Prudencja stała w otwartych drzwiach szafy, przeglądając jej zawartość. Ktoś mógłby się zdziwić, ile ubrań w kolorze czarnym może mieć jedna osoba. W końcu zdecydowała się na czarny sweter z małą kieszonką, z której wystawała główka szarego kota, czarne wranglery i cieniutką obrożę nabitą ćwiekami. Włosy związała w kok i wpięła w niego różową kokardę.
W kuchni zastała już ojca i córkę Margaret, Edith. Ojciec popatrzył na nią znad kubka parujacej kawy.
-Wstałaś już? To dobrze. Zabiorę dzis was razem do szkoły. Nie będziecie musiały iść na piechotę - powiedział.
-Mark!- zwróciła się Edith w stronę ojca Prudencji głosem pełnym irytacji. - Ja nie chcę z nią jechać. Mam pokazać się publicznie z tym czymś? - wskazała palcem Prudencję.
-Edith, nie mów tak do siostry - zganił ją pan Hartfield. - Przecież nie musicie się razem trzymać, po prostu jedziecie wspólnie do szkoły.
Prudencja nie przejęła się jej słowami. Było jej wszystko jedno, co sądzą o niej inni. Gdyby brała to wszystko do siebie, juz dawno uległaby załamaniu.
Edith jednak nie dawała za wygraną:
- No ale to mój pierwszy dzień w tej szkole! Nie chcę być od razu kojarzona z nią. Jej nikt nie lubi! Mark, zrób coś!
Starsza dziewczyna już wiedziała, że ojciec będzie chciał dogodzic tylko córce Margaret. Ją miał gdzieś.
-Jedźcie sobie. A tak w ogóle, to ja wolalbym nie być kojarzona z tobą, a nie na odwrót - wtrąciła w końcu.
-Mark, słyszales? Słyszałes jak ona się do mnie odzywa? - spytała z wyrzutem, patrząc triumfalnie na Prudencję.
-Prudencjo, przeproś siostrę.
-To nie jest moja siostra. I nie przeproszę. Nie mam za co.
-Uważaj sobie, dziewczyno - uniósł się. - Na takie zachowanie nie będę zezwalał w moim własnym domu!
-Twoim własnym? Wypchaj się nim, tatusiu - powiedziała drwiąco i zwróciła się do Edith. - Nie masz już problemu. Idę na piechotę - i wyszła z domu, zabierając kurtkę i plecak-kostkę z mnóstwem naszywek ulubionych zespołów.
Była juz za bramą, kiedy zorientowała się, ze coś jest nie tak. Spojrzała na swoje buty i westchnęła. Miała bowiem wciąż na nogach swoje króliczkowe kapcie. Wróciła do domu i założyła krótkie czarno- białe glany.
Po półgodzinie marszu była już pod szkołą. Wyszła wcześniej, niż powinna, więc wokół dużego budynku kręciło się niewiele osób. Wstąpiła jeszcze do sklepiku, by kupić małą butelkę coli. Wyjęła z kieszeni kurtki swój plan zajęć, który, pod nagłówkiem 'wtorek', oznajmiał: lekcja pierwsza- literatura angielska. Powędrowała więc schodami w górę do sali numer 62. Lubiła te zajęcia. Czytała dużo książek, które były dla niej azylem. Miała też sporą wiedzę na temat pisarzy rodaków. Nie wychylała się jednak na lekcjach ponad innych. Przyjęła zasadę- im mniej inni o tobie wiedzą, tym lepiej. Wolała pozostać anonimowa w gronie zarówno uczniów, jak i nauczycieli.
Prudencja dotarła wzeszcie do poszukiwanej klasy. Drzwi były odrobinę uchylone. Postanowiła wejść, ale już na progu chciała się wycofać. Zobaczyła bowiem siedzącego już w sali Briana. Kiedy wchodziła do klasy, podniósł głowę. Nie spojrzała na niego, ani się nie przywitała. On natomiast przyjżał się jej ciekawskim wzrokiem i powiedział:
-Cześć! Ty też tak wcześnie przyszłaś? Ja nie chciałem się spóźnić. No wiesz. Pierwszy dzień. Jaki jest nasz nauczyciel literatury? Mam nadzieję, że nie jest strasznie surowy. Nie jest, prawda? - ciągnął swój monolog, nie zauważając, że Prudencja nie zwraca na niego najmniejszej uwagi. - Ogólnie ta szkoła jest nawet spoko. Fajne ludzie i w ogóle. Tobie też się podoba? A widziałaś już spis lektur? To jakaś masakra. Kto o zdrowych zmysłach czyta książki Jane Austen? No powiedz, kto?
