Prudencja nie mogła dłużej kryć swojego smutku. Kiedy Stanley otoczył ją delikatnie ramionami, ta przycisnęła do niego swoją sylwetkę. On uspokajająco gładził ją po plecach. Nic nie mówił, ona także się nie odzywała. Stali tak przez kilka dobrych minut i wtedy Stanley się powiedział:
-Zadzwonimy na policję i wszystko im opowiemy. Pożałują tego, że chcieli cię skrzywdzić - szeptał do niej kojąco. - Teraz pójdziemy do mnie, bo jest bliżej i zawiozę cię do lekarza. Musi opatrzeć twój policzek.
-Nie chcę iść na policję, to nic nie da - odpowiedziała ochrypłym głosem. Wysunęła się z objęć Stanleya i zapięła płaszcz.
-Jeśli nie pójdziemy, to wszystko im ujdzie na sucho - oponował.
-Ojciec tej suki to jakiś ważniak i jeśli zechce, to będzie miał policję w garści.
-Daj spokój, przecież twój ojciec jest prawnikiem.
-Mam gdzieś mojego ojca - powiedziała i wytarła wierzchem dłoni krew, która wciąż spływała z jej świeżej rany.
Stanley poddał się i powiedział tylko:
-Ale do lekarza musisz iść. Trzeba będzie zszywać. Chodź za mną.
Prudencja bez słowa poszła razem z chłopakiem. Wzięła swój plecak rzucony obok drzewa. Chwila słabości już minęła, więc musiała wziąć się w garść. Musiała jednak o coś go spytać.
-Skąd wiedziałeś, że oni, no wiesz...?
-Słyszałem ich rozmowę przed szkołą. Domyśliłem się, że chodzi o ciebie, ale pewności nie miałem. Musiałem sprawdzić.
Przez chwilę dziewczyna nie odpowiadała, ale w końcu mruknęła:
-Dziękuję.
Stanley popatrzył na nią i tylko kiwnął głową.
-Może mam do kogoś zadzwonić? - spytał tylko.
-Niby do kogo?
-A twój ojciec? Chłopak?
-Nie mam pojęcia, dlaczego ty sądzisz, że mam chłopaka.
-Myślałem, że ty i Brian...
-Ja i Brian co?
-No, że jesteście razem.
-Zaskoczę cię: istnieje coś takiego, jak przyjaźń damsko- męska.
-Nigdy w nią nie wierzyłem - odpowiedział.
Prudencja zaśmiała się mimo woli.
-Więc jednak czasem się uśmiechasz? Dziwne.
-Dlaczego dziwne?
-Bo ty zawsze jesteś smutna lub zła. Chyba, że rozmawiasz ze swoim chłopakiem.
-Przyjacielem - poprawiła go.
-Skoro Brian to twój przyjaciel, to kto dostąpił zaszczytu bycia twoim chłopakiem?
-Ten zaszczyt obecnie nie przypada nikomu.
-Nie wierzę ci.
-Trudno- odpowiedziała i oboje zamilkli.
Szli w ciszy przez kilka minut, aż w końcu znaleźli się na drodze przed domem Stanleya. Dziewczyna już zapomniała, jakie wrażenie na niej wywierał ten dworek. Jego bliźniak stojący obok, wyglądał odrobinę inaczej niż wcześniej. Podwórze wyglądało na uprzątnięte, a trawa- na skoszoną. Prudencja z zaciekawieniem spoglądała na niego, aż idący obok niej chłopak powiedział:
-Ktoś go kupił. Mają się wprowadzić za kilka dni.
Dziewczyna posmutniała. Miała nadzieję, że kiedyś sama go odwiedzi w nocy, kiedy nikogo nie będzie w pobliżu. Niestety jej plan nie będzie mógł dojść do skutku.
Przeszli przez otwartą bramę prowadzącą do domu chłopaka. Przed nim stał jego samochód, czarny Mercedes ML 350. Nowy i z pewnością drogi.
-Może wejdziemy do domu? Ochłoniesz i wtedy pojedziemy.
-Raczej nie chcę spotykać twoich rodziców. Nie mów im, ani nikomu o tym, co się stało w lesie. Sam też o tym zapomnij.
-Nie powiem rodzicom, ale z pewnością o tym nie zapomnę. Chodź.
Otworzył jej drzwi od strony pasażera. Wsiadła i zapięła pas. Kiedy on zajął swoje miejsce za kierownicą, czuła się odrobinę skrępowania. Od dawna nie towarzyszyło jej to uczucie. Prudencja była wdzięczna Stanleyowi za pomoc, ale nie wiedziała, czy od razu będzie zdolna go polubić. Gdyby nie on, pewnie już w tej chwili po internecie krążyłyby jej kompromitujące zdjęcia i nie skończyłoby się na ranie na policzku.
