niedziela, 18 stycznia 2015

Rozdział 13.

  Wtedy ich zobaczyła. Szło przed nią trzech chłopców, których od razu rozpoznała. Nie widzieli się już kilka tygodni, więc Prudencja cała się rozpromieniła. Pisnęła radośnie i pobiegła w ich stronę. Przytulała ich wszystkich do siebie.
-Dlaczego nie powiedzieliście mi, że przyjedziecie? - spytała.
-Bo to miała być niespodzianka, geniuszu - odpowiedział Rob.
-I chyba się udała - dodał Matthew, uśmiechając się.
-No jasne! - wykrzyknęła. - To dokąd idziemy? Ojciec pewnie już wrócił, ale mam to gdzieś. Chodźmy do mnie.
-Jesteś pewna? Będziesz mieć przez nas kłopoty - powiedział zmartwiony Dick.
-Nie będę miała żadnych kłopotów. A nawet gdyby, to trudno. Idziemy, panowie!
  Chłopcy w końcu się zgodzili. Rozmawiali jeden przez drugiego. Prudencja bardzo się ucieszyła na ich widok. Spojrzała na ich znajome twarze, wiecznie podarte spodnie i starte kurtki, na długie włosy i kilkudniowy zarost. Bardzo jej ich brakowało. Brian i Miles mogli rozmawiać i uczyć się z nią godzinami, ale to nie to samo, co Mat, Rob i Dick. Razem tworzyli zespół. Nie tylko ten na scenie, ale przede wszystkim w życiu. To byli jej bracia.
  Cała czwórka była już pod bramą domu dziewczyny. Przed nią zobaczyła, niestety, samochód Davida Carlstone, ojca Stanleya. Wyminęła go jednak bez większej uwagi i otworzyła drzwi. Z kuchni dobiegał gwar kilku głosów. Domyśliła się, że rodzina Stanleya przyjechała do nich od razu po powrocie z Brighton.
-Chyba masz gości, Yoko. Może wpadniemy kiedy indziej - powiedział niepewnie Matthew.
-Dajcie spokój, chodźcie.
  Chłopcy poszli za Prudencją. Przez wielkie otwarte drzwi do kuchni cała czwórka zauważyła gospodarzy i gości. Mat, Rob i Dick grzecznie się ukłonili i przywitali ze wszystkimi. Jakiekolwiek by panowały stosunki miedzy Prudencją a jej ojcem, on bardzo lubił chłopaków. Znał ich bardzo długo. Mieszkali wszyscy przy tej samej ulicy w Windsor w Berkshire. Jeszcze przed kilkoma miesiącami osiemnastolatka mieszkała tam razem z ojcem i mamą. Wyprowadzili się dopiero po jej śmierci.
-Witajcie, chłopcy! - przywitał się ojciec, pan Hartfield. - Kiedy ja was ostatnio widziałem?
-No już będzie trochę tygodni - odpowiedział Dick. - Jak pan się miewa?
-Ja wyśmienicie, a co u was? Jak idą studia?
-Zdecydowanie za dużo nauki - zaśmiał się Matthew.
-Takie uroki szkoły. Chodźcie, opowiecie mi jak wam się wiedzie.
-Może kiedy indziej - powiedziała cierpko Prudencja. - Masz swoich gości, zapomniałeś? Chodźcie, chłopaki.
-No więc może innym razem, panie Hartfield - powiedział nieśmiało Rob.
  Mark Hartfield wrócił do swoich gości, a dziewczyna zabrała chłopców na górę, do swojego pokoju.
-Tylko się nie przestraszcie, bo dawno nie sprzątałam. Ale w sumie to wasza wina, bo mnie nie uprzedziliście - powiedziała karcącym głosem Yoko.
-Jesteś chyba jedyną dziewczyną jaką znam, która potrafi mieć taki syf w pokoju - powiedział Dick, patrząc na rozrzucone ubrania i sterty książek, zasłaniające połowę podłogi.
-Wal się, kotek. Ostatnio nie miałam weny do sprzątania.
-Tej weny ci brakuje chyba od dłuższego czasu, sadząc po stanie twojego pokoju.
-Hej, zejdź ze mnie. Nie miałam czasu, żeby to ogarnąć.
-To ci pomożemy - powiedział ochoczo Robert.
-Pamiętacie, jak kiedyś płacilismy Yoko, żeby nam sprzątała w pokojach?
-Ja pamiętam. Harowałam u was za pięć funtów za cały pokój - powiedziała dziewczyna.
-To były czasy - rozmarzył się Dick, rzucając się na łóżko.
  Przyjaciele rozmawiali ze sobą trochę czasu. Kiedy zegar wyświetlał godzinę dwudziestą, chłopcy postanowili już iść.
-Jutro po ciebie przyjdziemy pod szkołę, okay? Na noc wracamu do Windsoru, bo rodzice się czepiają, że w ogóle ich nie odwiedzamy - powiedział Robert.
-No dobrze, ale dopóki jesteście, musimy się gdzieś wybrać. Może gdzieś zechcą, żebyśmy zagrali?
-Zadzwonię do Leo, może coś nam wykombinuje.
-Spoko, a kiedy wracacie do Birmingham?
-Najprawdopodobniej w sobotę, więc trochę się z nami pomęczysz.
-Uwielbiam takie męki - zaśmiała się Yoko.

  Kolejnego dnia chłopcy tak jak obiecali, przybyli po nią pod szkołę. Razem spacerowali po ulicach Londynu, siedzieli przy pomniku Nelsona na Trafalgar Square i jedli zbyt słodkie pączki w jednej z cukierni. Dni mijały im beztrosko wśród śmiechu i rozmów. To dziwne, że nawet rozłąka i kilometry nie miały wpływu na ich stosunek do siebie. Byli prawdziwymi, wieloletnimi przyjaciółmi. Nic nie mogło ich zmienić. Nic nie mogło zmienić ich świata. Nadszedł piątek. Wtedy to czwórka miała zagrać mały koncert. Udało im się załatwić występ i znów mogli poczuć się, jak za dawnych lat.

***

  Wiedziałem, że ona tam będzie. Podejrzewałem, że na czas ich przyjazdu będą gdzieś grali. Musiałem się tylko dowiedzieć gdzie i kiedy. Na moje szczęście podsłuchałem jej rozmowę z chłopakami. Piątek, 20. 
  Nie powinienem tam iść. Nawet nie przepadałem za tą dziewczyną, ale ona miała w sobie coś takiego, co nie dawało mi spokoju. Zasypiając miałem przed oczami jej twarz. Chociaż trudno było ją dostrzec. Prudencja zgrywała lekko wyniosłą i obojętną na wszystko. Ja jednak wiedziałem, albo przynajmniej przeczuwałem co w niej tkwi. Chowała się za kurtyną włosów, nawet nie wiedziałem, jaki ma kolor oczu, ukryty za grubymi okularami. Prudencja pochylała się nisko nad ławką i odcinała od świata, wiecznie mając słuchawki w uszach. Jakby chciała zagłuszyć siebie i swój ból. 
  Co jednak mogło boleć taką dziewczynę, jak ona? Jej ojciec miał dużo pieniędzy, sama była ładna i wyjątkowo inteligentna, miała przyjaciół, własny zespół. Czego brakowało Prudencji? Owszem, nie miała matki. Ale ona nie wyglądała na kogoś, kogo przesadnie przejmowała rodzina. Nagle z zamyślenia wywołał mnie głos:
-Hej, Stan! Obudź się! - krzyknął do mnie mój młodszy brat, Michael.
-O co chodzi? - spytałem znużonym głosem.
-O nic, tylko, no wiesz... - jąkał się.
-Powiedz mi czego chcesz, albo wyjdź z mojego pokoju - zdenerwowałem się.
-Chodzi o to, że rodzice na nic mi nie pozwalają - zaczął się uskarżać.
-I co mi do tego?
-Jesteś moim starszym bratem! Powinieneś się za mną u nich wstawić.
-Nie jestem twoją sekretarką. Jeśli to już wszystko, to daj mi spokój, zaraz wchodzę.
-Dokąd? - spytał zaciekawiony.
-Nic ci do tego - burknąłem.
-Stan, przestań! Pomóż mi, bo ja mam dosyć. Rodzice traktują mnie jak dziecko, a ty możesz robić co ci się podoba. Masz długie włosy i ubierasz się tak, że matka przez ciebie prawie dostaje zawału. Ty możesz zgrywać buntownika, a mi nie wolno?
  Westchnąłem ciężko zirytowany.
-No dobra, zbieraj się - powiedziałem w końcu.
-Dokąd?
-Na koncert, idioto. Na koncert! Chciałeś być buntownikiem, czy nie? 
-Świetnie, a kto gra?
-Nie znasz, ale musisz się odpowiednio ubrać. Nikt cię nie wpuści, jeśli nie będziesz wyglądał chociaż trochę doroślej.
-Nie opanowałem jeszcze sztuki postarzania się w pięć minut, więc mi przykro.
-Młody, ty serio jesteś tak głupi? Po prostu się przebierz. Zaraz ci coś znajdę.
  Wyjąłem ze swojej szafy jedną z wytartych koszulek z jakimś zespołem, wytarte jeansy, a spod sterty ubrań wyjąłem swoją starą, już dawno za małą skórzaną kurtkę.
-Wkładaj to. Weź jeszcze trampki i przestań tak idiotycznie zaczesywać te włosy, okay? Masz pięć minut. Jeśli się nie wyrobisz, to idę bez ciebie.

  Pół godziny później ja i Mike byliśmy już pod klubem. Michael od razu zaczął się ekscytować.
-Myślisz, że mnie wpuszczą? Wyglądam, jakbym był pełnoletni?
- W sumie, to nie wyglądasz, ale znam bramkarza, więc cię wpuści.
  Przywitałem się z ochroniarzem, a młody patrzył na mnie zafascynowany. Może to głupie, ale czułem się lekko połechtany, widząc że Mike miał mnie za jakiegoś bohatera. Kiedy weszliśmy do sali, słyszałem jak piszczy z zachwytu. Podejrzewałem, że nigdy nie był w takim miejscu.
-Rodzicie mnie zabiją, jak się dowiedzą, że mnie za sobą zabrałeś - powiedział.
-A w ogóle, to jaką im bajeczkę wcisnąłeś? - spytałem, idąc z nim do baru.
-Myślą, że jestem u kumpla.
-I lepiej, żeby nie dowiedzieli się prawdy. Chyba miałbym bardziej przechlapane, niż ty.
  Podeszliśmy do lady. Zamówiłem dwa piwa, dla siebie i dla Mike'a. Barman nawet nie zwrócił na nas większej uwagi.
-Jeśli upijesz się tym jednym piwem, to już nigdzie cię nie zabiorę.
-Jasne, przecież nie pierwszy raz pije piwo.
-Ten raz, kiedy w wieku pięciu lat podebrałeś ojcu trochę cydru się nie liczy.
-Bardzo śmieszne. Lepiej już bądź cicho, bo zaraz zaczną grać. Jak się nazywa ten zespół?
-Dear Prudence.
-Droga Prudencjo? Hej, ale Prudencja, to przecież... - urwał.
-Wiem i zamknij się już.
  Na scenę weszła ona. Poczułem się dziwnie. Może jednak mógłbym ją polubić? Mike zakrztusił się piwem, widząc ją w bordowej bluzce, tak luźnej, że odsłaniała nabity ćwiekami stanik. Miała skórzane spodnie i nieodłączne trampki.
-O cholera! To jest laska - powiedział rozmarzony Mike.
-Tylko nie laska, okay? Naucz się szanować kobiety.
  Kiedy zespół grał, Stanley nie mógł oderwać oczu od Prudencji. Miechael chyba to zauważył, bo spytał:
-Ty się w niej zabujałeś? Nie, nie musisz odpowiadać. Widzę jak się na nią gapisz.
-Odczep się, młody. Patrzę, bo... - zająknąłem się.
-Bo?
-Bo na kogo innego miałbym patrzeć, jak nie na grający zespół?
-Wmawiaj to sobie. Ja wiem swoje. Ona ci się podoba, a ty podobasz się jej.
-Ja podobam się jej? A skąd taka myśl?
-Bo ja widzę, jak ona gapi się na ciebie. Nie zauważyłeś tego?
-Pieprzysz, Mike. A poza tym, ona ma chłopaka.
-Tak? Ciekawe kogo.
-Tak naprawdę to nie mam pojęcia, ale ciągle wokół niej są jacyś faceci.
-Jesteś zwykłym tchórzem, wiesz? Ty się boisz, że ona będzie cię miała gdzieś. Nie podejdziesz do niej na krok, jeśli będzie cień szansy, że ona cię oleje.
-To nie tak. Ja po prostu... To ja mam ją gdzieś. Ta dziewczyna w ogóle mnie nie obchodzi - powiedziałem, patrząc jak Prudencja śpiewa jakąś starą piosenkę.
-Oj, bracie. Niby jesteś ode mnie starszy, ale strasznie głupi. Podejdź do niej. Albo chociaż poczekaj, aż się upije.
-O nie! Tylko nie pijana Prudencja. Tydzień temu miałem z nią do czynienia, kiedy była zalana.
-Serio? I co robiła?
-Szczerze?
-No tak.
-Zemdlała ma mój widok.
-Żartujesz - nie uwierzył mi.
-Mówię prawdę. Zemdlała, a raczej straciła przytomność na moich rękach.
-Ty to masz przygody - zaśmiał się i wróciliśmy do oglądania zespołu.
  Siedzieliśmy jeszcze dobrą godzinę i wciąż spoglądałem na dziewczynę. Kilka razy nasze spojrzenia się skrzyżowały i patrzyliśmy na siebie o kilka sekund za długo, żeby to nie było podejrzane. Ale jak mam przestać? Nie wiedziałem, kim dla mnie jest ta dziewczyna. Ale zamierzałem to wkrótce wyjaśnić.

1 komentarz:

  1. Chce więcej to tak bardzo wciąga ! codziennie wchodzę i patrzę czy jest nowy rozdział :D

    OdpowiedzUsuń