-Odpierdol się.
Ręce od razu odsłoniły jej oczy. A głos za jej plecami odpowiedział:
-Jaka niegrzeczna dziewczynka! Uważaj na słowa, bo jeszcze pomyślę, że mnie nie lubisz.
Prudencja spięła się na widok Vincenta. Nic nie powiedziała, nadal idąc przed siebie. Odrobinę przyciszyła muzykę, by usłyszeć, co ma do powiedzenia.
-I jak zwykle rozmowna - westchnął. - Nie uważasz, że musimy omówić pewne kryteria naszego związku?
-Związku?
-No tak. Przecież jesteśmy w pewnym sensie parą. Ale w sumie nie do końca - powiedział, stukając się palcem wskazującym po brodzie.
Prudencja spojrzała na niego. Jego długie czarne włosy wiatr odwiewał do tyłu. Był ubrany w czarny płaszcz i ciemne, dość obcisłe, spodnie. Był może przystojny, ale dziewczynę coś w nim odpychało. Sam jego charakter był nie do zaakceptowania.
Kontynuował:
-Przedstawię ci kilka zasad, skarbie. Masz za mną nie chodzić, nie łasić się i nie obnosić z naszym związkiem. Bo to by było dość dziwne. Kiedy zechcę, masz przyjść i się ze mną całować. Będę kładł ręce gdzie mi się podoba, rozumiesz? Musisz być miła i mi potakiwać. I przestań robić te twoje miny.
-Jakie miny? - zdziwiła się.
-Takie, jak teraz. Krzywisz się, kiedy na mnie patrzysz.
-Nie sądzę, żeby to było dziwne - mruknęła cicho.
Vincent udawał, że nie dosłyszał jej ostatniego zdania.
-I masz nie siedzieć z tamtymi kolesiami. Jak oni się wabią?
Dziewczyna gotowała się ze złości.
-Przestań, okay?
-Ale ja nic nie robię - zaśmiał się swoim obrzydliwym śmiechem.
-I trzymaj się z dala od Stanleya.
Yoko miała dosyć. Nie odzywała się przez całą drogę. Kiedy weszła do klasy razem z Vincentem zaczęło się jej upokorzenie. Lizzy popatrzyła na nią swoim kpiącym wzrokiem. Jej brwi uniosły się tak wysoko, że aż schowały się pod blond grzywką, kiedy zobaczyła, jak Vincent nachyla się nad Prudencją i szepcze coś, a potem całuje w szyję. Na oczach całej klasy. Zaczerwieniła się po same uszy i pochyliła głowę, by ukryć zmieszanie.
Siedzący na końcu klasy Stanley wciągnął głośno powietrze.
Stanley
To jednak prawda. Prudencja i Vincent. Wydawało się niemożliwe. Przecież ona go nie znosi! Ta sprawa śmierdziała z daleka. Coś się musiało dziać. Vincent odzyskał pamięć, ale nie sądzę, żeby to miało coś z tym wspólnego. Chyba nie przypomniał sobie wszystkiego?
Nie mogłem na nich patrzeć. Prudencja stała z zaczerwienionymi policzkami, a Vincent szeptał jej coś do ucha. Po chwili podniosła wzrok i popatrzyła na mnie. W jej oczach tliły się jakieś dziwne uczucia, których nie potrafiłem zidentyfikować.
Mam ją gdzieś. Ją i tego palanta. Przez jakiś czas myślałem, że mogę ją polubić. Teraz wiem, że to kolejna pusta kretynka, która zaczęła się uganiać za tym równie inteligentnym idiotą.
Kiedy wychodziłem ze szkoły ktoś złapał mnie za rękaw kurtki. Chciałem się wyszarpnąć, ale usłyszałem głos:
-Stanley? Poczekaj!
Odwróciłem się i zobaczyłem przed sobą Briana i Milesa, przyjaciół Prudencji.
-Masz chwilę? Mamy do ciebie jedno pytanie.
Byłem zniecierpliwiony i chciałem jak najszybciej wrócić do domu, ale zatrzymałem się.
-O co chodzi? - spytałem trochę zbyt opryskliwym głosem.
-Eee - zająknął się Brian.
Spojrzałem na nich pytająco, gdy obok nas przemknął Vincent z Prudencją.
-No właśnie o to - mruknął cicho Miles. - Chodź - wskazał ławkę obok szkoły. Posłusznie poszedłem za nimi. Usiedliśmy, a Brian zaczął:
-Od kilku dni Yoko, znaczy Prudencja, zachowuje się dość dziwnie. Na początku ciągle nas spławiała, a teraz w ogóle się nie odzywa i nie zwraca uwagi. Myślałem, że się przyjaźnimy... Obaj nie wiemy, co się z nią stało. I jeszcze ten Vincent. Ona nie mogła na niego patrzeć. Ciągle ją irytował. A tu co? Chodzą ze sobą.
-Super, tylko co ja mam z tym wspólnego? - spytałem.
-Bo widzisz... Myśleliśmy, że ty też się z nią dobrze dogadywałeś.
-Ja się z nią dobrze dogadywałem? Nie sądzę - prychnąłem.
-Stanley, proszę cię. My obaj wiemy, że myślałeś, że ja chodzę z Prudencją - zaśmiał się Brian.
Poczułem, że zaczynam się rumienić. Ja, do cholery? Ja się rumienię?
-I co z tego? Owszem tak myślałem. I to chyba prawda, co?
-No raczej to nie jest prawda - powiedział milczący dotąd Miles.
Spojrzałem na nich pytającym wzrokiem. Do czego zmierzali?
-Wiesz, ja i Brian - kontynuował - no o to chodzi, że my jesteśmy razem - wykrztusił.
-Wy? Znaczy, że wy jesteście gejami, tak?
-A przeszkadza ci to? - spytał zdenerwowanym głosem.
-Nie, skąd. Nie jestem homofobem. No ale wracając do tematu, o co wam w ogóle chodzi?
-No bo może ty wiesz, co się z nią dzieje? Pomyśleliśmy, że... no wiesz... że może coś do niej czujesz? - spytał niepewnie Brian.
Tego było już za wiele.
-Nie czuje nic do tej pieprzonej laski. Mam ją i Vincenta gdzieś - wybuchnąłem i odszedłem do domu.
Mam ją gdzieś. Ją i tego palanta. Przez jakiś czas myślałem, że mogę ją polubić. Teraz wiem, że to kolejna pusta kretynka, która zaczęła się uganiać za tym równie inteligentnym idiotą.
Kiedy wychodziłem ze szkoły ktoś złapał mnie za rękaw kurtki. Chciałem się wyszarpnąć, ale usłyszałem głos:
-Stanley? Poczekaj!
Odwróciłem się i zobaczyłem przed sobą Briana i Milesa, przyjaciół Prudencji.
-Masz chwilę? Mamy do ciebie jedno pytanie.
Byłem zniecierpliwiony i chciałem jak najszybciej wrócić do domu, ale zatrzymałem się.
-O co chodzi? - spytałem trochę zbyt opryskliwym głosem.
-Eee - zająknął się Brian.
Spojrzałem na nich pytająco, gdy obok nas przemknął Vincent z Prudencją.
-No właśnie o to - mruknął cicho Miles. - Chodź - wskazał ławkę obok szkoły. Posłusznie poszedłem za nimi. Usiedliśmy, a Brian zaczął:
-Od kilku dni Yoko, znaczy Prudencja, zachowuje się dość dziwnie. Na początku ciągle nas spławiała, a teraz w ogóle się nie odzywa i nie zwraca uwagi. Myślałem, że się przyjaźnimy... Obaj nie wiemy, co się z nią stało. I jeszcze ten Vincent. Ona nie mogła na niego patrzeć. Ciągle ją irytował. A tu co? Chodzą ze sobą.
-Super, tylko co ja mam z tym wspólnego? - spytałem.
-Bo widzisz... Myśleliśmy, że ty też się z nią dobrze dogadywałeś.
-Ja się z nią dobrze dogadywałem? Nie sądzę - prychnąłem.
-Stanley, proszę cię. My obaj wiemy, że myślałeś, że ja chodzę z Prudencją - zaśmiał się Brian.
Poczułem, że zaczynam się rumienić. Ja, do cholery? Ja się rumienię?
-I co z tego? Owszem tak myślałem. I to chyba prawda, co?
-No raczej to nie jest prawda - powiedział milczący dotąd Miles.
Spojrzałem na nich pytającym wzrokiem. Do czego zmierzali?
-Wiesz, ja i Brian - kontynuował - no o to chodzi, że my jesteśmy razem - wykrztusił.
-Wy? Znaczy, że wy jesteście gejami, tak?
-A przeszkadza ci to? - spytał zdenerwowanym głosem.
-Nie, skąd. Nie jestem homofobem. No ale wracając do tematu, o co wam w ogóle chodzi?
-No bo może ty wiesz, co się z nią dzieje? Pomyśleliśmy, że... no wiesz... że może coś do niej czujesz? - spytał niepewnie Brian.
Tego było już za wiele.
-Nie czuje nic do tej pieprzonej laski. Mam ją i Vincenta gdzieś - wybuchnąłem i odszedłem do domu.
***
- W sobotę jest impreza. Euan organizuje. Jego starych ma nie być w domu. Oczekuję, że dotrzymasz mi towarzystwa - Vincent zwrócił się do Prudencji.
-Taaa, jasne - mruknęła w odpowiedzi i starała się jak najbardziej oddalić od jego ramienia, ocierającego się o jej rękę.
-Masz się przyzwoicie ubrać i zachowywać.
Dziewczyna nic nie odpowiedziała. Zastanawiała się tylko, jak długo zdoła znieść to wszystko.
-Przyjadę po ciebie o ósmej. Masz być gotowa, rozumiesz?
Dziewczyna kiwnęła głową.
-I zrób coś z tymi okularami.
-Niby co?
-No zdejmij je. Bez nich jest ci ładniej.
-Wiesz co to jest wada wzroku? Duża wada wzroku? - spytała kpiąco. - Jeśli chcesz, żebym przez cały czas chodziła po omacku, to jasne, zdejmę je.
-A ta blizna? Jest okropna.
-Jeśli nie chcesz oglądać moich okularów i blizny, to po prosty zostaw mnie w spokoju.
Vincent tylko westchnął i pokręcił głową.
-Ty jesteś nie do zniesienia. Ja cię jeszcze nauczę posłuszeństwa - mruknął cicho.
Nadeszła sobota. Osiemnastolatka od rana chodziła zdenerwowana. Nie miała najmniejszej ochoty iść z Vincentem na imprezę. Zrobiłaby wszystko, żeby nie musieć się tam pokazać. Myślała o udawaniu choroby. Było już jednak zbyt późno, by się wycofać.
Ubrała się w czarną plisowaną spódnicę, ciemnoszarą bluzkę z rękawem trzy czwarte i oczywiście czarne pończochy. Do tego tego samego koloru botki nabite ćwiekami. Spięła włosy w kok i była gotowa. Nie chciała się wyjątkowo stroić, by Vincent nie pomyślał, że robi to dla niego. Kilka minut po ósmej zajechał pod jej dom. Nie lubiła niepunktualności, więc z miejsca się zdenerwowała. Wsiadła do samochodu.
-Cześć, skarbie. Może mógłbym ci dać całusa na powitanie? - spytał.
-Możesz mnie co najwyżej pocałować w dupę - odpowiedziała.
-Skoro nalegasz - westchnął i mrugnął porozumiewawczo.
'Niepunktualny i obleśny. Kolejne cechy tego idioty' - pomyślała osiemnastolatka.
Przez całą drogę nie odzywała się ani słowem. Vincent zaś tłumaczył jej, jak ma się zachowywać w towarzystwie jego znajomych. Kiedy zajechali na miejsce, Prudencja aż otworzyła szerzej oczy ze zdziwienia. Stali pod wielkim domem, ba, willą. W większości jej okien świeciło się światło, a z budynku dało się słyszeć dudniący dźwięk muzyki elektronicznej, czyli takiej, której Prudencja szczerze nie znosiła. Na podwórzu stało już wiele grupek osób. Niektórzy sprawiali wrażenie, jakby się naprawdę dobrze bawili. A mianowicie obściskiwali się i.. o nie! Prudencja nie chciała ta to patrzeć.
