkiej kanapie. Vincent od razu położył rękę na jej kolanie i przesuwał w górę i w dół. Dziewczyna była mocno speszona i miała ogromną ochotę strącić jego dłoń i kopnąć między nogi. Siedziała tak naprawdę długo, aż w końcu ujrzała jakąś parę, która z pewnością nie krępowała się obecnością innych. Dziewczyna tak oplotła chłopaka, że nie było go pod nią widać. Jego dłoń spoczywała na jej tyłku pod króciutką spódnicą. W końcu oderwała od niego usta, by zmierzać ku jego rozporkowi. 'No nie!' - pomyślała Prudencja - 'Chyba nie zrobi mu loda w obecności setki ludzi?'. Chłopak chyba pomyślał o tym samym, bo próbował oderwać jej ręce od guzika przy spodniach i szepnął jej coś na ucho. Dopiero wtedy Yoko zorientowała się, na kogo patrzy. To Stanley. Czy ona zawsze musiał być tam, gdzie ona? Tym razem wyjątkowo bardzo się zdenerwowała. Krew szumiała jej w uszach. Powiedziała tylko do Vincenta:
-Zaraz wracam - i oddaliła się w stronę małego barku w kuchni. Bar był urządzony z długiej lady, za którą stał wysoki, przystojny chłopak.
  Poprosiła o kieliszek wódki i opróżniła go jednym haustem.
-Jeszcze jeden - mruknęła i z równą zręcznością wypiła do dna. 
-Coś się stało? - spytał w końcu zdziwiony.
-Nic się nie stało. Jeszcze raz to samo.
  Wypiła i oparła się o blat.
-Może mogę jednak w czymś pomóc? - powiedział zainteresowany zachowaniem dziewczyny.
  Prudencja usiadła na jednym ze stołków barowych i odpowiedziała:
-Nic mi nie jest.Chcę się tylko upić.
-Z tym raczej nie będzie problemu - uśmiechnął się i wskazał na pusty kieliszek. - Coś jeszcze do picia?
-A co proponujesz? - spytała. 
-Może coś słabszego? Wystarczy już tej wódki. Zrobię ci drinka, może być?
-Jasne, czekam - powiedziała i uśmiechnęła się. 
  Po kilu chwilach postawił przed nią krwistoczerwony napój. Spróbowała.
-Pyszny, dzięki.
-Bardzo mi miło - opowiedział, a Prudencja mimowolnie się zarumieniła i zapaliła papierosa. 
  Za plecami Yoko rozległ się dziewczęcy głos:
-Dwa piwa, proszę. 
  Chłopak za barem podał jej butelki, a Prudencja zobaczyła, że głos należał do dziewczyny obściskującej się ze Stanleyem. Odwróciła się i zobaczyła ich przed sobą. Chłopak tylko spojrzał na nią gniewnie i nie odezwał się. Dziewczyna zaciągnęła go na stołek obok Prudencji. Towarzyszka Stanleya była już nieźle wstawiona, więc zachowywała się co najmniej frywolnie. Prudencja nie mogąc być gorszą, zaczęła flirtować z barmanem.
-Jak masz na imię? - spytała.
-Jim, a ty?
-Powiem ci, jeśli mi obiecasz, że nie będziesz się śmiał.
-W takim razie obiecuję.
-Na pewno?
-Na pewno.
-Okay. Mam na imię Prudencja.
-Żartujesz? - spytał i zaśmiał się.
-Hej, miałeś się nie śmiać - powiedziała i zrobiła obrażoną minę. 
-Przepraszam. No wiesz, nie codziennie poznaje się kogoś, kto ma na imię Rozwaga. 
-Nie codziennie rodzice dają ci imiona Rozwaga i Dziecko Oceanu.
-Dziecko Oceanu?
-Yoko. Mam na drugie Yoko.
-Twoi rodzice muszą być ciekawymi ludźmi.
-Moja mama nie żyje, a ojciec ma mnie gdzieś - powiedziała zdziwiona swoją otwartością.
-Przykro mi - odpowiedział Jim, nagle przygaszony.
-Zapomnij. Lepiej porozmawiajmy o czymś ciekawszym. Czym się zajmujesz?
-Studiuję i dorabiam jako barman jak widać. 
  Prudencja zachichotała. Zachichotała? Prudencja nigdy nie chichotała w ten sposób. Rozmawiała z Jimem, piła kolejne drinki i paliła papierosy. Stanley siedzący obok niej bezceremonialnie zaczął całować swoją dziewczynę, wydając przy tym mlaszcząco-ssące odgłosy. Yoko chcąc ich zagłuszyć, mówiła coraz głośniej. Chwilę po tym usłyszała za sobą głos Vincenta.
-Tu jesteś, do cholery. Miałaś iść na chwilę, a nie widziałem cię od dwóch godzin.
-Mam to gdzieś - odpowiedziała i popatrzyła na zdziwionego Jima. Kokieteryjnie do niego mrugnęła, a jego brwi podjechały o kilka centymetrów w górę. 
-Prudencjo, już nie pamiętasz, jak masz się zachowywać? - warknął do niej, a Stanley oderwał się od całującej go dziewczyny.
-W tej chwili mam serio w dupie to, jak mam się zachowywać, jestem pijana i zmęczona, wracam do domu.
-To życzę szerokiej drogi, bo nie mam zamiaru cię odwozić. 
-Szkoda. Mogłabym ci zarzygać samochód. Ale skoro nie chcesz mnie odwodzić... To na razie - powiedziała i nachyliła się, by cmoknąć Jima w policzek.
-Eee na razie - odpowiedział.
  Prudencja przepchnęła się przez ludzi zmierzających do baru. Wyszła z willi Euana i w końcu poczuła powiew świeżego powietrza. Zakręciło jej się w głowie i o mało nie upadła.

Stanley


  Prudencja nie mogła sama wrócić do domu. Nie ważne, jaką odrazę we mnie wzbudzała, musiałem jej pomóc. teraz już wiedziałem co z niej za dziewczyna. Chodziła z Vincentem, flirtowała z barmanem. Ale to nie zmieniało faktu, że była kompletnie pijana i miała kawałek drogi do przejścia. Wypiłem tylko jedno piwo, więc postanowiłem ją odwieźć. Musiałem się tylko pozbyć Kate. Nie wiem co mnie podkusiło, żeby z nią tu przyjść. 
-Kate, sorry, ale muszę lecieć.
-No co ty, przecież jeszcze się nie zaczęliśmy bawić.
-Nie mam ochoty - powiedziałem niezbyt przekonującym tonem. 
-Ty nie masz ochoty? Nie wierzę.
-Naprawdę się spieszę. Miło było, cześć - i szybko odszedłem.
  Miałem nadzieję, że Prudencja nie zdążyła zajść daleko. Miałem szczęście. Stała kilka kroków od wejścia i próbowała iść dalej. Strasznie się chwiała, a jej botki na obcasie z pewnością nie ułatwiały jej marszu. 
-Hej, poczekaj! - krzyknąłem.
  Podbiegłem do niej i złapałem ją w ostatniej chwili, bo zatoczyła się i upadłaby jak kłoda. Złapałem ją pod ramiona i próbowałem zaprowadzić do mojego samochodu. 
-Łapy przy sobie, pieprzony zboczeńcu - wybełkotała.
-Uspokój się, to ja. Chcę cię tylko zawieźć do domu, bo twój kochany chłopak ma chyba inne zajęcia.
-Mam go gdzieś. I ciebie też. Wszystkich mam daleko gdzieś - darła się.
-Przymknij się, do cholery. 
-Jak śmiesz się tak do mnie odzywać? - powiedziała piskliwym głosem. - I puść mnie, sama sobie poradzę.
  Wyrwała mi się i wzięła się pod boki, patrząc na mnie zaczepnie. Nagle złapała się za brzuch, zgięła wpół i zwymiotowała prosto pod moje nogi.
-Cholera - mruknąłem. Wiedziałem, że to się tak skończy. 
  Wygrzebałem z kieszeni kurtki chusteczkę. Kiedy się wyprostowała, wytarłem jej usta. 
-Zostaw, dam sobie radę - mówiła.
-Nie dasz sobie rady. Jesteś pijana. Nawet nie chcę wiedzieć ile wypiłaś.
-Ja chyba też - mruknęła.
  Posłusznie poszła za mną do samochodu. Usiadła na miejscu pasażera.
-Zapnij pasy - powiedziałem.
  Nie odpowiedziała, ani się nie poruszyła. Zauważyłem, że już smacznie śpi, pochrapując lekko. Sięgnąłem po pas i zapiąłem go. Cuchnęła wódką, wymiocinami i dymem. Po kilkunastu minutach byliśmy pod jej domem. Musiałem wziąć ją na ręce, bo wciąż spała. Chyba będzie miała kłopoty, bo jej ojciec nie wyglądał na zadowolonego, widząc swoją córkę pogrążoną w pijackim śnie. Zaniosłem ją do jej pokoju i chciałem szybko wyjść.
  Pan Hartfield zwrócił się do mnie:
-Dziękuję, że ją przywiozłeś. Skaranie Boskie z tą dziewczyną. Już nie mam do niej siły - westchnął, a ja z ciekawością słuchałem. Kontynuował - Ciągle zamyka się w pokoju ze słuchawkami na uszach, prawie nic nie je, a do tego pali. Nie mogę jej zakazać palenia, bo i tak mnie nie posłucha. Nie wiem, co mam z nią zrobić.
  Mruknąłem tylko kilka słów o tym, że już chyba taka jest i wyszedłem z jej domu. Ta dziewczyna napędzi sobie trochę kłopotów. Tego byłem pewien. 

sobota, 14 lutego 2015

Rozdział 21.

  Święta się skończyły. Nadchodził Sylwester. Prudencja miała go spędzić z chłopakami na koncercie. Vincent już wcześniej do niej dzwonił z pytaniem o plany na ten dzień. W pierwszej chwili zdziwiła się, skąd ma jej numer telefonu. W następnym momencie próbowała znaleźć odpowiednią wymówkę na jego zaproszenie. Delikatne zbywanie nie leżało w jej naturze, więc burknęła:
-Po prostu daj mi spokój, okay? Nie mam czasu w Sylwestra, bo gram koncert.
-Masz się tak do mnie nie odzywać, bo pomyślę, że nie wywiązujesz się z naszej umowy. A ja wciąż mogę wszystko wyśpiewać policji.
  Dziewczyna rozłączyła się.
-Pieprzony konfident - mruknęła do siebie i schowała głowę w pluszowej poduszce.
  Była zmęczona i od czasu poprzedniej rozmowy z Vincentem chodziła poddenerwowana. Bała się tego, z czym przyjdzie jej się zmierzyć w szkole. Jak ma sobie poradzić? Nie potrafi robić dobrej miny do złej gry. Do tej przeklętej gry! Vincent przesadził i sam dobrze o tym wie. I pożałuje tego, do czego zmusił Prudencję. Jednak do czasu zemsty, dziewczyna ma być mu posłuszna. Ma udawać, że jest jego własnością. On będzie się świetnie w tym czasie bawić, a Prudencja jak zawsze musi cierpieć. Cichy głos w jej podświadomości mruczał do niej: 'Powiedz Stanleyowi'. Ona jednak uciszała go, obiecując sobie, że nie pozwoli, by Stanley dowiedział się o wszystkim. Nie do końca wiedziała, dlaczego chce to przed niem ukryć. Tak postanowiła i już.
  Pozostawała jeszcze kwestia Briana i Milesa. Im też nie mogła powiedzieć. Oboje nie mieli o niczym pojęcia, więc i tak by nie zrozumieli. I nie chciała nikogo mieszać do spraw pomiędzy nią, a Vincentem. Musi się oddalić od swoich przyjaciół. Na początku może będą zaskoczeni, ale wkrótce się to zmieni. Pozwolą jej odejść do swojego małego świata, w którym nie ma miejsca dla nikogo.

  Nadszedł Sylwester. Dzień był mokry i wietrzny. Prudencja przez cały dzień ignorowała wiadomości od Briana, który chciał wiedzieć, czy mogą spędzić wieczór we trójkę. Dziewczyna odpisała mu tylko
'Nie mogę. Koncert.' Nic więcej. Po jej wiadomości już nic nie wysyłał.
  Wieczorem Prudencja zabrała się do ubierania. Jej ojciec i Margaret mieli iść na jakiś bal, razem z Carlstonami, a Edith wybierała się na imprezę, choć w domu wspominała tylko o skromnej domówce swojej koleżanki.
  Około osiemnastej Prudencja założyła grafitową sukienkę, na którą składał się sznurowany gorset i tiulowe wykończenie w postaci kilku warstw materiału. Gorset był odpowiednio mocno zaciśnięty, a piersi dziewczyny były aż nadto wyeksponowane. Jej blada skóra kontrastowała z odcieniem ubrania. Do sukienki włożyła cieliste pończochy i czarne sztyblety na obcasie. Wcześniej pomalowała znów włosy, bo ich krwistoczerwony odcień zaczął blaknąć. Wymieniła okrągłe okulary, na inne z kocimi oprawkami. Zrobiła sobie lekki makijaż i była gotowa.