Prudencja pomyślała, że w sumie to jedna z jej ulubionych aurotek. No ale Brian pytał o kogoś o zdrowych zmysłach, a dziewczyna nie do końca miała o sobie takie zdanie.
-Poznałaś już tu kogoś? Bo ty też jesteś nowa, nie? - nie czekając na odpowiedź, kontynuował wywód.
Dziewczyna siedziała już w tym czasie przy swoim stoliku w najdalszym kącie sali. Ułożyła swój podręcznik, nowy zeszyt i mały granatowy piórnik. W końcu zaczęła się irytować tym dennym potokiem słów, który nieustannie wylewal się z ust chłopaka.
- Bo wiesz, ja miałem iść do innej szkoły, ale rodzice stwierdzili, że no wiesz, ta jest najlepsza. A ja nie mogę przecież iść do jakiejś...
-Czy ty możesz się przymknąć? Napierdalasz o czymś, co w sumie mnie gówno obchodzi - Prudencja krzyczała. Nie zwróciła uwagi, że w drzwiach stoi nowoprzybyły Stanley. - Człowieku, ja mam swoje życie. A twoje problemy mam gdzieś. I zacznij zawracać dupę komuś, kogo to interesuje. Boże, wiesz co? Nie odzywaj się do mnie. I nie patrz w moją stronę! Nie znam cię, nie mam ochoty cię poznać, a co więcej- mam cię w dupie - i usiadła, zdając sobie sprawę z tego, że ze zdenerwowania wstała z krzesła.
Prudencja była z natury wybuchowa, ale starała się panować nad sobą. Wtedy jednak nie wytrzymała. Brian wytrzeszczył na nią oczy, ale nic nie powiedział. Właśnie zauważyła Stana stojącego w drzwiach, który (o ironio!) dusił się ze śmiechu. Najpierw cicho chichotał, a potem nie wytrzymał i wybuchł kpiącym rechotem. Do klasy schodzili się inni uczniowie i zagadkowo patrzyli na całą trójkę: zdezorientowanego Briana, duszącego się ze śmiechu Stana oraz Prudencję z miną jednocześnie wyrażającą zdenerwowanie jak i rozbawienie.
Po chwili Stanley uspokoił się i już miał ruszyć w głąb klasy w poszukiwaniu miejsca, kiedy do sali weszła profesor Knightley.
Nauczycielka miała już około sześćdziesiątki, ubierała się w najczęściej w moherowe spódnice i tweedowe żakiety. Także i tego dnia nie zawiodła uczniów, miała swój zwyczajny strój śmierdzący naftaliną i pantofle na małym obcasie, modne przed trzydziestoma laty. Siwe włosy upięła w kok. Zwróciła swoje oczy ukryte za grubymi szkłami okularów w stronę Stanley'a.
-Może by pan zechciał usiąść, panie... - urwała, uświadamiając sobie, że nie zna jego nazwiska.
- Carlstone.
-No tak. Siadaj już.
Stanley skierował się w stronę wolnej ławki, ale zatrzymał go głos nauczycielki.
- Chwila! Nie będziesz siedział sam. Na moich zajęciach uczniowie mają siedzieć w parach.
I tu powtórzyła się sytuacja z poprzedniego dnia. Jako, że z Brianem siedziała Lizzy, Prudencja była oczywiście jedyną samotnie siedzącą osobą. Stan skierował się do jej ławki i usiadł na krześle obok. Dziś był ubrany w ciemne jeansy, nie za wąskie, nie za szerokie, trampki i koszulkę Nirvany. Na niej leżała skórzana kurtka, którą miał na sobie wczoraj. Włosy związał w wyższy kucyk. Dziewczyna przyznała w duchu niechętnie, że wygląda całkiem dobrze.
- Dzień dobry - usłyszeli glos nauczycielki, który otrzasnął Prudencję z zadumy. - Wczoraj pewnie dostaliście wykaz lektur na ten rok. Pan Smelly był tak uprzejmy, że zgodził się wam go dostarczyć. Wyjmijcie go teraz, żebyśmy mogli go przeanalizować. No tak. Pewnie zauważyliście kilka ciekawych książek na tej liście. Może ktoś z was przeczytał już coś z niej. Nikt? Evelyn? - zwróciła się do jednej z kujonek. - Nie czytałaś nic?
- Przez wakacje skupiłam się na innych książkach. Myslałam, ze będziemy w tym roku przerabiać zupełnie inne dzieła, pani profesor.
- Ale przerabiamy właśnie te! Chłopcy, wy też nie przyswoiliście sobie żadnej z tych pozycji?
-Pani profesor, ja bardzo intensywnie przyswajałem sobie rożne pozycje, ale akurat nie w tym sensie - powiedział jeden z uczniów, a reszta wybuchła gromkim śmiechem.
-Zabawne, strasznie zabawne. Dokładnie na poziomie, jaki sobą reprezentujesz -powiedziała nauczycielka. - A może Prudencja coś przeczytała?
Dziewczyna podniosła ggłowę na dźwięk swojego imienia i powiedziała:
-Eee, no tak. Kilka z tych książek już przeczytałam - powiedziała niepewnym głosem.
- Tak? A które z nich dokładnie?
- Wszystkie z listy autorstwa Jane Austen, 'Zabójstwo przy Rue Morgue' Edgara Allana Poe i 'Jane Eyre', pani profesor - wyliczała.
- To bardzo dobrze, bardzo dobrze. I któraś przypadła ci specjalnie do gustu?
- Zdecydowanie 'Emma' - odpowiedziała. Usłyszała już drugi raz w ciągu kilku minut śmiech Stanley'a.
- Mogę wiedzieć, co pana tak śmieszy? - zwróciła się do niego nauczycielka.
- Śmieszy mnie to, że komuś mogą się podobać takie książki. Chyba każdy wie, że Jane Austen nie podejmowała trudniejszych tematów w swoich książkach, niż nieodwzajemniona miłość tych dzielnych heroin - kpił.
-A o czym według ciebie mogłaby pisać dziewiętnastowieczna młoda kobieta, która, jak większość, interesowała się miłością? - oponowała Prudencja.
-O wszystkim, tylko nie o tym! Jest cała masa pisarek skupiających się na jednym i tym samym. Czy chociaż ona nie mogła być odrobinę kreatywniejsza?
- No skoro ty jesteś taki mądry, to dlaczego jeszcze sam nic nie napisales, panie Kreatywny?
Ta wymiana zdań trwałaby przynajmniej do końca lekcji, gdyby nie przerwała jej pani Knightley.
- Możecie się uspokoić? Skoro tak bardzo chcecie wymienić się swoimi spostrzeżeniami na ten temat, to bardzo proszę, ale w odpowiednim czasie. A ten jeszcze nie nadszedł.
I po tych słowach rozpoczęła nowy temat. Uczniowie siedzieli jak zahipnotyzowani, bo starsza nauczycielka potrafiła wprost usypiać głosem.
Większość lekcji zleciała wśród nudy i monotonnego opowiadania o tym, co na danym przedmiocie będzie przerabiac klasa. Uczniowie doczekali wreszcie ostatniej lekcji, jaką było wychowanie fizyczne. Większość dziewczyn pozałatwiała sobie zwolnienia lekarskie. Ale nie Prudencja. Ta powlokła się do szatni dziewczyn, w której były oprócz niej tylko cztery osoby. Akurat takie, które na szczęście bały się Prudencji. Tak, naprawdę się jej bały. Ona jednak nie zwróciła na nie uwagi i zaczęła przebierać się w strój sportowy, na który składały się: krótkie czarne spodenki, T-shirt z nadrukiem Rolling Stonesów i para nowych reebooków. Zdjęła okulary i z wprawą włożyła soczewki kontaktowe. Nie chciała ryzykować ich utraty przez rozbicie ich piłką. Znała już to uczucie, kiedy połamane oprawki wżynają się w nos.
Zadzwonił dzwonek i Prudencja weszła na salę. Niestety w ich szkole WF był koedukacyjny i musiała ćwiczyć razem z chłopcami. Przekraczając próg prawie wpadła na nauczyciela wuefu, pana Metternach.
Trener był wysoki i dość młody. Musiał ukończyć studia przed kilkoma laty, bo wyglądał na osobę przed trzydziestką. Wszyscy w szkole wiedzieli, ze leciał na wszystkie ładniejsze dziewczyny. Oczywiście nie wdawał się z nimi z związki, tylko podziwiał. Tak jak w tamtej chwili.
- Eee, przepraszam - mruknęła Prudencja mijając nauczyciela.
- Nic się nie stało, proszę dołącz do kolegów - odpowiedział.
