piątek, 6 lutego 2015

Rozdział 19.

  Prudencja drżała. Nie tyle ze strachu, co z szoku. Stała jak skamieniała, patrząc na leżącego Vincenta. Wokół jego głowy zaczęła się tworzyć coraz większa kałuża krwi.
-O kurwa - usłyszała obok siebie głos Stanleya.
-Całkowicie się zgadzam - odpowiedziała.
-Nie martw się, zaraz cos wykombinuję.
-Coś wykombinujesz? - krzyknęła roztrzęsionym głosem. - Niby jak zamierzasz coś zrobić? On nie żyje, do cholery! Zabiłam go. Jezu, ja go zabiłam!
-Nie wrzeszcz tak - zdenerwował się chłopak. - Zamknij się na moment i weź się w garść. On jeszcze żyje. Uspokój się i rozglądaj, czy nikt nie idzie - powiedział rzeczowym tonem.
-Jeśli jeszcze żyje, to musimy dzwonić na pogotowie! Też go nie lubię, ale on zaraz się wykrwawi.
  Stanley odwrócił się do Prudencji i złapał ją za ramiona, potrząsając lekko.
-Uspokój się, okay? Vincent umiera, a ty swoim zachowaniem mi nie pomagasz. Odetchnij głęboko, dobrze?
  Dziewczyna skinęla ledwie zauważalnie głową. Stan przykucnął obok rannego Vincenta. Robił to, co zawsze. Skupił się na życiowej energii. Musiał jej oddać wyjątkowo dużo, by Vincent nie umarł. Zamknął oczy. Siedział tak kilka minut, aż wreszcie poczuł delikatny ruch pod swoimi dłońmi. Tak! Na to czekał.
  Prudencja z nieskrywaną ciekawością patrzyła na dwóch chłopaków. A więc jednak miała rację. Stanley potrafił uzdrawiać. Po pewnym czasie zauważyła, ze zabiera ręce z ciała Vincenta, którego powieki drgnęły, by w końcu się otworzyć.

Vincent


  
-Hej, co jest? Dlaczego ja leżę na ziemi? I dlaczego boli mnie głowa? No i kim wy, do cholery, jesteście? - spytałem, wiedząc dwójkę osób, pochyloną nade mną.
-Jak się czujesz? Wszystko okay? - spytała dziewczyna, która bacznie mi się przyglądała.
-Tak! Okay! Ale co tu się działo? Co wy mi zrobiliście?
  To przestawało być śmieszne. Próbowałem wstać. Zauważyłem, że wokół mnie jest mnóstwo krwi. I to najprawdopodobniej mojej krwi! Wstałem i popatrzyłem na tą dwójkę. Chłopak wyglądał znajomo. Ale co on tu robił?
-To ty, Stanley? Skąd..ja... Wyjaśni mi ktoś, co tu się, kurwa, dzieje?
-Oczywiscie, że to ja! A niby kogo się spodziewałeś? Przewróciłeś się i rozbiłeś sobie głowę. Lepiej już chodźmy, bo rodzice czekają. 
-Jacy rodzice? I kim jest ta dziewczyna?
-Nie poznajesz mnie? - spytała głębokim głosem.
  Była wysoka i zgrabna. Miała ponętne biodra i dekolt, odsłaniający kawałek piersi. Kiedy mówiła, dostrzegłem aparat na dolnej szczęce i wydawało mi się, że zauważyłem kolczyk na jej języku. Miała okrągłe okulary i zdezorientowany wzrok.
-A skąd miałbym cię znać?
-No wiesz, od kilku tygodni chodzimy do jednej klasy - powiedziała, patrząc na mnie podejrzliwie.
  Zacząłem się śmiać.
-Żartujesz, prawda? Przecież to niemożliwe.
-Jezu, ty nic nie pamiętasz? - spytał nagle Stan.
-Ale co ja mam niby pamiętać? I w ogóle, dlaczego ty ze mną rozmawiasz? Przecież się nie znosiliśmy.
-I nadal tak jest.
-Dobra, koniec tych gierek. Przestańcie sobie robić ze mnie jaja. To jakaś zemsta, tak? Za Emmę? 
-Za Emmę? Nie, nie mszczę się na tobie za nią.
-Wynająłeś sobie tą dziwkę, żeby mi coś zrobiła tak?
-Wynajął sobie...kogo? - spytała dziewczyna. - Ty pieprzony dupku! - krzyknęła i zdzieliła mnie pięścią w twarz. Jedno musiałem jej przyznać: potrafiła uderzyć tak, żeby zabolało.
-Hej! Ogarnij się, dziewczyno! I powiedzcie mi w końcu, o co wam chodzi?
-Stan - dziewczyna zwróciła się do mojego kuzyna - ja idę po rodziców. Chyba trzeba z nim jechać do szpitala. 
  I pobiegła wzdłóż budynku, przy którym staliśmy. Kiedy jej nie było, na próżno starałem się wyciągnąć ze Stanleya, o co mu chodzi.
-O nic mi nie chodzi, idioto! Ty chyba sytaciłeś pamięć. Przez to uderzenie. No ja pierdole - rzucił cicho ostatnie zdanie.
  Zauważyłem, że Stanley był strasznie blady i lekko się chwiał. Oparł się o ścianę schował twarz w dłoniach. Przetarł oczy i wtedy nadeszła tamta dziewczyna, ale już nie sama. Z nią przyszła grupka ludzi, z moimi rodzicami na czele.
-Vincent! - wykrzyknęła moja matka. - Boże, co ci się stało?
-Ich się pytaj!
  Nie miałem pojęcia, co się dzieje.

***


  Stanley wyprostował się i zaczął wyjaśniać.
-Przyszliśmy tu, żeby się trochę przewietrzyć. Vincent zaczął się wygłupiać i potknął się. Ani ja, ani Prudencja nie zdążyliśmy zareagować. Upadł, uderzając głową w ścianę i przestał kontaktować.
-I tak szybko odzyskał przytomność?- zdziwił się Mark Hartfield.
-To dość dziwne, że po takim uderzeniu po prostu wstał i stracił pamięć - drążył ojciec Stanleya.
-Nie wiemy, dlaczego tak się stało, nie my jesteśmy specjalistami w dziedzinie medycyny, więc może ktoś w końcu zabierze go do szpitala i da nam spokój? - zdenerwowała się Prudencja.
  Dziewczyna w pewnym sensie nie skłamała. Nie miała pojęcia, jak Stan to zrobił. Pod wpływem jego dotyku Vincent się obudził. I gdyby nie jego pomoc, byłoby już po nim. Yoko nie była może imponującej postury, ale uderzenie miała mocne. Więc wszelkie obrażenia Vincenta, byłyby tylko i wyłącznie jej winą.
-Dobrze, my jedziemy do szpitala - powiedział Derek Carlstone. 
  On, jego żona i syn wsiedli do samochodu. Vincent z nieco zdezorientowaną miną, a jego matka z lekkim przerażeniem. 
  Reszta również rozjechała się do domów. W samochodzie ojciec Prudencji próbował wypytać ją, co naprawdę stało się z tyłu restauracji. Ona jednak stała się milcząca i denerwowały ją kolejne pytania.
-Przestań już, okay? Stanley już mówił, co się tam stało, a ja nie mam zamiaru po raz kolejny tego powtarzać, do cholery. 
  Nadeszła noc, a Prudencja z głową pełną myśli, nie mogła spokojnie zasnąć.

  Następnego dnia rano, dziewczyna obudziła się niewyspana. Głowa okropnie ją bolała, więc wzięła długi, gorący prysznic. Myślała wtedy o wydarzeniach poprzedniego wieczoru. Dlaczego Stanley nie powiedział wprost, że to ona jest wszystkiemu winna? Kłamał jak z nut. Mówił, że to wypadek. Owszem, po części był to wypadek. Prudencja przecież nie chciała, żeby Vincent rozbił sobie głowę i stracił pamięć. Owszem, nie znosiła go, ale wolała się przyznać i mieć to z głowy. Tylko Stan niepotrzebnie skłamał. To komplikowało sprawę. 
  Musiała wyjaśnić z nim jeszcze jedną sprawę. Jak on to wszystko robi? Jak sprawił, że Vincent wyszedł z całego incydentu zaledwie z raną na głowie i amnezją? To ostatnie nie jest byle czym, ale w przeciwieństwie do tego, co naprawdę mogło mu się stać, była to zaledwie błahostka. Musiała porozmawiać ze Stanleyem. Postanowiła, że zrobi to jeszcze dziś.