  Zabawa trwała w najlepsze. Jedyną osobą, która była w podłym humorze była Prudencja. Lecz nie! Był ktoś jeszcze - Stanley. Sam nie wiedział, dlaczego tam przyszedł. Razem z kolegami nie mieli gdzie się podziać w Sylwestra, więc od razu zaproponował to miejsce. Wiedział, kogo zobaczy na scenie. Zastanawiał się, czy ten sukinsyn Vincent też się tam pokaże. Kiedy siedział z kumplami przy barze, nie zauważył go. Ale Prudencję owszem. Wyglądała nieziemsko.
  Dziewczyna grała i śpiewała jak zwykle. Tylko czegoś brakowało. Zawsze na imprezach była wesoła i śmiała się na scenie z przyjaciółmi. Tego wieczoru było inaczej. Prudencja była skupiona na grze, rzadko spoglądała w stronę publiczności, odzywała się do chłopaków tylko dla ustalenia, jaką piosenkę będą grać. Około 22 mieli mieć dziesięć minut przerwy. Dziewczyna zdjęła gitarę i przeszła za kulisy. Było tam duszno i strasznie gorąco. Cała czwórka wyszła więc na zewnątrz tylnymi drzwiami. Wzięli ze sobą szampana, by wspólnie, nieco przedwcześnie, ale jednak, uczcić nadejście Nowego Roku.
  Mat, Dick i Rob zaczęli się śmiać i krzyczeć na całą ulicę:
-Szczęśliwego Nowego Roku!
  Prudencja uśmiechnęła się tylko lekko. Nie sądziła, by ten rok miał być lepszy od poprzedniego. Chociaż gorzej raczej już nie może być. Otworzyli szampana z głośnym hukiem. Dziewczyna wzięła od Roba butelkę i zanim wypiła, powiedziała:
-Kocham was, chłopcy - i rzuciła się im w ramiona.
  Przyjaciele byli zdziwieni, ale z ochotą przytulili Prudencję. Ściskali się chwilę, aż dziewczyna wyplątała się z ich uścisków. Przytknęła butelkę do ust i wychyliła duży łyk. Mat wyjął paczkę papierosów, a Prudencja zwróciła się do niego:
-Nie poczęstujesz mnie?
-Ty nie palisz - powiedział, patrząc na nią podejrzliwie.
-Może nie palę, ale mam ogromną ochotę zacząć.
  Chłopak wzruszył ramionami i podał jej papierosa. Zapaliła i zaciągnęła się. Nie miała w ustach tytoniu od długiego czasu, więc spodziewała się, że zacznie kaszlać. Stało się jednak odwrotnie. Dym powędrował z jej ust, aż do płuc, a Prudencja poczuła tylko przyjemność. Nie zachęcała nikogo do palenia, ale dla niej było to najlepsze odprężenie, poza gotowaniem oczywiście.
  Zespół skończył butelkę szampana, Mat i Yoko spalili papierosy i wszyscy udali się z powrotem na scenę.
  Dziewczyna zaczęła śpiewać Lithium Nirvany. Zaczęła refren i słowa 'I miss you. I'm not gonna crack. I love you. I'm not gonna crack' popłynęły z jej ust, podczas gdy omiatała wzrokiem widownię. I właśnie przy przedostatniej linijce -'I killed you', odnalazła wzrokiem Stanleya. Przez kilka sekund patrzyli sobie w oczy, aż opuściła delikatnie głowę, kończąc piosenkę.

Stanley


  Śpiewała właśnie piosenkę Nirvany, kiedy mnie zauważyła. Może widziała mnie już wcześniej, ale akurat teraz spojrzała mi w oczy. Coś się z nią działo. Widziałem to. Coś, za co odpowiedzialny musiał być Vincent. Pożałuje tego. Ten facet coś knuł i zamierzałem się dowiedzieć, co takiego. Z otępienia wyrwał mnie głos Johna:
-Uwielbiam tą dziewczynę - mówił, patrząc na Prudencję. - Ty jesteś z nią w jednej klasie, nie? - zwrócił się do mnie.
  Kiwnąłem głową, a on kontynuował.
-No więc wiedziałeś, że ona tu będzie?
-Nie, nie wiedziałem - odparłem chłodno.
-Wiedziałeś! Specjalnie zaproponowałeś to miejsce. Ty się w niej bujasz, stary.
-Przestań pieprzyć. Nie wiedziałem, że ona tu będzie. A poza tym, ta dziewczyna mało mnie obchodzi.
-Jakoś niezbyt przekonująco o tym mówisz, Stan.
  John szczerzył zęby, a ja miałem ochotę go uderzyć, chociaż był moim dobrym kumplem.
-Daj spokój - burknąłem i łyknąłem trochę piwa, żeby pokazać, że mam gdzieś jego słowa. On nie dawał za wgraną. Reszta chłopaków nie zwracała na nas uwagi. Byli zbyt zajęci gapieniem się na Prudencję. 
-Widzę, jak na nią patrzysz. A nawet się gapisz. I wcale ci się nie dziwię. Gorąca z niej laska. Boskie nogi, a te usta!
-Przestań, okay? - zdenerwowałem się. I wtedy zauważyłem jego triumfujący uśmieszek. - I z czego się cieszysz?
-Jesteś zazdrosny. Wystarczyło, że to powiedziałem, a ty już się wściekasz. Lecisz na nią?
  Westchnąłem głęboko.
-Słuchaj uważnie. Lubię Prudencję. Podoba mi się. Dziwne, gdyby tak nie było. Jest piękna i inteligentna. Często wredna i irytująca. Ale ją lubię. Lubię, a nie na nią lecę, rozumiesz? A tak na marginesie: ona ma kogoś.
-Ma kogoś? - powtórzył ze zdziwieniem. - Wiesz, kto to jest?
-Kojarzysz mojego kuzyna, Vincenta?
-No tak, ten dupek.
-No to właśnie z nim chodzi Prudencja.
-Żartujesz, no nie? Ta dziewczyna z tym kretynem? Z całym szacunkiem dla twojej rodziny, ale tego gościa nie znoszę.
-I tu się zgadzamy. Nie mam pojęcia, dlaczego ona z nim jest. Też go nie znosiła. I miała powód. Aż kilka dni temu mój ojciec widział ją z Vincentem.
-Może mu się przywidziało? 
-Też tak myślałem, ale to nie możliwe. Chociaż trochę trudno mi to zrozumieć.
-Człowieku! Ty chcesz zrozumieć kobietę? - zaśmiał się i klepnął mnie w ramię. - To wyjątkowo trudne. 
  Popatrzyłem na Prudencję. Śpiewała coś Deep Purple. Była świetna. I piosenka, i Prudencja. 
  Nadeszła północ. Wszyscy odliczali, aż mogli chórem krzyknąć noworoczne życzenia. Nie obeszło mnie jakoś to święto. Było tak, jak zwykle. I nie zanosiło się na to, by miało być lepiej. 

poniedziałek, 9 lutego 2015

Rozdział 20.