Stanley wyjechał spod domu i skręcił w prawo, jadąc do pobliskiego szpitala. Dziewczyna zobaczyła w lusterku swoją twarz. Ujrzała blade odbicie, pełne zadrapań i zaschniętej oraz na nowopłynącej krwi. Okulary były przekrzywione, ale ocalały. Wyjęła z kieszeni płaszcza chusteczkę i wytarła krew.
-Nadal krwawi? - spytał zaniepokojony Stanley.
-Mhm - mruknęła w odpowiedzi.
-Musiał głęboko ciąć. Nie chcę cię martwić, ale obawiam się, że zostanie ci blizna - powiedział, patrząc na ciemną drogę.
-Trudno - odpowiedziała swoim ulubionym słowem i wzruszyła ramionami.
-Wydajesz się tym nie przejmować.
-Bo się nie przejmuję - ucięła rozmowę.
Kilkanaście minut później wchodzili do szpitala.
-Jedź już, dam sobie radę - powiedziała Prudencja.
Stanley nic nie odpowiedział, tylko poszedł za nią. Jakiś czas czekali na krzesłach, aż w końcu wypadła ich kolej.
-Nie musisz ze mną wchodzić, nie jestem dzieckiem - zwróciła się do chłopaka, kiedy chciał wejść z nią do gabinetu. Tym razem posłuchał i usiadł na krześle naprzeciwko drzwi. Czekając, czytał stare czasopisma medyczne. W końcu drzwi otworzyły się i stanęła w nich Prudencja i wielkim opatrunkiem na lewym policzku. Za nią zauważył lekarza, więc podniósł się i podszedł do nich.
-I co? Wszystko w porządku?
-Twoja dziewczyna ma założone szwy. Za jakiś czas je zdejmiemy. Do tego momentu należy codziennie zmieniać opatrunek. Pozostanie blizna, ale z pewnością będzie cienka i niezbyt widoczna - odpowiedział lekarz.
-Bardzo dziękujemy - odpowiedział Stanley. - Dobranoc panu.
Oboje skierowali się w stronę wyjścia. Chłopak dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że doktor nazwał ją jego dziewczyną. A ona nie zaprzeczyła.
Pół godziny później była już w domu. Dochodziła dziewiąta. Kiedy zdejmowała buty ktoś zszedł z dołu. Usłyszała głos ojca.
-Czy mogę wiedzieć, dlaczego wracasz o tej porze?
-Po pierwsze: nie jest jeszcze późno, a po drugie: nic ci do tego - odpowiedziała i podniosła wzrok znad ubłoconych glanów.
-Nie mów tak do swojego...Dziecko, jak ty wyglądasz? - wykrzyknął nagle.
Spojrzał na jej zmęczoną i białą jak papier twarz. Zobaczył jej opatrunek i otworzył szeroko oczy ze zdumienia.
-W co ty się znów wplątałaś? I co ci się stało w twarz? Boże! Gdzie ty byłaś tyle czasu?
-Chcesz wiedzieć, co mi się stało? Okay, opowiem ci. Wracając ze szkoły, napadły mnie dwie osoby z mojej klasy, które chciały się na mnie zemścić, nawet nie wiem za co. Do dobrze, Lizzy uderzyłam piłką celowo, ale nie mam nic wspólnego ze zdejmowaniem kąpielówek Euanowi. Później uśpili mnie eterem i zanieśli do lasu. Euan rozciął mi policzek nożem i zaczął rozbierać, żeby zrobić mi zdjęcia nago. Pewnie wyglądałabym teraz sto razy gorzej, gdyby Stanley nie podsłuchał rozmowy tej dwójki. Znalazł ich i uciekli, a mnie zawiózł na pogotowie. Założyli mi szwy i wysłali do domu. Koniec.
-Żartujesz - powiedział z niedowierzaniem.
-Jasne, że tak. Przecież sama sobie rozorałam policzek - prychnęła i pobiegła do swojego pokoju.
Następnego dnia Prudencja nie poszła do szkoły. Rano obudziła się z migreną i bólem szczypiącym w policzek. Leżenie na mokrej ziemi też dało się we znaki, bo już w nocy zaczęła kichać i kaszleć. Obok łóżka zaczął się tworzyć stos zużytych chusteczek, bo katar nie dawał jej spokoju. Około ósmej, drżac z zimna, wstała, żeby wziąć prysznic. Założyła długą ciemnoczerwoną piżamę na guziki w ozdobne misie. Zeszła do kuchni i bardzo się zdziwiła na widok swojego ojca.
-A ty nie w pracy? - spytała.
-Już wstałaś? Zrobiłem sobie dziś wolne, bo słyszałem w nocy, jak kichasz. Rano byłem u ciebie w pokoju i miałaś gorące czoło. Siadaj, zaraz zrobię ci herbaty z sokiem malinowym - powiedział troskliwym głosem.
'Kim jesteś i co zrobiłeś z moim ojciem?' - pomyślała od razu Prudencja.
-Od kiedy się tak mną przejmujesz? - spytała, ale mniej burkliwym tonem, niż zwykle.
-Jestem twoim ojcem, to chyba normalne.
Dziewczyna nic nie odpowiedziała tylko usiadła. Mimowolnie zatrzęsła się z zimna.
-Idź na górę. No już! Połóż się, a ja za moment przyniosę herbatę i leki. Musisz dużo pić, bo się odwodnisz. I zrobię ci jakieś kanapki, dobrze?
Prudencja pomaszerowała na górę, wciąż zdziwiona nową postawą ojca. Po kilku minutach wszedł do jej pokoju, trzymając pełną tacę. Postawił ją na jej stoliku i nie wyszedł, dopóki nie przełknęła kilku łyków gorącej herbaty. Po jej ciele rozlała się fala gorąca i od razu poczuła się odrobinkę lepiej. Zjadła nawet kanapkę i z powrotem zasnęła. Usłyszała brzęczenie telefonu, ale była zbyt zmęczona i obolała, by go odebrać. Obudziła się dopiero około piętnastej, kiedy jej ojciec zapukał do drzwi.
-Jak się czujesz? - spytał.
-Wyśmienicie - zadrwiła. Mimo, że ojciec zachowywał się w stosunku do niej dużo przyjaźniej, ona nie mogła zapomnieć tego, jaki był jeszcze dwadzieścia cztery godziny temu.
Ojciec nie zwrócił uwagi na kpiący ton.
-Chwilę temu było tu dwóch chłopców. Pytali o ciebie. Mówili, że nie odbierasz ich telefonów.
-I gdzie są teraz? - spytała, myśląc o Brianie i Milesie.
-Powiedziałem im, że jesteś chora i śpisz. Prosili, żebyś się z nimi skontaktowała, kiedy poczujesz się lepiej.
Prudencja zadzwoniła później do Briana. Nie opowiedziała mu jeszcze o jej przygodzie z Lizzy i Euanem, ale wiedziała, że wkrótce będzie musiała to zrobić. Razem z Milesem dowiedzieli się o tym dopiero trzeciego dnia jej choroby, kiedy pan Hartfield uznał, że może już przyjmować gości. Zareagowali tak, jak się spodziewała. Byli tak zdenerwowani, że nie mogli usiedzieć w miejscu, a pod adresem jej oprawców leciało wiele obelg, które nie nadają się do cytowania.
Prudencja spędziła w domu cały tydzień. Wreszcie mogła iść do szkoły. Nie wiedziała, czego może się spodziewać. Z pewnością wszyscy będą zainteresowani jej opartunkiem na policzku i długą nieobecnością. Nie przejmowała się jednak innymi, tylko szła w stronę drzwi wejściowych. Zobaczyła tam - a jakże - Lizzy w otoczeniu jej świty. Poprawiła na głowie swój melonik i wsunęła głębiej okulary. Obok niej pojawił się Stanley.
-Hmm, cześć - powiedział niepewnie.
-Cześć - odpowiedziała mu, wciąż idąc.
-Lepiej się dziś czujesz?
-W porządku, dzięki.
-A policzek?
-Da się przeżyć.
Szli razem do wejścia, ale wtedy drzwi zagrodził im jakiś wysoki chłopak. Prudencja nie znała go. Miał ciemne długie włosy, sięgające ramion i bladą cerę. Patrzył wprost na nich ciemnymi oczami.
-Zejdź mi z drogi - powiedział do niego Stanley.
-Coś ty taki niemiły? - powiedział niskim głosem.
-Po prostu mnie nie denerwuj, okay? Przesuń się.
-Jak sobie życzysz - powiedział sztucznie miłym głosem i zszedł na bok.
Z tyłu zaczął się gromadzić mały tłum, który z zaciekawieniem oglądał całą scenę. Stanley otworzył Prudencji drzwi i wszedł za nią do szkoły.
-Kto to był, do cholery? - spytała.
-Właśnie poznałaś Vincenta, mojego kuzyna.
-Twojego kuzyna?
-Milutki, no nie? Wspomonałem ci, że ktoś się wprowadza do dworku obok mnie, prawda? Mówiłem o nim.
To on miał zbeszcześcić jej ukochany dworek? Prudencja poczuła, że z pewnością się z nim nie zaprzyjaźni.
aww <3 Czekam na kolejną część :3
OdpowiedzUsuńI wgl to zapraszam do mnie :*
Kocham to! Pisz dalej, błagam na kolanach!
OdpowiedzUsuńSuper! <3 :**
OdpowiedzUsuńMmm Kocham te opowiadanie ! <3
OdpowiedzUsuńSuperowe!
OdpowiedzUsuńSuper!!!!!!!!!!
OdpowiedzUsuńJest cudownie, trzymam kciuki za nastepne rozdzialy i oby pojawialy sie jak najszybciej <3
OdpowiedzUsuń