Weszła za Vincentem do willi. Było mnóstwo ludzi. Większość znała ze szkoły. Inni byli całkiem obcy. Kiedy przechodziła przez tłum, poczuła czyjąś rękę, wędrującą po jej biodrze, zadzierając do góry spódnicę. Dziewczyna natychmiast się obróciła i dostrzegła pijany uśmiech jakiegoś faceta, koło dwudziestu pięciu lat. Bez namysłu podniosła rękę i wymierzyła siarczysty policzek. Ten uśmiechnął się lubieżnie i mruknął coś pod nosem. Dziewczyna poszła dalej. Vincent odwrócił się w jej stronę i, próbując przekrzyczeć muzykę, powiedział:
-Trzymaj się mnie. Pójdziemy gdzieś, gdzie będzie trochę luźniej - i złapał ją za nadgarstek, ciągnąc za sobą.
Po chwili znaleźli się w dużym salonie, gdzie rzeczywiście było mniej osób. Prudencja zauważyła tam Euana i miała wielką ochotę uciec do domu. Bezwiednie podniosła dłoń do swojej twarzy i dotknęła blizny na policzku.
-Cześć stary! - krzyknął w stronę Vincenta gospodarz.
Vincent i Euan uścisnęli sobie dłonie. Poszli przywitać się z resztą, a towarzysz dziewczyny mruknął tylko do niej:
-No chodź!
Posłuchała i poszła za nim. Przez okropną chwilę musiała udawać zakochaną i pustą lalę. Wszyscy, którzy kojarzyli ją ze szkoły, byli nieco zdziwieni jej zachowaniem. Nigdy taka nie była. Nawet oni to dostrzegli. Usiedli na wielkiej kanapie. Vincent od razu położył rękę na jej kolanie i przesuwał w górę i w dół. Dziewczyna była mocno speszona i miała ogromną ochotę strącić jego dłoń i kopnąć między nogi. Siedziała tak naprawdę długo, aż w końcu ujrzała jakąś parę, która z pewnością nie krępowała się obecnością innych. Dziewczyna tak oplotła chłopaka, że nie było go pod nią widać. Jego dłoń spoczywała na jej tyłku pod króciutką spódnicą. W końcu oderwała od niego usta, by zmierzać ku jego rozporkowi. 'No nie!' - pomyślała Prudencja - 'Chyba nie zrobi mu loda w obecności setki ludzi?'. Chłopak chyba pomyślał o tym samym, bo próbował oderwać jej ręce od guzika przy spodniach i szepnął jej coś na ucho. Dopiero wtedy Yoko zorientowała się, na kogo patrzy. To Stanley. Czy ona zawsze musiał być tam, gdzie ona? Tym razem wyjątkowo bardzo się zdenerwowała. Krew szumiała jej w uszach. Powiedziała tylko do Vincenta:
-Zaraz wracam - i oddaliła się w stronę małego barku w kuchni. Bar był urządzony z długiej lady, za którą stał wysoki, przystojny chłopak.
Poprosiła o kieliszek wódki i opróżniła go jednym haustem.
-Jeszcze jeden - mruknęła i z równą zręcznością wypiła do dna.
-Coś się stało? - spytał w końcu zdziwiony.
-Nic się nie stało. Jeszcze raz to samo.
Wypiła i oparła się o blat.
-Może mogę jednak w czymś pomóc? - powiedział zainteresowany zachowaniem dziewczyny.
Prudencja usiadła na jednym ze stołków barowych i odpowiedziała:
-Nic mi nie jest.Chcę się tylko upić.
-Z tym raczej nie będzie problemu - uśmiechnął się i wskazał na pusty kieliszek. - Coś jeszcze do picia?
-A co proponujesz? - spytała.
-Może coś słabszego? Wystarczy już tej wódki. Zrobię ci drinka, może być?
-Jasne, czekam - powiedziała i uśmiechnęła się.
Po kilu chwilach postawił przed nią krwistoczerwony napój. Spróbowała.
-Pyszny, dzięki.
-Bardzo mi miło - opowiedział, a Prudencja mimowolnie się zarumieniła i zapaliła papierosa.
Za plecami Yoko rozległ się dziewczęcy głos:
-Dwa piwa, proszę.
Chłopak za barem podał jej butelki, a Prudencja zobaczyła, że głos należał do dziewczyny obściskującej się ze Stanleyem. Odwróciła się i zobaczyła ich przed sobą. Chłopak tylko spojrzał na nią gniewnie i nie odezwał się. Dziewczyna zaciągnęła go na stołek obok Prudencji. Towarzyszka Stanleya była już nieźle wstawiona, więc zachowywała się co najmniej frywolnie. Prudencja nie mogąc być gorszą, zaczęła flirtować z barmanem.
-Jak masz na imię? - spytała.
-Jim, a ty?
-Powiem ci, jeśli mi obiecasz, że nie będziesz się śmiał.
-W takim razie obiecuję.
-Na pewno?
-Na pewno.
-Okay. Mam na imię Prudencja.
-Żartujesz? - spytał i zaśmiał się.
-Hej, miałeś się nie śmiać - powiedziała i zrobiła obrażoną minę.
-Przepraszam. No wiesz, nie codziennie poznaje się kogoś, kto ma na imię Rozwaga.
-Nie codziennie rodzice dają ci imiona Rozwaga i Dziecko Oceanu.
-Dziecko Oceanu?
-Yoko. Mam na drugie Yoko.
-Twoi rodzice muszą być ciekawymi ludźmi.
-Moja mama nie żyje, a ojciec ma mnie gdzieś - powiedziała zdziwiona swoją otwartością.
-Przykro mi - odpowiedział Jim, nagle przygaszony.
-Zapomnij. Lepiej porozmawiajmy o czymś ciekawszym. Czym się zajmujesz?
-Studiuję i dorabiam jako barman jak widać.
Prudencja zachichotała. Zachichotała? Prudencja nigdy nie chichotała w ten sposób. Rozmawiała z Jimem, piła kolejne drinki i paliła papierosy. Stanley siedzący obok niej bezceremonialnie zaczął całować swoją dziewczynę, wydając przy tym mlaszcząco-ssące odgłosy. Yoko chcąc ich zagłuszyć, mówiła coraz głośniej. Chwilę po tym usłyszała za sobą głos Vincenta.
-Tu jesteś, do cholery. Miałaś iść na chwilę, a nie widziałem cię od dwóch godzin.
-Mam to gdzieś - odpowiedziała i popatrzyła na zdziwionego Jima. Kokieteryjnie do niego mrugnęła, a jego brwi podjechały o kilka centymetrów w górę.
-Prudencjo, już nie pamiętasz, jak masz się zachowywać? - warknął do niej, a Stanley oderwał się od całującej go dziewczyny.
-W tej chwili mam serio w dupie to, jak mam się zachowywać, jestem pijana i zmęczona, wracam do domu.
-To życzę szerokiej drogi, bo nie mam zamiaru cię odwozić.
-Szkoda. Mogłabym ci zarzygać samochód. Ale skoro nie chcesz mnie odwodzić... To na razie - powiedziała i nachyliła się, by cmoknąć Jima w policzek.
-Eee na razie - odpowiedział.
Prudencja przepchnęła się przez ludzi zmierzających do baru. Wyszła z willi Euana i w końcu poczuła powiew świeżego powietrza. Zakręciło jej się w głowie i o mało nie upadła.
Stanley
Prudencja nie mogła sama wrócić do domu. Nie ważne, jaką odrazę we mnie wzbudzała, musiałem jej pomóc. teraz już wiedziałem co z niej za dziewczyna. Chodziła z Vincentem, flirtowała z barmanem. Ale to nie zmieniało faktu, że była kompletnie pijana i miała kawałek drogi do przejścia. Wypiłem tylko jedno piwo, więc postanowiłem ją odwieźć. Musiałem się tylko pozbyć Kate. Nie wiem co mnie podkusiło, żeby z nią tu przyjść.
-Kate, sorry, ale muszę lecieć.
-No co ty, przecież jeszcze się nie zaczęliśmy bawić.
-Nie mam ochoty - powiedziałem niezbyt przekonującym tonem.
-Ty nie masz ochoty? Nie wierzę.
-Naprawdę się spieszę. Miło było, cześć - i szybko odszedłem.
Miałem nadzieję, że Prudencja nie zdążyła zajść daleko. Miałem szczęście. Stała kilka kroków od wejścia i próbowała iść dalej. Strasznie się chwiała, a jej botki na obcasie z pewnością nie ułatwiały jej marszu.
-Hej, poczekaj! - krzyknąłem.
Podbiegłem do niej i złapałem ją w ostatniej chwili, bo zatoczyła się i upadłaby jak kłoda. Złapałem ją pod ramiona i próbowałem zaprowadzić do mojego samochodu.
-Łapy przy sobie, pieprzony zboczeńcu - wybełkotała.
-Uspokój się, to ja. Chcę cię tylko zawieźć do domu, bo twój kochany chłopak ma chyba inne zajęcia.
-Mam go gdzieś. I ciebie też. Wszystkich mam daleko gdzieś - darła się.
-Przymknij się, do cholery.
-Jak śmiesz się tak do mnie odzywać? - powiedziała piskliwym głosem. - I puść mnie, sama sobie poradzę.
Wyrwała mi się i wzięła się pod boki, patrząc na mnie zaczepnie. Nagle złapała się za brzuch, zgięła wpół i zwymiotowała prosto pod moje nogi.
-Cholera - mruknąłem. Wiedziałem, że to się tak skończy.
Wygrzebałem z kieszeni kurtki chusteczkę. Kiedy się wyprostowała, wytarłem jej usta.
-Zostaw, dam sobie radę - mówiła.
-Nie dasz sobie rady. Jesteś pijana. Nawet nie chcę wiedzieć ile wypiłaś.
-Ja chyba też - mruknęła.
Posłusznie poszła za mną do samochodu. Usiadła na miejscu pasażera.
-Zapnij pasy - powiedziałem.
Nie odpowiedziała, ani się nie poruszyła. Zauważyłem, że już smacznie śpi, pochrapując lekko. Sięgnąłem po pas i zapiąłem go. Cuchnęła wódką, wymiocinami i dymem. Po kilkunastu minutach byliśmy pod jej domem. Musiałem wziąć ją na ręce, bo wciąż spała. Chyba będzie miała kłopoty, bo jej ojciec nie wyglądał na zadowolonego, widząc swoją córkę pogrążoną w pijackim śnie. Zaniosłem ją do jej pokoju i chciałem szybko wyjść.
Pan Hartfield zwrócił się do mnie:
-Dziękuję, że ją przywiozłeś. Skaranie Boskie z tą dziewczyną. Już nie mam do niej siły - westchnął, a ja z ciekawością słuchałem. Kontynuował - Ciągle zamyka się w pokoju ze słuchawkami na uszach, prawie nic nie je, a do tego pali. Nie mogę jej zakazać palenia, bo i tak mnie nie posłucha. Nie wiem, co mam z nią zrobić.
Mruknąłem tylko kilka słów o tym, że już chyba taka jest i wyszedłem z jej domu. Ta dziewczyna napędzi sobie trochę kłopotów. Tego byłem pewien.
co mogę napisać? Genialnie jak zwykle <3
OdpowiedzUsuńFajne, tylko jak czytam 'posłuszeństwo' to mi na myśl przychodzi 50 twarzy Greya. Proszę, powiedz, że się tym nie będziesz inspirować :p
OdpowiedzUsuń____________
xmonmondeextraterrestex.blogspot.com
Dziękuję i co do pytania: aż tak ekstremalnie nie będzie ;)
UsuńNo to kamień z serca :D
UsuńBo opowiadanie jest ZAJEBISTE :p
Super! Na to czekałam! Szczerze mówiąc bałam się, że zaraz Prudencja sie wygada po pijaku albo sytuacja ją przerośnie i wszystko powie Stanleyowi. Ale dobrze, że sytuacja nie jest taka prosta, bo wtedy opowiadanie straciłoby ten cudowny smaczek :D
OdpowiedzUsuńNiecierpliwie czekam na następny rozdział. Nana :D
No nieee, w najlepszym momencie, a już myślałem, że powie Stanleyowi i będą działać, ale jak widać chcesz nas trzymać w niepewności, mimo wszystko rozdział długi i genialny, oby tak dalej!
OdpowiedzUsuńKurcze, juz myślałem ze Stanley się dowie :( ale cóż trzeba czekać na następne rozdziały najwidoczniej :D rozdzial jak zwykł świetny :D czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy :D
OdpowiedzUsuńJest coraz ciekawiej! Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału *.* A to napięcie :D Jestem ciekawa jak to się dalej potoczy ;)
OdpowiedzUsuń