  Deszczowy listopad szybko przeistoczył się w wietrzny grudzień. Dni mijały zadziwiająco szybko. Nim ktoś się obejrzał, nastały święta. Dla Prudencji były to pierwsze święta bez matki. Coroczne radosne przygotowania zmieniły się w pełne przygnębienia i nostalgii. A nic tak nie działo na smutki, jak gotowanie. Jako że Margaret była u kosmetyczki razem ze swoją córką, wszystkie obowiązki spadły na Prudencję.
  Dziewczyna cały dzień przed Bożym Narodzeniem spędziła w kuchni. Piekła ciasta, przygotowywała potrawy. Około piętnastej zorientowała się, że zabrakło jej rumu.
-Tato! - krzyknęła do ojca, siedzącego w salonie.
-Co się stało?
-Rum się skończył. Trzeba iść do sklepu.
-No to idź - odpowiedział i wrócił do swoich spraw.
-Nie zauważyłeś, że przez cały dzień siedzę w tej pieprzonej kuchni i nie mam czasu? - spytała rozeźlonym głosem.
-Ja też nie mam czasu. Mam sporo pracy.
-Są święta. Nawet teraz pracujesz?
-Wiem, że są święta, ale nic na to nie poradzę. Sama musisz iść do tego sklepu. A poza tym, czekam na Davida. Ma wpaść na moment.
-No dobrze, pójdę sama, ale za dwadzieścia minut masz wyłączyć piekarnik. Rozumiesz?
-Rozumiem, rozumiem. Idź już, bo zaraz zamkną sklep.
  Dziewczyna zdjęła kuchenny fartuch i włożyła kurtkę, buty i zabrała swoją torebkę. Wyszła z domu do najbliższego sklepu. Po drodze zadzwoniła do Briana. Odebrał już po pierwszym sygnale.
-Ho, ho, ho! Jak przygotowania do świąt? - spytał naśladując głosem podstarzałego świętego Mikołaja.
-Super, właśnie idę do sklepu, bo ojciec nie mógł się pofatygować.
-To chyba dobrze, nie? Siedzenie przez cały dzień w kuchni może się nudzić.
  Prudencja i Brian rozmawiali dłuższą chwilę. Dziewczyna musiała się rozłączyć, kiedy doszła do sklepu. Weszła do ciepłego pomieszczenia. Okulary jej zaparowały, więc zdjęła je, by przetrzeć szkła szalikiem. Szła po omacku alejkami, wycierając okulary i przez przypadek na coś wpadła. To coś miało prawie dwa metry wysokości, było twarde i niewątpliwie żywe.
-Przepraszam - mruknęła i założyła okulary. - O, cholera - dodała szeptem, kiedy zauważyła, co było jej przeszkodą.
-Naucz się chodzić, do chole...Ach, to ty! - wykrzyknął Vincent na widok Prudencji.
-Eee no ja - odpowiedziała i próbowała go wyminąć. Chłopak jednak z tylko sobie znajomych przyczyn nie chciał jej przepuścić.
-Gdzie się tak spieszysz?
-Nie zgadniesz: do domu!
-Jak zwykle dowcipna - zadrwił.
-Daj mi spokój, okay? Jednak wolałam twoją powypadkową wersję. Wtedy trzymałeś się ode mnie z daleka.
-Muszę cię zaskoczyć. Wczoraj wróciła mi pamięć! - wykrzyknął zbyt entuzjastycznym tonem.
  Na twarzy Prudencji przez chwilę zagościło przerażenie. 'On pamięta' - pomyślała.
-Fascynujące. Może pozwolisz... - znów próbowała go obejść.
-Nie tak szybko. Może pogadamy?
-Zapewniam cię, że nie mamy wspólnych tematów do obgadania.
-Tak sądzisz? Bo mnie się wydaje, że przeciwnie. Mamy o czym rozmawiać.
-Przestań. Ludzie zaczynają się na nas gapić. A ja w każdej chwili mogę zacząć krzyczeć, że mnie napastujesz.
-Skoro tak, to może naprawdę zacznę cię napastować, żebyś mnie nie oskarżała bezpodstawnie?
-Jesteś idiotą - powiedziała i szybko przemknęła obok niego.
  Dziewczyna podeszła szybko do stoiska z alkoholami i wybrała dużą butelkę rumu. Czuła, że krok w krok za nią idzie Vincent. Prudencja zapłaciła i wyszła ze sklepu. Chłopak oczywiście został jej cieniem.
-Zaczekaj! - krzyknął. - Mam dla ciebie propozycję. Oczywiście nie do odrzucenia.
  Yoko zatrzymała się i odwróciła w jego stronę.
-Czego chcesz? Odzyskałeś pamięć. Super. Ale co ja mam do tego?
-Nie udawaj głupiej. Dobrze wiem, co się stało tamtego wieczoru. Wcale się nie potknąłem, czy co tam ze Stanley'em wymyśliliście. Popchnęłaś mnie i to przez ciebie straciłem pamięć i rozbiłem sobie głowę.
-Cudownie. A teraz idź na policję i tam złóż swoje zeznania, bo na naprawdę nie mam ochoty cię słuchać.
-Dobrze wiem, że nie chcesz, żebym poszedł na policję. Ja też nie chcę. Chyba, że mnie do tego zmusisz. Z pobiciem na koncie raczej cię nie przyjmą na Oxford, czy gdzie się tam wybierasz.
  Prudencja z trudem ukrywała strach i drżenie całego ciała. W tym miał rację. Nie dostanie się na dobre studia, jeśli Vincent pójdzie na policję.
-Czego ode mnie oczekujesz? - spytała.
-Grzeczna dziewczynka - uśmiechnął się drwiąco. - Nie chcę od ciebie niczego, czemu nie mogłabyś sprostać.
-Może jaśniej?
-Moim warunkiem jest posłuszeństwo.
-Posłuszeństwo? - powtórzyła.
-Tak, dobrze usłyszałaś. Posłuszeństwo. Wobec mnie oczywiście.
-Chyba żartujesz! Mam swój honor! - krzyknęła.
-Honor zachowaj dla siebie. Albo będziesz robić to, co zechcę, albo na policję trafią moje zeznania. No to jak?
-Zależy co dokładnie miałabym robić w ramach tego posłuszeństwa.
-Nic wielkiego, naprawdę. Same przyjemności.
-Zdefiniuj: przyjemności.
  Vincent zaczął się do niej zbliżać. Każdy jego krok naprzód, był jej krokiem w tył. Dziewczyna wyczuła w końcu za plecami jakiś budynek. Chłopak oparł rękę na ścianie obok jej głowy.
-Masz się nie oddalać, kiedy się zbliżam, uśmiechać, kiedy jestem obok ciebie i całować, kiedy najdzie mnie na to ochota. I może jeszcze coś. Ale to raczej u mnie w pokoju - mrugnął porozumiewawczo.
-Jesteś chory. Musiałeś się naprawdę mocno uderzyć w głowę jeśli sądzisz, że się na to zgodzę. 
-Więc wolisz, żebym powiedział o wszystkim komu trzeba?
-Ja...nie...Dlaczego mi to robisz? Dlaczego nie zostawisz mnie w spokoju? Mam dość problemów bez ciebie! - krzyknęła.
-Problemów? - spytał. - Jakie ty możesz mieć problemy, skarbie?
  Wyciągnął drugą rękę w jej stronę i przejechał palcem po jeszcze świeżej bliźnie na policzku.
-Zawsze chciałem cię spytać, skąd to wzięło się na twojej buźce?
-Gówno cię to obchodzi. I puść mnie. Muszę już iść - wyrwała mu się i poszła w stronę domu.
-Jak chcesz! W takim razie wszyscy dowiedzą się o tym, co mi zrobiłaś i o dziwnych mocach Stanleya.
  Dziewczyna zatrzymała się w pół kroku.
-Co ty powiedziałeś? Skąd wiesz, że... - zaczęła.
-Pamiętasz ten dzień, kiedy samochód potrącił psa obok twojego domu?
-Skąd ty o tym wiesz?
-Za mało spostrzegawcza jesteś. Albo masz zbyt cienkie szkła w okularach. Ja też tam byłem, przed wami. Ale ani ty, ani Stanley mnie nie zauważyliście. Ale ja widziałem wszystko. Łącznie z uzdrowieniem tego psa. I nie wydaje mi się, żebym po tamtym incydencie z tobą wyszedł z rozbitą głową i zanikiem pamięci.
-Nie powiesz o tym nikomu, rozumiesz? Nie zrobisz tego Stanleyowi.
-Kto wie? Mam strasznie długi język i mogę przez przypadek o tym komuś wspomnieć.
-Nie zrobisz tego! - krzyknęła.
-Chcesz się przekonać? - uśmiechnął się.
-A Stanley? On wie, że... ty wiesz?
-Nie wie. Ale jeśli chcesz, to ja..
-Nie! - przerwała mu. - Nic mu nie powiesz.
-Oczywiście, ale pod warunkiem, że ty się zgodzisz na moją propozycję.
-No dobrze - mruknęła bardzo cicho.
-Słucham? Chyba nie dosłyszałem.
-Okay! Zgadzam się - powiedziała nieco głośniej.
  Vincent odsunął się nieco. Prudencja chciała skorzystać z okazji i wymknąć mu się, ale wtedy chłopak nachylił się nad nią i pocałował ją. Nie zawracał sobie głowy byciem delikatnym, tylko chciwie przycisną swoje usta do jej czerwonych warg. Dziewczyna nie wiedziała, jak ma zareagować. Na początku się broniła, ale w końcu musiała się poddać. Po chwili Vincent, jak gdyby nigdy nic, odszedł w przeciwną stronę. 

Stanley

 

-Stan? - odezwał się ojciec.
-Tak, tato?
-Widziałem dziś Prudencję Hartfield, kiedy jechałem do jej ojca. Nie wiedziałem, że jest dziewczyną Vincenta.
  O mało nie zachłysnąłem się wodą.
-Vincenta? Skąd ci to przyszło do głowy.
-Byli razem i się całowali. Wyglądali, jak gdyby szukali jakiegoś ustronnego miejsca. Chyba wiesz, co mam na myśli?
-Ale jesteś pewien? Prudencja i Vincent? Chyba ci się zdawało.
-Nie sądzę, synu. Wzrok mam jeszcze dobry. Mój bratanek chyba lubi jakieś łatwe panienki, jak to się teraz mówi. A ta dziewczyna raczej jest jedną z nich.
  To było niemożliwe. Oni się nie znoszą. Jak mieliby ze sobą być? Mimo absurdy tej sytuacji, poczułem się dziwnie. Naszła mnie ochota na zastosowanie najbardziej brutalnych tortur wobec tego palanta. Zakręciło mi się w głowie. Coś jest nie tak. I musi się dowiedzieć, o co chodzi.

piątek, 6 lutego 2015

Rozdział 19.

  Prudencja drżała. Nie tyle ze strachu, co z szoku. Stała jak skamieniała, patrząc na leżącego Vincenta. Wokół jego głowy zaczęła się tworzyć coraz większa kałuża krwi.
-O kurwa - usłyszała obok siebie głos Stanleya.
-Całkowicie się zgadzam - odpowiedziała.
-Nie martw się, zaraz cos wykombinuję.
-Coś wykombinujesz? - krzyknęła roztrzęsionym głosem. - Niby jak zamierzasz coś zrobić? On nie żyje, do cholery! Zabiłam go. Jezu, ja go zabiłam!
-Nie wrzeszcz tak - zdenerwował się chłopak. - Zamknij się na moment i weź się w garść. On jeszcze żyje. Uspokój się i rozglądaj, czy nikt nie idzie - powiedział rzeczowym tonem.
-Jeśli jeszcze żyje, to musimy dzwonić na pogotowie! Też go nie lubię, ale on zaraz się wykrwawi.
  Stanley odwrócił się do Prudencji i złapał ją za ramiona, potrząsając lekko.
-Uspokój się, okay? Vincent umiera, a ty swoim zachowaniem mi nie pomagasz. Odetchnij głęboko, dobrze?
  Dziewczyna skinęla ledwie zauważalnie głową. Stan przykucnął obok rannego Vincenta. Robił to, co zawsze. Skupił się na życiowej energii. Musiał jej oddać wyjątkowo dużo, by Vincent nie umarł. Zamknął oczy. Siedział tak kilka minut, aż wreszcie poczuł delikatny ruch pod swoimi dłońmi. Tak! Na to czekał.
  Prudencja z nieskrywaną ciekawością patrzyła na dwóch chłopaków. A więc jednak miała rację. Stanley potrafił uzdrawiać. Po pewnym czasie zauważyła, ze zabiera ręce z ciała Vincenta, którego powieki drgnęły, by w końcu się otworzyć.

Vincent


  
-Hej, co jest? Dlaczego ja leżę na ziemi? I dlaczego boli mnie głowa? No i kim wy, do cholery, jesteście? - spytałem, wiedząc dwójkę osób, pochyloną nade mną.
-Jak się czujesz? Wszystko okay? - spytała dziewczyna, która bacznie mi się przyglądała.
-Tak! Okay! Ale co tu się działo? Co wy mi zrobiliście?
  To przestawało być śmieszne. Próbowałem wstać. Zauważyłem, że wokół mnie jest mnóstwo krwi. I to najprawdopodobniej mojej krwi! Wstałem i popatrzyłem na tą dwójkę. Chłopak wyglądał znajomo. Ale co on tu robił?
-To ty, Stanley? Skąd..ja... Wyjaśni mi ktoś, co tu się, kurwa, dzieje?
-Oczywiscie, że to ja! A niby kogo się spodziewałeś? Przewróciłeś się i rozbiłeś sobie głowę. Lepiej już chodźmy, bo rodzice czekają. 
-Jacy rodzice? I kim jest ta dziewczyna?
-Nie poznajesz mnie? - spytała głębokim głosem.
  Była wysoka i zgrabna. Miała ponętne biodra i dekolt, odsłaniający kawałek piersi. Kiedy mówiła, dostrzegłem aparat na dolnej szczęce i wydawało mi się, że zauważyłem kolczyk na jej języku. Miała okrągłe okulary i zdezorientowany wzrok.
-A skąd miałbym cię znać?
-No wiesz, od kilku tygodni chodzimy do jednej klasy - powiedziała, patrząc na mnie podejrzliwie.
  Zacząłem się śmiać.
-Żartujesz, prawda? Przecież to niemożliwe.
-Jezu, ty nic nie pamiętasz? - spytał nagle Stan.
-Ale co ja mam niby pamiętać? I w ogóle, dlaczego ty ze mną rozmawiasz? Przecież się nie znosiliśmy.
-I nadal tak jest.
-Dobra, koniec tych gierek. Przestańcie sobie robić ze mnie jaja. To jakaś zemsta, tak? Za Emmę? 
-Za Emmę? Nie, nie mszczę się na tobie za nią.
-Wynająłeś sobie tą dziwkę, żeby mi coś zrobiła tak?
-Wynajął sobie...kogo? - spytała dziewczyna. - Ty pieprzony dupku! - krzyknęła i zdzieliła mnie pięścią w twarz. Jedno musiałem jej przyznać: potrafiła uderzyć tak, żeby zabolało.
-Hej! Ogarnij się, dziewczyno! I powiedzcie mi w końcu, o co wam chodzi?
-Stan - dziewczyna zwróciła się do mojego kuzyna - ja idę po rodziców. Chyba trzeba z nim jechać do szpitala. 
  I pobiegła wzdłóż budynku, przy którym staliśmy. Kiedy jej nie było, na próżno starałem się wyciągnąć ze Stanleya, o co mu chodzi.
-O nic mi nie chodzi, idioto! Ty chyba sytaciłeś pamięć. Przez to uderzenie. No ja pierdole - rzucił cicho ostatnie zdanie.
  Zauważyłem, że Stanley był strasznie blady i lekko się chwiał. Oparł się o ścianę schował twarz w dłoniach. Przetarł oczy i wtedy nadeszła tamta dziewczyna, ale już nie sama. Z nią przyszła grupka ludzi, z moimi rodzicami na czele.
-Vincent! - wykrzyknęła moja matka. - Boże, co ci się stało?
-Ich się pytaj!
  Nie miałem pojęcia, co się dzieje.

***


  Stanley wyprostował się i zaczął wyjaśniać.
-Przyszliśmy tu, żeby się trochę przewietrzyć. Vincent zaczął się wygłupiać i potknął się. Ani ja, ani Prudencja nie zdążyliśmy zareagować. Upadł, uderzając głową w ścianę i przestał kontaktować.
-I tak szybko odzyskał przytomność?- zdziwił się Mark Hartfield.
-To dość dziwne, że po takim uderzeniu po prostu wstał i stracił pamięć - drążył ojciec Stanleya.
-Nie wiemy, dlaczego tak się stało, nie my jesteśmy specjalistami w dziedzinie medycyny, więc może ktoś w końcu zabierze go do szpitala i da nam spokój? - zdenerwowała się Prudencja.
  Dziewczyna w pewnym sensie nie skłamała. Nie miała pojęcia, jak Stan to zrobił. Pod wpływem jego dotyku Vincent się obudził. I gdyby nie jego pomoc, byłoby już po nim. Yoko nie była może imponującej postury, ale uderzenie miała mocne. Więc wszelkie obrażenia Vincenta, byłyby tylko i wyłącznie jej winą.
-Dobrze, my jedziemy do szpitala - powiedział Derek Carlstone. 
  On, jego żona i syn wsiedli do samochodu. Vincent z nieco zdezorientowaną miną, a jego matka z lekkim przerażeniem. 
  Reszta również rozjechała się do domów. W samochodzie ojciec Prudencji próbował wypytać ją, co naprawdę stało się z tyłu restauracji. Ona jednak stała się milcząca i denerwowały ją kolejne pytania.
-Przestań już, okay? Stanley już mówił, co się tam stało, a ja nie mam zamiaru po raz kolejny tego powtarzać, do cholery. 
  Nadeszła noc, a Prudencja z głową pełną myśli, nie mogła spokojnie zasnąć.

  Następnego dnia rano, dziewczyna obudziła się niewyspana. Głowa okropnie ją bolała, więc wzięła długi, gorący prysznic. Myślała wtedy o wydarzeniach poprzedniego wieczoru. Dlaczego Stanley nie powiedział wprost, że to ona jest wszystkiemu winna? Kłamał jak z nut. Mówił, że to wypadek. Owszem, po części był to wypadek. Prudencja przecież nie chciała, żeby Vincent rozbił sobie głowę i stracił pamięć. Owszem, nie znosiła go, ale wolała się przyznać i mieć to z głowy. Tylko Stan niepotrzebnie skłamał. To komplikowało sprawę. 
  Musiała wyjaśnić z nim jeszcze jedną sprawę. Jak on to wszystko robi? Jak sprawił, że Vincent wyszedł z całego incydentu zaledwie z raną na głowie i amnezją? To ostatnie nie jest byle czym, ale w przeciwieństwie do tego, co naprawdę mogło mu się stać, była to zaledwie błahostka. Musiała porozmawiać ze Stanleyem. Postanowiła, że zrobi to jeszcze dziś.

  Około godziny dwunastej stwierdziła, że nie może czekać dłużej. Włożyła płaszcz i owinęła się szczelnie szalikiem, bo listopadowy chłód dawał się we znaki. Po kilkunastu minutach była pod domem Stanleya. Brama była otwarta, więc Prudencja podeszła do samych drzwi. Nacisnęła dzwonek i czekała. Dopiero po jakichś pięciu minutach drzwi otworzyły się. A stał w nich nie kto inny, jak sam Stanley. Ale chociaż dochodziło południe, chłopak najwyraźniej właśnie wstał z łóżka. Łatwo się można było tego domyślić po jego wyglądzie. A na co się składał ów wygląd? Chłopak przeczesał dłonią niesforne loki. Miał podkrążone i niewyspane oczy. Prudencja zwróciła uwagę na jego ubrania.  A raczej ich brak. Stanley miał na sobie wyłącznie czarne spodenki, które opadły mu na biodra w taki sposób, że zastanawiające było, jakim sposobem one jeszcze nie spadły. Naga klata uwydatniała jego mięśnie brzucha. Dziewczyna patrzyła jak urzeczona na ten obrazek. Schodziła co raz niżej, aż zatrzymała się w miejscu nad krawędzią spodenek, gdzie brzuch tworzył coś w rodzaju litery V.
  W końcu dziewczyna otrzasnęła się z zadumy i podniosła wzrok.
-Eee przeszkadzam? - spytała szybk.
-Nie, skąd - odpowiedział prędko Stanley.  - Wejdź.
  Otworzył przed nią szerzej drzwi. Dziewczyna weszła do środka i rozejrzała się.  Stała w długim hallu. Był naprawdę imponujący. Po obu stronach rozchodzily się schody, prowadzące na górę. Na ścianach wisiały ozdobne kandelabry i zdjęcia w ciężkich ramach. Stanley pomógł zdjąć jej płaszcz.
-Chodź - zaprowadził ją do salonu Usiądź i daj mi dwie minuty. Wypadałoby się ubrać - powiedział z lekkim uśmiechem i wyszedł na górę.
  Salon był oczywiście wielki i bogaty w ozdoby. Nie był zagracony, lecz przyjemnie udekorowany. Kominek, skórzana sofa i fotele, dębowy stół, regał na książki.  Prudencji bardzo się spodobało to wnętrze. Było wyjątkowo przytulne i mimo swych rozmiarów, niezbyt przytłaczające. Po dosłownie dwóch minutach wrócił Stanley.
  Chłopak był już ubrany i wyglądał dużo przytomniej, niż chwilę temu. Założył ciemne jeansy i spraną koszulkę Megadeth. Miał rozpuszczone włosy i był boso.
-Napijesz się czegoś? Woda, kawa, herbata? - spytał.
-Cokolwiek - odpowiedziała.
-No to kawa. Mnie też się przyda - i znów wstał, by pójść do kuchni.
  Dziewczyna słyszała jego krzataninę. Po kilku minutach wrócił z tacą z dwiema filizankami kawy, cukiernicą, śmietanką i talerzem ciasteczek.
  Postawił wszytko przed Prudencją. Dziewczyna wzięła do ręki swoją filiżankę i upiła łyk gorzkiej kawy.
-No więc co cię sprowadza? - spytał nagle chłopak.
-Sądzę, że się domyślasz.
-Chodzi o wczoraj, tak?
-A o co innego mogłoby chodzić? Musisz mi coś wyjaśnić. Po pierwsze: dlaczego nie powiedziałeś prawdy? Tłumaczyłeś, że Vincent się potknął. Oboje wiemy, że tak nie było.
-Wolałabyś, żebym powiedział, że go popchnęłaś, a ten idiota się przewrócił? Miałabyś problemy.
-I sądzisz, że ich uniknę? On w końcu tą pamięć odzyska. I wtedy dopiero będę miała problemy.
-O tym pomyślimy wtedy, kiedy Vincent sobie wszystko przypomni.
- Okay, a więc druga sprawa. Jak ty to robisz? Najpierw pies, potem Vincent. Ty ich uzdrowiłeś. Cholera, przecież to niemożliwe.
 Stanley nic nie mówił. Spuścił wzrok i dla zyskami czasu upił odrobinę swojej kawy, posłodziwszy ją najpierw dwiema łyżeczkami cukru.
-Odpowiadaj - zniecierpliwiła się Prudencja.
-Okay, powiem ci. Ale jeśli dowiem się, że zdradziłaś to komuś, komukolwiek, to będę wkurzony. Bardzo - ostrzegł, po czym zaczął wyjaśniać. - Od jakiegoś czasu mogę manipulowć energią życiową. Nie wiem jak i skąd to się u mnie wzięło. Nie mam pojęcia, czy ktoś w mojej rodzinę też to potrafił. Nikomu o tym nie powiedziałem, więc jesteś pierwsza. Potrafię uzdrawiać i nie mam zielonego pojęcia jak. Tyle wiem.
-Ty masz supermoc!  O kurczę!
-Żartujesz? - spytał podejrzliwie.
-Ja? W życiu! To jest mega! O kurwa - szepnęła z podziwem.
  Stanley zaśmiał się. Rozmawiał jeszcze z Prudencją jakieś pół godziny. Już dawno nie spędzał czasu tak miło, jak w jej towarzystwie.




wtorek, 3 lutego 2015

Rozdział 18.

 Stanley


   Był pochmurnych piątek. Wyszedłem z domu do szkoły. Wiatr wiał wyjątkowo mocno, więc miałem wielką ochotę zawrócić i spędzić resztę dnia w ciepłym pokoju. Rodzice chyba by mnie zamordowali, więc musiałem iść dalej. Minąłem dom Prudencji. Musiała już wyjść, bo jej nie zauważyłem.
  Deszcz zaczął lekko siąpić. Naciągnąłem na głowę kaptur i poszedłem dalej. Na drodze, kilka metrów przede mną zauważyłem małego czarnego psa. Szedł spokojnie po ulicy. W pewnej chwili usłyszałem zbliżające się auto.
-Zejdź z drogi, cholery psie - wykrzyknąłem i zagwizdałem.
  Podniósł głowę, ale nie ruszał się z miejsca. Wszystko stało się w ułamku sekundy. Samochód nadjechał zbyt szybko. Popatrzyłem w oczy psa, które jakby przeczuwały, co się z nim stanie. Auto uderzyło w zwierzę z ogromną prędkością. Pies odbił się od zderzaka i zdążył pisnąć głosem pełnym cierpienia. Samochód przejechał obojętnie obok i zostawił konającego zwierzaka. Leżał on kilka kroków ode mnie. Podszedłem do niego. Był cały we krwi. Pomyślałem, że jeszcze mogę mu pomóc.
  Położyłem na nim obie ręce i starałem się skupić na przepływającej enegrii. Trwałem w bezruchu jakiś czas. W końcu poczułem, że jego klatka piersiowa ostrożnie się unosi. Zabrałem ręce, a pies wstał i lekko pomachał ogonem, jakby w podziękowaniu.
  Pies pobiegł na drugą stronę jezdni, a ja usłyszałem za sobą głośny kobiecy krzyk.

***


  Prudencja stała nad klęczącym Stanleyem. Była przerażona, kiedy zobaczyła, jak samochód wjechał w małego psa. Nie mogła wydać z siebie żadnego dźwięku, więc chłopak nawet jej nie zauważył. Stała, milcząc, a Stanley położył na nim ręce. Dziewczyna stała zdziwiona, nie wiedząc, co ma o wszystkim myśleć. Widziała mnóstwo krwi, sączącej się z ciała zwierzęcia. Po chwili pies wstał i pobiegł. Prudencja patrzyła jak zahipnotyzowana. Nawet nie zauważyła, kiedy z jej gardła dobiegł donośny wrzask. 
  Stanley wstał i podszedł do dziewczyny.
-Hej, co się dzieje?
  Prudencja przestała krzyczeć.
-Co się stało? Ty wskrzesiłeś psa! O cholera. Widziałam, jak to zrobiłeś. O mój Boże. Jesteś jakimś cholernym uzdrowicielem. Jezu!
-Co ty wygadujesz? Jak według ciebie miałbym wskrzesić psa, który żył?
-On nie żył - powiedziała. - A jeśli żył, to ledwo. Widziałam, jak szybko jechał ten samochód. Psa odrzuciło o kilka metrów. To było niemożliwe, żeby nagle wstał i w pełni sprawnie gdzieś pobiegł. 
-Wcale tak nie było - Stanley zaprzeczył z wymuszonym uśmiechem. - Byłaś dalej ode mnie. Ja widziałem wszystko dokładnie. Samochód wcale nie jechał tak szybko, a pies tylko się o niego otarł i był oszołomiony. Tyle.
-Tak? A skąd ta krew na twoich dłoniach? - spytała podejrzliwie.
-Eee, no był lekko ranny w nogę, ale to w sumie nic, bo sama widziałaś, że normalnie pobiegł.
-No właśnie! Pobiegł. Psy nie odbiegają sobie jak gdyby nigdy nic, chwilę po potrąceniu przez auto. To niemożliwe - powiedziała, z naciskiem na ostatnie słowo.
-Przesadzasz. Lepiej już chodź, bo spóźnimy się do szkoły - uciął Stanley i ruszył w drogę.
  Nagle za ich plecami rozległ się drwiący głos:
-Oho! A oto moje małe gołąbeczki! - wykrzyknął Vincent.
-O nie! Tylko nie ten kretyn... - powiedziała cicho Prudencja.
  Stanley parsknął śmiechem.
-Mogę dołączyć, czy jesteście zajęci? - i nie czekając na odpowiedź, zrównał się z nimi.
  Przez resztę drogi musieli znosić jego chamskie odzywki i przytyki do rzekomego związku Stanleya i Prudencji. Dopiero pod drzwiami wejściowymi powiedział:
-Słyszeliście już dobrą nowinę? W sobotę nasi kochani tatusiowie chcą się spotkać. Wszyscy razem. Całą rodziną - dodał ze sztucznym uśmiechem.
-O nie! Znów? - wyrwało się dziewczynie.
-A co? Masz coś ciekawszego do roboty? - powiedział wyjątkowo głośnym szeptem. - To może mógłbym do ciebie dołączyć? - zapytał, mrugając kokieteryjnie.
-Daruj sobie, okay? Takie nędzne teksty możesz skierować do kogoś, kogo one obchodzą. A mnie to, niestety, nie dotyczy - warknęła i skierowała się ku swojej klasie.

  Nadeszła sobota. Kolejne planowane spotkanie miało nastąpić za dwie godziny. Wtedy to Prudencja miała poznać matkę Vincenta. Zastanawiała się, czy ta 'polubi' ją tak samo, jak rodzice Stanleya. Nie bardzo się tym przejmowała. Myślała tylko o tym, by odhaczyć to spotkanie i mieć święty spokój.
  Ojciec kazał jej się ubrać przyzwoicie, więc włożyła czarną sukienkę z rękawami trzy czwarte, która ciasno opinała jej sylwetkę. Sięgała do połowy ud i miała dekolt w kształcie serca, który uwydatniał jej piersi. Tego wieczoru zrezygnowała z glanów, czy creepersów na rzecz botków na grubym, siedmiocentymetrowym słupku. Na szyję założyła cienki choker. Czerwone włosy spieła w luźny kok i pomalowała usta bordową szminką. Przejrzała się w lustrze. Wyglądała kobieco, ale nie tak wyzywająco, jak zwykle.
  Przybyli do restauracji pięć minut przed czasem. Usiedli przy wielkim okrągłym stole w oczekiwaniu na resztę gości. Chwilę potem rodziny Carlstonów były na miejscu. Rodzice zdecydowali, że młodsi powinni usiąść obok siebie, ponieważ 'Pewnie tyle mają sobie do powiedzenia' - jak stwierdziła macocha Prudencji, Margaret. Tak więc dziewczyna była zmuszona usiąść między Stanleyem, a (o zgrozo!) Vincentem.
  Ojciec Prudencji zwrócił się do matki tego drugiego, Jane.
-Jeszcze nie poznałaś mojej córki, Prudencji.
-Och, Derek mi już o niej opowiadał. Mówił, że to urocza dziewczyna, idealna na żonę dla Vincenta - zaśmiała się.
  Miała około czterdziestu pięciu lat. Była zadbana i elegancko ubrana. Margaret, choć młodsza, mogła się od niej uczyć tak starannego wyglądu.
  Na jej słowa, dziewczyna popatrzyła krzywo na swojego ojca i jego rozmówczynię.
-Uśmiałam się - zadrwiła cicho dziewczyna. Siedzący obok niej Stanley podnosił właśnie kieliszek wina do ust, parsknął w niego, słysząc jej słowa.
-Nie chcę cię martwić, Jane, ale raczej nie wyobrażam sobie, żeby moja córka w najbliższym czasie wyszła za mąż - odpowiedział ze śmiechem Mark Hartfield.
  Vincent, który do tej pory milczał, powiedział:
-Jeśli Prudencja zechce, to ja bardzo chętnie się z nią ożenię.
-Przypuszczam, że nawet gdybyś był ostatnim facetem na tej planecie, nie tknęłabym cię małym palcem, ty zakochany w sobie palancie - odpowiedziała mu dziewczyna tak cicho, żeby tylko on mógł usłyszeć jej słowa. 
-Obawiam się, że zmieniłabyś zdanie, gdybyś wiedziała, jak mógłbym cię zadowolić.
-Błagam, nie pochlebiaj sobie. Jesteś tak bezczelny, że Rhett Butler to przy tobie napalony trzynastolatek. Chociaż on, w przeciwieństwie do ciebie, był pociągający.
-Oj, zabolało. Potrafisz ranić - zaśmiał się.
-Przestań. Mam dosyć tej bezsensownej rozmowy. Lepiej zajmij się Edith - kiwnęła głową w stronę córki macochy - która zaczyna się ślinić na twój widok. Widzisz? Taką idiotkę nawet ty zadowolisz.
-Chyba nie lubisz swojej siostry.
-To nie jest moja siostra - powiedziała lodowatym tonem.
-Taa, jasne - odpowiedział, ale Prudencja nie miała siły się z nim dłużej kłócić.
  Wszyscy rozmawiali głośno i od czasu do czasu wybuchali śmiechem. Prudencja raz, czy dwa mruknęła coś w odpowiedzi, kiedy inni próbowali włączyć ją do rozmowy. Vincent był duszą towarzystwa. Zabawiał gości swoimi historiami. Margaret i Edith były zachwycone jego charakterem i sposobem bycia. W trakcie opowiadania jakiegoś zdarzenia, Vincent żywo gestykulował. Wymachiwał rękami, by w końcu, niby przypadkiem położyć dłoń na nodze Prudencji. Zatrzymał palce na skraju jej sukienki i zaczął ochoczo wędrować w górę, docierając do brzegu pończochy. Dziewczyna spojrzała w dół i syknęła ze złości. Powiedziała kątem ust:
-Zabieraj tą cholerną rękę z mojej nogi, albo źle to się dla ciebie skończy.
  Stanley usłyszał jej słowa i zobaczył dłoń Vincenta spoczywającą na odchylonej sukience dziewczyny. Od razu sięgnął powoli w jego stronę i zmiażdżył w uścisku jego palce. Powiedział ledwo dosłyszalnie:
-Jeśli jeszcze raz ją tkniesz tym swoim brudnym łapskiem, to włożę ci go do gardła.
  Vincent zaśmiał się głośno, jakby usłyszał jakiś wyjątkowo dobry żart.
-Taki jesteś tego pewny? No to chodź na zewnątrz, zobaczymy jaki będziesz odważny jeden ja jednego.
-Ja i Vincent na chwilę wychodzimy się przewietrzyć - powiedział od razu Stanley, kierując swoje słowa w stronę ojca.
-Co ty wyprawiasz? - spytała histerycznym szeptem Prudencja.
-Zostań tutaj. Zaraz wszystko załatwimy i będzie po sprawie - podniósł się z miejsca.
-Nic z tego. Idę z wami - odpowiedziała. - Ja też chyba muszę się przewietrzyć - dodała, spoglądając na ojca.
  Cała trójka wyszła na zewnątrz. Skierowali się w stronę parkingu. Stanęli obok budynku.
-No więc co ci się nie podoba, Stan? - spytał drwiąco Vincent.
-Co mi się nie podoba? Może to, że obmacujesz Prudencję?
-A od kiedy to z ciebie taki świętoszek, co? Jakoś kiedyś się takimi sprawami nie przejmowałeś. Może już nie pamiętasz?
-Przestań. To było dawno.
  Prudencja stała obok nich ze zdezorientowaną miną.
-To taka sama sytuacja, jak wtedy! - wykrzyknął Vincent.
-Uspokójcie się, okay? Nie wiem, o czy rozmawiacie, ale mamy tu chyba inną sprawę. Jeżeli jeszcze raz spróbujesz mnie dotknąć, to ci nie daruję - powiedziała Prudencja, stając naprzeciwko czarnowłosego chłopaka.
-Dlaczego znów się denerwujesz, ślicznotko? Nie mów, że ci się nie podobało.
  Dziewczyna nie wytrzymała. Z całej siły popchnęła Vincenta. Ten niczego się nie spodziewał, bo poleciał do tyłu, uderzając w kamienną ścianę za plecami. Osunął się na ziemię. Prudencja i Stanley ujrzeli w świetle lamp krwistą smugę, płynącą od miejsca, w którym głowa Vincenta spotkała się z budynkiem. Chłopak leżał na ziemi z zamkniętymi oczami. Jego pierś unosiła się coraz wolniej. W ułamku sekundy przestał oddychać, a Prudencja zaklęła głośno, przysłaniając usta drżącą ze strachu dłonią.