  Około godziny dwunastej stwierdziła, że nie może czekać dłużej. Włożyła płaszcz i owinęła się szczelnie szalikiem, bo listopadowy chłód dawał się we znaki. Po kilkunastu minutach była pod domem Stanleya. Brama była otwarta, więc Prudencja podeszła do samych drzwi. Nacisnęła dzwonek i czekała. Dopiero po jakichś pięciu minutach drzwi otworzyły się. A stał w nich nie kto inny, jak sam Stanley. Ale chociaż dochodziło południe, chłopak najwyraźniej właśnie wstał z łóżka. Łatwo się można było tego domyślić po jego wyglądzie. A na co się składał ów wygląd? Chłopak przeczesał dłonią niesforne loki. Miał podkrążone i niewyspane oczy. Prudencja zwróciła uwagę na jego ubrania.  A raczej ich brak. Stanley miał na sobie wyłącznie czarne spodenki, które opadły mu na biodra w taki sposób, że zastanawiające było, jakim sposobem one jeszcze nie spadły. Naga klata uwydatniała jego mięśnie brzucha. Dziewczyna patrzyła jak urzeczona na ten obrazek. Schodziła co raz niżej, aż zatrzymała się w miejscu nad krawędzią spodenek, gdzie brzuch tworzył coś w rodzaju litery V.
  W końcu dziewczyna otrzasnęła się z zadumy i podniosła wzrok.
-Eee przeszkadzam? - spytała szybk.
-Nie, skąd - odpowiedział prędko Stanley.  - Wejdź.
  Otworzył przed nią szerzej drzwi. Dziewczyna weszła do środka i rozejrzała się.  Stała w długim hallu. Był naprawdę imponujący. Po obu stronach rozchodzily się schody, prowadzące na górę. Na ścianach wisiały ozdobne kandelabry i zdjęcia w ciężkich ramach. Stanley pomógł zdjąć jej płaszcz.
-Chodź - zaprowadził ją do salonu Usiądź i daj mi dwie minuty. Wypadałoby się ubrać - powiedział z lekkim uśmiechem i wyszedł na górę.
  Salon był oczywiście wielki i bogaty w ozdoby. Nie był zagracony, lecz przyjemnie udekorowany. Kominek, skórzana sofa i fotele, dębowy stół, regał na książki.  Prudencji bardzo się spodobało to wnętrze. Było wyjątkowo przytulne i mimo swych rozmiarów, niezbyt przytłaczające. Po dosłownie dwóch minutach wrócił Stanley.
  Chłopak był już ubrany i wyglądał dużo przytomniej, niż chwilę temu. Założył ciemne jeansy i spraną koszulkę Megadeth. Miał rozpuszczone włosy i był boso.
-Napijesz się czegoś? Woda, kawa, herbata? - spytał.
-Cokolwiek - odpowiedziała.
-No to kawa. Mnie też się przyda - i znów wstał, by pójść do kuchni.
  Dziewczyna słyszała jego krzataninę. Po kilku minutach wrócił z tacą z dwiema filizankami kawy, cukiernicą, śmietanką i talerzem ciasteczek.
  Postawił wszytko przed Prudencją. Dziewczyna wzięła do ręki swoją filiżankę i upiła łyk gorzkiej kawy.
-No więc co cię sprowadza? - spytał nagle chłopak.
-Sądzę, że się domyślasz.
-Chodzi o wczoraj, tak?
-A o co innego mogłoby chodzić? Musisz mi coś wyjaśnić. Po pierwsze: dlaczego nie powiedziałeś prawdy? Tłumaczyłeś, że Vincent się potknął. Oboje wiemy, że tak nie było.
-Wolałabyś, żebym powiedział, że go popchnęłaś, a ten idiota się przewrócił? Miałabyś problemy.
-I sądzisz, że ich uniknę? On w końcu tą pamięć odzyska. I wtedy dopiero będę miała problemy.
-O tym pomyślimy wtedy, kiedy Vincent sobie wszystko przypomni.
- Okay, a więc druga sprawa. Jak ty to robisz? Najpierw pies, potem Vincent. Ty ich uzdrowiłeś. Cholera, przecież to niemożliwe.
 Stanley nic nie mówił. Spuścił wzrok i dla zyskami czasu upił odrobinę swojej kawy, posłodziwszy ją najpierw dwiema łyżeczkami cukru.
-Odpowiadaj - zniecierpliwiła się Prudencja.
-Okay, powiem ci. Ale jeśli dowiem się, że zdradziłaś to komuś, komukolwiek, to będę wkurzony. Bardzo - ostrzegł, po czym zaczął wyjaśniać. - Od jakiegoś czasu mogę manipulowć energią życiową. Nie wiem jak i skąd to się u mnie wzięło. Nie mam pojęcia, czy ktoś w mojej rodzinę też to potrafił. Nikomu o tym nie powiedziałem, więc jesteś pierwsza. Potrafię uzdrawiać i nie mam zielonego pojęcia jak. Tyle wiem.
-Ty masz supermoc!  O kurczę!
-Żartujesz? - spytał podejrzliwie.
-Ja? W życiu! To jest mega! O kurwa - szepnęła z podziwem.
  Stanley zaśmiał się. Rozmawiał jeszcze z Prudencją jakieś pół godziny. Już dawno nie spędzał czasu tak miło, jak w jej towarzystwie.




5 komentarzy:

  1. Wiedzialam <3 Każdy rozdział jest coraz lepszy ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Już nie mogę się doczekać następnego.!!! ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. Robi się coraz ciekawiej, choć mnie jeszcze zastanawia relacja Prudencji i Stanleya... Czy będzie z tego coś więcej niż zwykła znajomość.. No cóż, trzeba czekać i czytać by się dowiedzieć, rozdział jeden z dłuższych wydaje mi się co jest ogromnym plusem!

    OdpowiedzUsuń
  4. TO JEST MEGA . chce kolejny rozdział !!!

    OdpowiedzUsuń
  5. No no xd Czytam od początku ( z małymi przerwami xd) i muszę przyznać, że super ci to wychodzi xd Czekam na dalsze rozdziały z niecierpliwością, a tobie życzę weny! ;*
    Mads (Łapa) :)

    OdpowiedzUsuń