Kiedy szła w stronę klasy, czuła, że Metternach gapi się na jej tyłek. Dlatego specjalnie schyliła się, udając, że sznuruje buta. Wiedziała, że nauczyciel wciąż stoi w tym samym miejscu i niemal ślini się na widok jej pośladków i długich nóg.
Dziewczyna w końcu wyprostowana się i uśmiechnęła do siebie triumfalnie. Zobaczyła, że nauczyciel jeszcze nie doszedł do siebie. A Prudencja uwielbiała prowokować. W końcu Metternach otrząsnął się z transu i odchrząkną.
-No juz, ustawcie się w szeregu. W tym semestrze będziemy ćwiczyć na wiele sposobów. Szczególnie jednak chcę zwrócić uwagę na siatkówkę. W tym roku jak zawsze pojedziemy na mały szkolny turniej. Z każdej klasy postaram się wyłonić kogoś, kto zajmie miejsce w drużynie. Dlatego też już od dziś zaczniemy eliminacje. Zagralibyście chłopcy przeciw dziewczynom, ale sami widzicie, że w tym roku płeć piękna ma inne plany na zajęcia wuefu, niż ćwiczenie na nim - powiedział znawczym tonem. - W takim razie najpierw ktoś poprowadzi rozgrzewkę, a potem wybieramy składy.
Po piętnastominutowej rozgrzewce wszyscy stali zdyszani, trzymając się pod boki. Czekali, aż zostaną wybrani do jednego z dwóch składów. Żeby było zabawniej, osobami wybierajacymi byli: Brian i Stanley. Prudencji nie uśmiechało się być ani w jednej drużynie, ani w drugiej. Briana nie lubiła za jego gadatliwosć i ciągłe wymądrzanie, a Stana nie tolerowała głównie z zasady. Obaj chłopcy całkiem przyzwoicie prezentowali się w strojach sportowych. Nie byli typami muskularnych sportowców, ale Stanley'owi nie jeden chłopak mógłby pozazdrościć budowy.
Chłopcy zaczęli wybieranie osób do składów. Pierwszy miał być Stan. Popatrzył na klasowych osiłków, którzy byli przekonani, że jako pierwsi zostaną wybrani, to jednak nie nastąpiło. Stanley uniósł drwiąco kącik ust i, ku zdziwieniu wszystkich, powiedział:
- Wybieram Prudencję.
Dziewczyna gotowała się ze złości. Wiedziała, że chciał ją tylko zdenerwować. Najpierw pokłóciła się z nim na zajęciach z literatury angielskiej, a także teraz była tego bliska. Zaczerpnęła uspokajająco haust powietrza i ruszyła w stronę Stanley'a. Stanęła za nim i czekała na skompletowanie drużyny.
Kiedy juz wszystko było ustalone, dwa zespoły ustawiły się na odpowiednich miejscach, po obu stronach siatki. Jako że składy były większe niż sześć osób, kilka z nich musiało usiąść na ławce rezerwowych. Między innymi cztery dziewczyny, które jako jedyne ćwiczyły. Teraz to Prudencja była ostatnią grającą dziewczyną, ale nie miała zamiaru schodzić z boiska. Potrafiła bardzo dobrze grac w siatkówkę i chciała trafić do składu jadącego na zawody. Musiała dać z siebie wszystko.
Zaczynała drużyna Briana. Serwował jeden z chłopaków. Odbił piłkę, która przeleciała na ich stronę. Stanley przyjął zagrywkę i wyrzucił piłkę wysoko w górę. Wtedy Prudencja włączyła się do gry. Podbiegła w stronę siatki. Piłka właśnie leciała w jej stronę. Dziewczyna kapitalnym uderzeniem wykonała tak zwaną 'ścinę'. Piłka ominęła blok i odbiła się od parkietu. Punkt dla niej.
Prudencja zauważyła, że po przeciwnej stronie, akurat na ukos od niej, na trybunach siedziała Lizzy i jej przyjaciółki. Cała grupka siedziała w najniższym rzędzie, więc z łatwością mogła tam wycelować.
Zagrywkę miała wykonać dziewczyna. Podrzuciła piłkę i z wyskoku, z całą siłą, na jaką było ją stać, poniosła ją wprost na trybuny. Rozpaczliwy okrzyk bólu dał jej znać, że piłka trafiła tam, gdzie powinna.
-Au, mój nos! O Boże, ona złamała mi nos! - usłyszała krzyk Lizzy, która wstała i zbiegła z trybun. Trzymała się za twarz. Spod palców wyciakała jej strużka krwi. - Ty suko! -podbiegła do Prudencji. - Zrobiłas to specjalnie!
Wokół dziewczyn powstało zbiegowisko. Podszedł do nich także trener Metternach.
- Co jest panienki? - spytał. - Bardzo boli? - zwrócił się do Lizzy, która nadal trzymała sie za nos i patrzyła wzrokiem pełnym nienawiści w stronę Prudencji.
- Nie trenerze, skądze! - zakpiła.
Metternach poparzył na nią nierozumiejacym wzrokiem.
-Jasne, ze mnie boli! - wybuchła. - Ta dziwka złamała mi nos!
-Tylko bez takiego słownictwa, proszę! I nie martw się, nie wiadomo, czy złamała. Idź z kimś do pielęgniarki, żeby mogła cię opatrzeć.
Oburzona Lizzy mruknęła coś o niekompetentnych nauczycielach, pociągnęła jedną z przyjaciółeczek za rękaw dając jej znak, że ma iść za nią.
-Koniec przedstawiania, wracamy do gry - powiedział trener.
Wszyscy skierowali się na swoje miejsca i już mieli na nowo rozpocząć grę, kiedy zadzwonił dzwonek. Uczniowie wrócili z powrotem w stronę wyjścia, kiedy Prudencja usłyszała za sobą głos.
-Niezły cel - zakpił Stanley.
-Nie wiem, o czym mówisz - odparła zmęczonym głosem dziewczyna. - To był przypadek.
-Tak, oczywiście. Rozumiem. Już ja znam takie przypadki - i wyszedł z sali zostawiając Prudencję sam na sam z milionem myśli.
-Wstałaś już? To dobrze. Zabiorę dzis was razem do szkoły. Nie będziecie musiały iść na piechotę - powiedział.
-Mark!- zwróciła się Edith w stronę ojca Prudencji głosem pełnym irytacji. - Ja nie chcę z nią jechać. Mam pokazać się publicznie z tym czymś? - wskazała palcem Prudencję.
-Edith, nie mów tak do siostry - zganił ją pan Hartfield. - Przecież nie musicie się razem trzymać, po prostu jedziecie wspólnie do szkoły.
Prudencja nie przejęła się jej słowami. Było jej wszystko jedno, co sądzą o niej inni. Gdyby brała to wszystko do siebie, juz dawno uległaby załamaniu.
Edith jednak nie dawała za wygraną:
- No ale to mój pierwszy dzień w tej szkole! Nie chcę być od razu kojarzona z nią. Jej nikt nie lubi! Mark, zrób coś!
Starsza dziewczyna już wiedziała, że ojciec będzie chciał dogodzic tylko córce Margaret. Ją miał gdzieś.
-Jedźcie sobie. A tak w ogóle, to ja wolalbym nie być kojarzona z tobą, a nie na odwrót - wtrąciła w końcu.
-Mark, słyszales? Słyszałes jak ona się do mnie odzywa? - spytała z wyrzutem, patrząc triumfalnie na Prudencję.
-Prudencjo, przeproś siostrę.
-To nie jest moja siostra. I nie przeproszę. Nie mam za co.
-Uważaj sobie, dziewczyno - uniósł się. - Na takie zachowanie nie będę zezwalał w moim własnym domu!
-Twoim własnym? Wypchaj się nim, tatusiu - powiedziała drwiąco i zwróciła się do Edith. - Nie masz już problemu. Idę na piechotę - i wyszła z domu, zabierając kurtkę i plecak-kostkę z mnóstwem naszywek ulubionych zespołów.
Była juz za bramą, kiedy zorientowała się, ze coś jest nie tak. Spojrzała na swoje buty i westchnęła. Miała bowiem wciąż na nogach swoje króliczkowe kapcie. Wróciła do domu i założyła krótkie czarno- białe glany.
Po półgodzinie marszu była już pod szkołą. Wyszła wcześniej, niż powinna, więc wokół dużego budynku kręciło się niewiele osób. Wstąpiła jeszcze do sklepiku, by kupić małą butelkę coli. Wyjęła z kieszeni kurtki swój plan zajęć, który, pod nagłówkiem 'wtorek', oznajmiał: lekcja pierwsza- literatura angielska. Powędrowała więc schodami w górę do sali numer 62. Lubiła te zajęcia. Czytała dużo książek, które były dla niej azylem. Miała też sporą wiedzę na temat pisarzy rodaków. Nie wychylała się jednak na lekcjach ponad innych. Przyjęła zasadę- im mniej inni o tobie wiedzą, tym lepiej. Wolała pozostać anonimowa w gronie zarówno uczniów, jak i nauczycieli.
Prudencja dotarła wzeszcie do poszukiwanej klasy. Drzwi były odrobinę uchylone. Postanowiła wejść, ale już na progu chciała się wycofać. Zobaczyła bowiem siedzącego już w sali Briana. Kiedy wchodziła do klasy, podniósł głowę. Nie spojrzała na niego, ani się nie przywitała. On natomiast przyjżał się jej ciekawskim wzrokiem i powiedział:
-Cześć! Ty też tak wcześnie przyszłaś? Ja nie chciałem się spóźnić. No wiesz. Pierwszy dzień. Jaki jest nasz nauczyciel literatury? Mam nadzieję, że nie jest strasznie surowy. Nie jest, prawda? - ciągnął swój monolog, nie zauważając, że Prudencja nie zwraca na niego najmniejszej uwagi. - Ogólnie ta szkoła jest nawet spoko. Fajne ludzie i w ogóle. Tobie też się podoba? A widziałaś już spis lektur? To jakaś masakra. Kto o zdrowych zmysłach czyta książki Jane Austen? No powiedz, kto?
Prudencja pomyślała, że w sumie to jedna z jej ulubionych aurotek. No ale Brian pytał o kogoś o zdrowych zmysłach, a dziewczyna nie do końca miała o sobie takie zdanie.
-Poznałaś już tu kogoś? Bo ty też jesteś nowa, nie? - nie czekając na odpowiedź, kontynuował wywód.
Dziewczyna siedziała już w tym czasie przy swoim stoliku w najdalszym kącie sali. Ułożyła swój podręcznik, nowy zeszyt i mały granatowy piórnik. W końcu zaczęła się irytować tym dennym potokiem słów, który nieustannie wylewal się z ust chłopaka.
- Bo wiesz, ja miałem iść do innej szkoły, ale rodzice stwierdzili, że no wiesz, ta jest najlepsza. A ja nie mogę przecież iść do jakiejś...
-Czy ty możesz się przymknąć? Napierdalasz o czymś, co w sumie mnie gówno obchodzi - Prudencja krzyczała. Nie zwróciła uwagi, że w drzwiach stoi nowoprzybyły Stanley. - Człowieku, ja mam swoje życie. A twoje problemy mam gdzieś. I zacznij zawracać dupę komuś, kogo to interesuje. Boże, wiesz co? Nie odzywaj się do mnie. I nie patrz w moją stronę! Nie znam cię, nie mam ochoty cię poznać, a co więcej- mam cię w dupie - i usiadła, zdając sobie sprawę z tego, że ze zdenerwowania wstała z krzesła.
Prudencja była z natury wybuchowa, ale starała się panować nad sobą. Wtedy jednak nie wytrzymała. Brian wytrzeszczył na nią oczy, ale nic nie powiedział. Właśnie zauważyła Stana stojącego w drzwiach, który (o ironio!) dusił się ze śmiechu. Najpierw cicho chichotał, a potem nie wytrzymał i wybuchł kpiącym rechotem. Do klasy schodzili się inni uczniowie i zagadkowo patrzyli na całą trójkę: zdezorientowanego Briana, duszącego się ze śmiechu Stana oraz Prudencję z miną jednocześnie wyrażającą zdenerwowanie jak i rozbawienie.
Po chwili Stanley uspokoił się i już miał ruszyć w głąb klasy w poszukiwaniu miejsca, kiedy do sali weszła profesor Knightley.
Nauczycielka miała już około sześćdziesiątki, ubierała się w najczęściej w moherowe spódnice i tweedowe żakiety. Także i tego dnia nie zawiodła uczniów, miała swój zwyczajny strój śmierdzący naftaliną i pantofle na małym obcasie, modne przed trzydziestoma laty. Siwe włosy upięła w kok. Zwróciła swoje oczy ukryte za grubymi szkłami okularów w stronę Stanley'a.
-Może by pan zechciał usiąść, panie... - urwała, uświadamiając sobie, że nie zna jego nazwiska.
- Carlstone.
-No tak. Siadaj już.
Stanley skierował się w stronę wolnej ławki, ale zatrzymał go głos nauczycielki.
- Chwila! Nie będziesz siedział sam. Na moich zajęciach uczniowie mają siedzieć w parach.
I tu powtórzyła się sytuacja z poprzedniego dnia. Jako, że z Brianem siedziała Lizzy, Prudencja była oczywiście jedyną samotnie siedzącą osobą. Stan skierował się do jej ławki i usiadł na krześle obok. Dziś był ubrany w ciemne jeansy, nie za wąskie, nie za szerokie, trampki i koszulkę Nirvany. Na niej leżała skórzana kurtka, którą miał na sobie wczoraj. Włosy związał w wyższy kucyk. Dziewczyna przyznała w duchu niechętnie, że wygląda całkiem dobrze.
- Dzień dobry - usłyszeli glos nauczycielki, który otrzasnął Prudencję z zadumy. - Wczoraj pewnie dostaliście wykaz lektur na ten rok. Pan Smelly był tak uprzejmy, że zgodził się wam go dostarczyć. Wyjmijcie go teraz, żebyśmy mogli go przeanalizować. No tak. Pewnie zauważyliście kilka ciekawych książek na tej liście. Może ktoś z was przeczytał już coś z niej. Nikt? Evelyn? - zwróciła się do jednej z kujonek. - Nie czytałaś nic?
- Przez wakacje skupiłam się na innych książkach. Myslałam, ze będziemy w tym roku przerabiać zupełnie inne dzieła, pani profesor.
- Ale przerabiamy właśnie te! Chłopcy, wy też nie przyswoiliście sobie żadnej z tych pozycji?
-Pani profesor, ja bardzo intensywnie przyswajałem sobie rożne pozycje, ale akurat nie w tym sensie - powiedział jeden z uczniów, a reszta wybuchła gromkim śmiechem.
-Zabawne, strasznie zabawne. Dokładnie na poziomie, jaki sobą reprezentujesz -powiedziała nauczycielka. - A może Prudencja coś przeczytała?
Dziewczyna podniosła ggłowę na dźwięk swojego imienia i powiedziała:
-Eee, no tak. Kilka z tych książek już przeczytałam - powiedziała niepewnym głosem.
- Tak? A które z nich dokładnie?
- Wszystkie z listy autorstwa Jane Austen, 'Zabójstwo przy Rue Morgue' Edgara Allana Poe i 'Jane Eyre', pani profesor - wyliczała.
- To bardzo dobrze, bardzo dobrze. I któraś przypadła ci specjalnie do gustu?
- Zdecydowanie 'Emma' - odpowiedziała. Usłyszała już drugi raz w ciągu kilku minut śmiech Stanley'a.
- Mogę wiedzieć, co pana tak śmieszy? - zwróciła się do niego nauczycielka.
- Śmieszy mnie to, że komuś mogą się podobać takie książki. Chyba każdy wie, że Jane Austen nie podejmowała trudniejszych tematów w swoich książkach, niż nieodwzajemniona miłość tych dzielnych heroin - kpił.
-A o czym według ciebie mogłaby pisać dziewiętnastowieczna młoda kobieta, która, jak większość, interesowała się miłością? - oponowała Prudencja.
-O wszystkim, tylko nie o tym! Jest cała masa pisarek skupiających się na jednym i tym samym. Czy chociaż ona nie mogła być odrobinę kreatywniejsza?
- No skoro ty jesteś taki mądry, to dlaczego jeszcze sam nic nie napisales, panie Kreatywny?
Ta wymiana zdań trwałaby przynajmniej do końca lekcji, gdyby nie przerwała jej pani Knightley.
- Możecie się uspokoić? Skoro tak bardzo chcecie wymienić się swoimi spostrzeżeniami na ten temat, to bardzo proszę, ale w odpowiednim czasie. A ten jeszcze nie nadszedł.
I po tych słowach rozpoczęła nowy temat. Uczniowie siedzieli jak zahipnotyzowani, bo starsza nauczycielka potrafiła wprost usypiać głosem.
Większość lekcji zleciała wśród nudy i monotonnego opowiadania o tym, co na danym przedmiocie będzie przerabiac klasa. Uczniowie doczekali wreszcie ostatniej lekcji, jaką było wychowanie fizyczne. Większość dziewczyn pozałatwiała sobie zwolnienia lekarskie. Ale nie Prudencja. Ta powlokła się do szatni dziewczyn, w której były oprócz niej tylko cztery osoby. Akurat takie, które na szczęście bały się Prudencji. Tak, naprawdę się jej bały. Ona jednak nie zwróciła na nie uwagi i zaczęła przebierać się w strój sportowy, na który składały się: krótkie czarne spodenki, T-shirt z nadrukiem Rolling Stonesów i para nowych reebooków. Zdjęła okulary i z wprawą włożyła soczewki kontaktowe. Nie chciała ryzykować ich utraty przez rozbicie ich piłką. Znała już to uczucie, kiedy połamane oprawki wżynają się w nos.
Zadzwonił dzwonek i Prudencja weszła na salę. Niestety w ich szkole WF był koedukacyjny i musiała ćwiczyć razem z chłopcami. Przekraczając próg prawie wpadła na nauczyciela wuefu, pana Metternach.
Trener był wysoki i dość młody. Musiał ukończyć studia przed kilkoma laty, bo wyglądał na osobę przed trzydziestką. Wszyscy w szkole wiedzieli, ze leciał na wszystkie ładniejsze dziewczyny. Oczywiście nie wdawał się z nimi z związki, tylko podziwiał. Tak jak w tamtej chwili.
- Eee, przepraszam - mruknęła Prudencja mijając nauczyciela.
- Nic się nie stało, proszę dołącz do kolegów - odpowiedział.
Kiedy szła w stronę klasy, czuła, że Metternach gapi się na jej tyłek. Dlatego specjalnie schyliła się, udając, że sznuruje buta. Wiedziała, że nauczyciel wciąż stoi w tym samym miejscu i niemal ślini się na widok jej pośladków i długich nóg.
Dziewczyna w końcu wyprostowana się i uśmiechnęła do siebie triumfalnie. Zobaczyła, że nauczyciel jeszcze nie doszedł do siebie. A Prudencja uwielbiała prowokować. W końcu Metternach otrząsnął się z transu i odchrząkną.
-No juz, ustawcie się w szeregu. W tym semestrze będziemy ćwiczyć na wiele sposobów. Szczególnie jednak chcę zwrócić uwagę na siatkówkę. W tym roku jak zawsze pojedziemy na mały szkolny turniej. Z każdej klasy postaram się wyłonić kogoś, kto zajmie miejsce w drużynie. Dlatego też już od dziś zaczniemy eliminacje. Zagralibyście chłopcy przeciw dziewczynom, ale sami widzicie, że w tym roku płeć piękna ma inne plany na zajęcia wuefu, niż ćwiczenie na nim - powiedział znawczym tonem. - W takim razie najpierw ktoś poprowadzi rozgrzewkę, a potem wybieramy składy.
Po piętnastominutowej rozgrzewce wszyscy stali zdyszani, trzymając się pod boki. Czekali, aż zostaną wybrani do jednego z dwóch składów. Żeby było zabawniej, osobami wybierajacymi byli: Brian i Stanley. Prudencji nie uśmiechało się być ani w jednej drużynie, ani w drugiej. Briana nie lubiła za jego gadatliwosć i ciągłe wymądrzanie, a Stana nie tolerowała głównie z zasady. Obaj chłopcy całkiem przyzwoicie prezentowali się w strojach sportowych. Nie byli typami muskularnych sportowców, ale Stanley'owi nie jeden chłopak mógłby pozazdrościć budowy.
Chłopcy zaczęli wybieranie osób do składów. Pierwszy miał być Stan. Popatrzył na klasowych osiłków, którzy byli przekonani, że jako pierwsi zostaną wybrani, to jednak nie nastąpiło. Stanley uniósł drwiąco kącik ust i, ku zdziwieniu wszystkich, powiedział:
- Wybieram Prudencję.
Dziewczyna gotowała się ze złości. Wiedziała, że chciał ją tylko zdenerwować. Najpierw pokłóciła się z nim na zajęciach z literatury angielskiej, a także teraz była tego bliska. Zaczerpnęła uspokajająco haust powietrza i ruszyła w stronę Stanley'a. Stanęła za nim i czekała na skompletowanie drużyny.
Kiedy juz wszystko było ustalone, dwa zespoły ustawiły się na odpowiednich miejscach, po obu stronach siatki. Jako że składy były większe niż sześć osób, kilka z nich musiało usiąść na ławce rezerwowych. Między innymi cztery dziewczyny, które jako jedyne ćwiczyły. Teraz to Prudencja była ostatnią grającą dziewczyną, ale nie miała zamiaru schodzić z boiska. Potrafiła bardzo dobrze grac w siatkówkę i chciała trafić do składu jadącego na zawody. Musiała dać z siebie wszystko.
Zaczynała drużyna Briana. Serwował jeden z chłopaków. Odbił piłkę, która przeleciała na ich stronę. Stanley przyjął zagrywkę i wyrzucił piłkę wysoko w górę. Wtedy Prudencja włączyła się do gry. