Gdy Prudencja wróciła z ojcem do domu, nie mogła przestać myśleć o widoku Stanleya w jednym z opuszczonych dotychczas domów. Bardzo ją ciekawiło, skąd Carlstonowie dowiedzieli się o właśnie tym domu na sprzedaż. Nie chciała jednak się w to zagłębiać, to nie były jej sprawy.
I było jeszcze coś. Teraz ojciec jej i Stanleya będą wspólnikami. Coraz więcej spraw nieuchronnie zbliżało ją do tego chłopaka.
Prudencja przespała niespokojnie noc, pełnej snów o dwóch rezydencjach. Rano wstała niewyspana i z podkrążonymi oczami. Włożyła na siebie koszulkę Nirvany, koszulę w czarno- granatową kratę, ciemne boyfriendy z poszarpanymi dziurami oraz skórzane all stary. W kuchni spotkała już ojca i Edith. Od razu skierowała się w stronę lodówki. Wyjęła z niej czekoladowy pudding i usiadła z nim przy stole.
-To ma być śniadanie? - spytał ojciec.- Może zjesz kanapkę? Będziesz w szkole głodna.
-Nie będę, a poza tym, pudding mi wystarczy.
-A ja tam nie jem słodyczy - oznajmiła Edith. - Trzeba dbać o formę - dodała patrząc z wyższością na Prudencję.
-Figura to nie wszystko, dziecko - powiedział znawczym tonem pan Hartfield.
Prudencja nie przejęła się słowami przyrodniej siostry i ze smakiem zjadła swoje 'śniadanie'.
-Dziś pojedziecie do szkoły razem - powiedział ojciec. - I bez dyskusji - dodał widząc niezadowoloną minę Edith.
Prudencja miała jeszcze piętnaście minut, więc wbiegła na górę, by skończyć makijaż. Udało jej się zrobić proste kreski eylinerem i nie rozmazać tuszu. Włosy jak zwykle upięła w kok. Wzięła ze sobą kurtkę i założyła plecak.
Jazda samochodem do szkoły minęła w ciszy. Edith siedziała z tyłu i w małym lusterku sprawdzała, czy wszystko jest idealnie. Nie chciała się pokazać przed klasą z jakimiś defektami.
-Byłbym zapomniał - odezwał się Mark Hartfield. - W sobotę idziemy na kolację z Carlstonami. Wszyscy - dodał, patrząc na Prudencję.
-Koniecznie? - spytała.
-Koniecznie. David to mój stary kolega ze szkoły, a teraz także wspólnik. A poza tym, chyba chodzisz z jego synem do jednej klasy?
-Niestety - mruknęła cicho.
-Słucham?
-Nic, nic. Nie mogę się doczekać - powiedziała z drwiną w głosie.
Przez resztę dnia Prudencja musiała znosić komentarze Lizzy, ignorowanie przez resztę szkoły i myśli o sobocie. Dni mijały szybko. Dziewczyna planowała nagły atak grypy czy bólu brzucha- cokolwiek, byleby tylko nie być zmuszoną iść na kolację. Szczerze rozważała też próbe zlamania jakiejś kończyny.Nie zniosłaby siedzenia przy jednym stole razem z Margaret, Edith i oczywiście Stanley'em.
Gdyby problemów było mało w czwartek do Prudencji zadzwonił Matthew, kolega z zespołu. Dowiedziała się, że razem z chłopakami przyjeżdżają na weekend. I co najlepsze- w sobotę będą grali mały koncert. Mieli zagrać za jakąś grupę, która z niewiadomych przyczyn nie mogła wystąpić. Kolacja miała być o 19, koncert o 22. Musiała zdążyć. Opracowała nawet specjalny plan. W sobotę rano spakowała do plecaka swój strój na koncert. O jedenastej przyjechali Robert i Dick. Dziewczyna rzuciła się na nich i wyściskała ich zdumione sylwetki. Bardzo za nimi tęskniła. Dała im swój plecak z rzeczami i oczywiście gitarę w futerale. Chłopcy szybko się zmyli, żeby nie zauważył ich nikt z domowników.
Kiedy nadeszła godzina siedemnasta, Prudencja uświadomiła sobie, że nie ma pojęcia, w co się ubierze. Ostatecznie wybrała czarną sukienkę z panterkowym kołniezykiem, która od pasa w dół układała się w miękkie rozkloszowane fale. Do niej założyła czarne zakolanówki i panterkowe creepersy. Włosy zebrała w zgrabny koczek, a zamiast codziennych okularów założyła te z kocimi oprawkami. Sukienka odsłaniała jej tatuaż na przedramieniu przedstawiający, a jakże, sylwetki czterech Beatlesów. Lubiła go eksponować. Miała jeszcze trzy tatuaże i wszystkie kochała jednakowo.
Prudencja była już prawie gotowa. Jeszcze tylko pociągnęła usta ciemnobordową szminka. Zabrała swoją skórzaną kurtkę i małą torebkę, i zeszła na dół. W hallu czekała już reszta. Ojciec miał na sobie nowy garnitur, Margaret krwistoczerwoną sukienkę, a Edith różową mini. 'Wygląda jak dziwka' - pomyślała Prudencja. Jej myśli wcale nie mijały się z prawdą. Minispódniczka ledwie zakrywała jej majtki. O ile je miała.
- Wszyscy gotowi? Chodźcie już, nie możemy się spóźnić- oznajmił Mark.
Jazda minęła w podnieconych szeptach Margaret i Edith, która planowała wywrzeć jak największe wrażenie na rodzinie Carlstonów. A szczególnie na Stanley'u. Był wyjątkowo przystojny, a Edith nie mogła przepuścić takiej okazji. Kiedy przybyli, przy ich stoliku jeszcze nikogo nie było. Po kilku minutach dosiedli się do nich Carstonowie. ('Och, jakże nam miło! Siadajcie! Nie, wy pierwsi!'). Uprzejmosciom nie było końca. Margaret usiadła obok pani Jasmine, a Prudencja była zmuszona usiąść obok Stanleya. Był on ubrany w ciemne jeansy, czarną koszulę i marynarkę. W butonierkę wetknął czerwoną chusteczkę w białe kropki. Prudencja niechętnie uznała, że wyglądał wyjątkowo dobrze. Włosy związał w kucyk, co jeszcze dodawało mu uroku.
Kolacja była całkiem miła, jednak tylko do czasu.
-Piękne masz córki, Mark - powiedział David Carlstone.
-O tak, w tej kwestii mi się poszczęsciło.
-Ale do kogo są podobne, co? Edith to kopia swojej mamy - tu zwrócił się ku Margaret. - A Prudencja?
Tu nastąpiła chwila konsternacji. Dziewczyna była bardzo podobna do swojej matki. Niestety Carlstonowie nie mieli pojęcia, ze jej matka nie żyje.
-Prudencja tez jest bardzo podobna do mamy. Wyjątkowo podobna - powiedział Mark.
-Z całym szacunkiem, ale tu się nie zgodzę. Prudencja według mnie nie jest podobna do Margaret.
Dziewczyna nie wytrzymała.
- A jak według pana mialabym być podobna do kogoś, kto nawet nie jest ze mną spokrewniony?
David nie wiedział, co ma odpowiedzjeć. Nie rozumiał całej sytuacji.
-Widzisz David, Prudencja jest córką Sary, mojej pierwszej żony. Sara zmarła w marcu - wyjaśnił Mark.
Prudencja z trudem powstrzymywała łzy. Nienawidziła wracać do tego tematu. A z pewnością nie przy rodzinie Stanleya.
- Bardzo mi przykro. Nie miałem pojęcia. Naprawdę glupio się czuję.
-Nic się nie stało. Przecież nie mogłeś o tym wiedzieć.
Stanley popatrzył na Prudencję, która siedziała z pochyloną głową, mocno zaciskając powieki. Zdziwiła go informacja o śmierci jej matki. Dziewczyna nie dawała po sobie poznać, że coś takiego mogło się wydarzyć. Zawsze udawała silną, wmawiała sobie i innym, ze jest samowystarczalna, że nie potrzebuje nikogo. Tak naprawdę była tylko człowiekiem. Bardzo słabym i jak każdy człowiek miała problemy i zmartwienia. Stanley zdziwił się, że jej zmartwienia są aż tak poważne.
Po tej sytuacji rozmowa przez jakiś czas się nie kleiła. Tylko Margaret niewzruszona niczym, kontynuowała wywody. Opowiadała Jasmine o Edith w samych superlatywach, Prudencję jak zawsze pomijała.
Osiemnastolatka spojrzała na zegarek. Ku jej zmartwieniu była już 21. Jeśli dziewczyna zaraz nie zacznie się zbierać, nie zdąży na koncert. Była też zaskoczona, bo Stanley wyglądał, jakby wyraźnie się niecierpliwił. Wiercił się na krześle i ukradkiem co chwila wyciągał telefon, by coś sprawdzić. Prudencja skorzystała z okazji, ze wszyscy oprócz jej ojca byli zajęci rozmową i odezwała się do niego cicho.
-Tato? Sorry, ale muszę się już zbierać. Rano chłopcy przyjechali i za niecałą godzinę gramy.
-Chcesz teraz wyjść? - zdziwił się.
-Cholera, muszę. Oni mnie zabiją, jeśli nie zdążę - powiedziała niecierpliwym tonem.
- No dobrze, idź.
Prudencja wstała od stołu i zwróciła się do Davida i Jasmine.
-Było mi bardzo miło państwa poznać, ale niestety muszę już uciekać.
-Nam również było bardzo miło, kochanie - powiedziała Jasmine.
-A właśnie! Już po dwudziestej pierwszej. Prosiłeś mnie, Stanleyu, żebym ci pozwolił się zmyć o tej porze - zaśmiał się David. - Więc i ty już idź.
Po kilku grzecznościach Prudencja wybiegła szybko z restauracji i szybkim krokiem pomaszerowała wzdłuż chodnika. Miała jakieś pół godziny na dojście do klubu. Stanley oczywiście szedł za nią.
- Śledzisz mnie, do cholery? - spytała.
-Ciebie? Skąd to pytanie? - zdziwił się.
-Może stąd, ze za mną leziesz, palancie.
-Nie przyszło ci do głowy, że po prostu idziemy w tym samym kierunku?
Prudencja zaczerwieniła się lekko.
-Okey, Boże, musisz się od razu wkurzać. A mówią, że to ja jestem wredna,
- Bo jesteś - odrzekł.
-Spierdalaj.
-Dobra, dobra. Teraz serio jesteś wredna.
Prudencja się nie odezwała.
- W takim razie dokąd się wybierasz? Oczywiście jeśli mogę spytać.
-Do Spinner's End.
-Niemożliwe...
-Ponieważ?
-Ponieważ ja tam właśnie idę.
- To przeznaczenie - zadrwił.
-Ty serio jesteś popieprzony. W szkole patrzysz na mnie tym swoim kpiącym uśmieszkiem, jakbyś pozjadał wszystkie rozumy. Wydaje ci się, ze jesteś najmądrzejszy i oczekujesz największych względów. A jak już ktoś chce ci je okazać, to masz tego kogoś w dupie. Twoja logika mnie rozbraja.
Stanley wykonał pantomimę rannego, trzymając się za serce.
-Potrafisz ranić - zakpił. - Skoro chcesz, to ciebie też mogę ignorować.
-Z chęcią - odpowiedziała, przyspieszając i zostawiając go w tyle.
Po kilkunastu minutach dziewczyna była na miejscu. Słyszała kroki Stanleya, który szedł tuz za nią. Stanął w kolejce do wejścia, natomiast Prudencja podeszła prosto do bramkarza.
-Hej Iggy - zwróciła się do niego.
-Cześć mała. Wchodź, bo chłopaki juz na ciebie czekają.
-Dzięki - odpowiedziała i wslizgnęła się obok niego.
W klubie panował półmrok. Sporo osób kreciło się przy barze. Dziewczyna pomachała tylko barmanowi i poszła dalej w stronę drzwi przy scenie. Tam spodkała już Matthew, Roba i Dicka. Czekali na nią. Byli ubrani jak zwykle w swoje porozciągane, choć dodające im uroku ciuchy. Dziewczyna przywitała się z nimi i kazała odwrócić, kiedy zmieniała sukienkę.
Ubrała się w cieniutką bawełniana koszulkę na ramiączkach, dla odmiany czarną, która była tak luźna, by odsłaniać jej czarny koronkowy stanik. Do tego zwiewna spódnica. Zakolanówki i buty zostawiła tak, jak były. Wyjęła tylko wsuwki z koka i próbowała przeczesać palcami włosy. Fryzura wyglądała trochę, jak po wstaniu z łóżka, ale nie było tragedii. Starła z ust szminkę i poprawiła je inną, czerwoną. Wyglądała dość dziwnie, a zarazem seksownie. Czyli tak, jak chciała.
Wyszli na scenę. Dziś zagrali głównie kawałki Nirvany. Prudencja śpiewała tak, że każdy jej słuchał. A grała jeszcze lepiej. Trącała długimi palcami struny gitary, wydając z niej niesamowite dźwięki. Grając była zupełnie inną osobą. W pewnej chwili zauważyła siedzącego przy barze Stanleya. Ona jednak usmiechnęła się szeroko i wykrzykiwała kolejne słowa In bloom. Chłopcy patrzyli na nią ze zdziwieniem.
Nagle na scenę wskoczył jakiś chłopak i zaczął podskakiwać w rytm muzyki. Zazwyczaj ją to denerwowało, ale nie tym razem. Nie przestając grać podeszła do niego i skakała razem z nim. W końcu zbliżyła się do niego i ruchem głowy wskazała mu publiczność. Od razu zrozumiał i z rozbiegu rzucił się na stojących obok sceny. Ci ponieśli go na rękach, a Prudencja nadal zdzierała gardło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz