Dziewczyna cały dzień przed Bożym Narodzeniem spędziła w kuchni. Piekła ciasta, przygotowywała potrawy. Około piętnastej zorientowała się, że zabrakło jej rumu.
-Tato! - krzyknęła do ojca, siedzącego w salonie.
-Co się stało?
-Rum się skończył. Trzeba iść do sklepu.
-No to idź - odpowiedział i wrócił do swoich spraw.
-Nie zauważyłeś, że przez cały dzień siedzę w tej pieprzonej kuchni i nie mam czasu? - spytała rozeźlonym głosem.
-Ja też nie mam czasu. Mam sporo pracy.
-Są święta. Nawet teraz pracujesz?
-Wiem, że są święta, ale nic na to nie poradzę. Sama musisz iść do tego sklepu. A poza tym, czekam na Davida. Ma wpaść na moment.
-No dobrze, pójdę sama, ale za dwadzieścia minut masz wyłączyć piekarnik. Rozumiesz?
-Rozumiem, rozumiem. Idź już, bo zaraz zamkną sklep.
Dziewczyna zdjęła kuchenny fartuch i włożyła kurtkę, buty i zabrała swoją torebkę. Wyszła z domu do najbliższego sklepu. Po drodze zadzwoniła do Briana. Odebrał już po pierwszym sygnale.
-Ho, ho, ho! Jak przygotowania do świąt? - spytał naśladując głosem podstarzałego świętego Mikołaja.
-Super, właśnie idę do sklepu, bo ojciec nie mógł się pofatygować.
-To chyba dobrze, nie? Siedzenie przez cały dzień w kuchni może się nudzić.
Prudencja i Brian rozmawiali dłuższą chwilę. Dziewczyna musiała się rozłączyć, kiedy doszła do sklepu. Weszła do ciepłego pomieszczenia. Okulary jej zaparowały, więc zdjęła je, by przetrzeć szkła szalikiem. Szła po omacku alejkami, wycierając okulary i przez przypadek na coś wpadła. To coś miało prawie dwa metry wysokości, było twarde i niewątpliwie żywe.
-Przepraszam - mruknęła i założyła okulary. - O, cholera - dodała szeptem, kiedy zauważyła, co było jej przeszkodą.
-Naucz się chodzić, do chole...Ach, to ty! - wykrzyknął Vincent na widok Prudencji.
-Eee no ja - odpowiedziała i próbowała go wyminąć. Chłopak jednak z tylko sobie znajomych przyczyn nie chciał jej przepuścić.
-Gdzie się tak spieszysz?
-Nie zgadniesz: do domu!
-Jak zwykle dowcipna - zadrwił.
-Daj mi spokój, okay? Jednak wolałam twoją powypadkową wersję. Wtedy trzymałeś się ode mnie z daleka.
-Muszę cię zaskoczyć. Wczoraj wróciła mi pamięć! - wykrzyknął zbyt entuzjastycznym tonem.
Na twarzy Prudencji przez chwilę zagościło przerażenie. 'On pamięta' - pomyślała.
-Fascynujące. Może pozwolisz... - znów próbowała go obejść.
-Nie tak szybko. Może pogadamy?
-Zapewniam cię, że nie mamy wspólnych tematów do obgadania.
-Tak sądzisz? Bo mnie się wydaje, że przeciwnie. Mamy o czym rozmawiać.
-Przestań. Ludzie zaczynają się na nas gapić. A ja w każdej chwili mogę zacząć krzyczeć, że mnie napastujesz.
-Skoro tak, to może naprawdę zacznę cię napastować, żebyś mnie nie oskarżała bezpodstawnie?
-Jesteś idiotą - powiedziała i szybko przemknęła obok niego.
Dziewczyna podeszła szybko do stoiska z alkoholami i wybrała dużą butelkę rumu. Czuła, że krok w krok za nią idzie Vincent. Prudencja zapłaciła i wyszła ze sklepu. Chłopak oczywiście został jej cieniem.
-Zaczekaj! - krzyknął. - Mam dla ciebie propozycję. Oczywiście nie do odrzucenia.
Yoko zatrzymała się i odwróciła w jego stronę.
-Czego chcesz? Odzyskałeś pamięć. Super. Ale co ja mam do tego?
-Nie udawaj głupiej. Dobrze wiem, co się stało tamtego wieczoru. Wcale się nie potknąłem, czy co tam ze Stanley'em wymyśliliście. Popchnęłaś mnie i to przez ciebie straciłem pamięć i rozbiłem sobie głowę.
-Cudownie. A teraz idź na policję i tam złóż swoje zeznania, bo na naprawdę nie mam ochoty cię słuchać.
-Dobrze wiem, że nie chcesz, żebym poszedł na policję. Ja też nie chcę. Chyba, że mnie do tego zmusisz. Z pobiciem na koncie raczej cię nie przyjmą na Oxford, czy gdzie się tam wybierasz.
Prudencja z trudem ukrywała strach i drżenie całego ciała. W tym miał rację. Nie dostanie się na dobre studia, jeśli Vincent pójdzie na policję.
-Czego ode mnie oczekujesz? - spytała.
-Grzeczna dziewczynka - uśmiechnął się drwiąco. - Nie chcę od ciebie niczego, czemu nie mogłabyś sprostać.
-Może jaśniej?
-Moim warunkiem jest posłuszeństwo.
-Posłuszeństwo? - powtórzyła.
-Tak, dobrze usłyszałaś. Posłuszeństwo. Wobec mnie oczywiście.
-Chyba żartujesz! Mam swój honor! - krzyknęła.
-Honor zachowaj dla siebie. Albo będziesz robić to, co zechcę, albo na policję trafią moje zeznania. No to jak?
-Zależy co dokładnie miałabym robić w ramach tego posłuszeństwa.
-Nic wielkiego, naprawdę. Same przyjemności.
-Zdefiniuj: przyjemności.
Vincent zaczął się do niej zbliżać. Każdy jego krok naprzód, był jej krokiem w tył. Dziewczyna wyczuła w końcu za plecami jakiś budynek. Chłopak oparł rękę na ścianie obok jej głowy.
-Masz się nie oddalać, kiedy się zbliżam, uśmiechać, kiedy jestem obok ciebie i całować, kiedy najdzie mnie na to ochota. I może jeszcze coś. Ale to raczej u mnie w pokoju - mrugnął porozumiewawczo.
-Jesteś chory. Musiałeś się naprawdę mocno uderzyć w głowę jeśli sądzisz, że się na to zgodzę.
-Więc wolisz, żebym powiedział o wszystkim komu trzeba?
-Ja...nie...Dlaczego mi to robisz? Dlaczego nie zostawisz mnie w spokoju? Mam dość problemów bez ciebie! - krzyknęła.
-Problemów? - spytał. - Jakie ty możesz mieć problemy, skarbie?
Wyciągnął drugą rękę w jej stronę i przejechał palcem po jeszcze świeżej bliźnie na policzku.
-Zawsze chciałem cię spytać, skąd to wzięło się na twojej buźce?
-Gówno cię to obchodzi. I puść mnie. Muszę już iść - wyrwała mu się i poszła w stronę domu.
-Jak chcesz! W takim razie wszyscy dowiedzą się o tym, co mi zrobiłaś i o dziwnych mocach Stanleya.
Dziewczyna zatrzymała się w pół kroku.
-Co ty powiedziałeś? Skąd wiesz, że... - zaczęła.
-Pamiętasz ten dzień, kiedy samochód potrącił psa obok twojego domu?
-Skąd ty o tym wiesz?
-Za mało spostrzegawcza jesteś. Albo masz zbyt cienkie szkła w okularach. Ja też tam byłem, przed wami. Ale ani ty, ani Stanley mnie nie zauważyliście. Ale ja widziałem wszystko. Łącznie z uzdrowieniem tego psa. I nie wydaje mi się, żebym po tamtym incydencie z tobą wyszedł z rozbitą głową i zanikiem pamięci.
-Nie powiesz o tym nikomu, rozumiesz? Nie zrobisz tego Stanleyowi.
-Kto wie? Mam strasznie długi język i mogę przez przypadek o tym komuś wspomnieć.
-Nie zrobisz tego! - krzyknęła.
-Chcesz się przekonać? - uśmiechnął się.
-A Stanley? On wie, że... ty wiesz?
-Nie wie. Ale jeśli chcesz, to ja..
-Nie! - przerwała mu. - Nic mu nie powiesz.
-Oczywiście, ale pod warunkiem, że ty się zgodzisz na moją propozycję.
-No dobrze - mruknęła bardzo cicho.
-Słucham? Chyba nie dosłyszałem.
-Okay! Zgadzam się - powiedziała nieco głośniej.
Vincent odsunął się nieco. Prudencja chciała skorzystać z okazji i wymknąć mu się, ale wtedy chłopak nachylił się nad nią i pocałował ją. Nie zawracał sobie głowy byciem delikatnym, tylko chciwie przycisną swoje usta do jej czerwonych warg. Dziewczyna nie wiedziała, jak ma zareagować. Na początku się broniła, ale w końcu musiała się poddać. Po chwili Vincent, jak gdyby nigdy nic, odszedł w przeciwną stronę.
Stanley
-Stan? - odezwał się ojciec.
-Tak, tato?
-Widziałem dziś Prudencję Hartfield, kiedy jechałem do jej ojca. Nie wiedziałem, że jest dziewczyną Vincenta.
O mało nie zachłysnąłem się wodą.
-Vincenta? Skąd ci to przyszło do głowy.
-Byli razem i się całowali. Wyglądali, jak gdyby szukali jakiegoś ustronnego miejsca. Chyba wiesz, co mam na myśli?
-Ale jesteś pewien? Prudencja i Vincent? Chyba ci się zdawało.
-Nie sądzę, synu. Wzrok mam jeszcze dobry. Mój bratanek chyba lubi jakieś łatwe panienki, jak to się teraz mówi. A ta dziewczyna raczej jest jedną z nich.
To było niemożliwe. Oni się nie znoszą. Jak mieliby ze sobą być? Mimo absurdy tej sytuacji, poczułem się dziwnie. Naszła mnie ochota na zastosowanie najbardziej brutalnych tortur wobec tego palanta. Zakręciło mi się w głowie. Coś jest nie tak. I musi się dowiedzieć, o co chodzi.
Jeju ^^ Coraz ciekawiej :3
OdpowiedzUsuńOMG!!!!
OdpowiedzUsuńIdealnie rozkrecilas ta akcje!
Masz zamiar wydac kiedys ta ksiazke? XD
Oczywiście, że tak. Przynajmniej chciałabym. I dziękuję ;)
UsuńCzekam dalej, bo nawet mój żołądek krzyczy "więcej, więcej, więcej!"
OdpowiedzUsuńOłMajGad ! Błagam na kolanach o kolejny rozdział i to szybko !!!
OdpowiedzUsuń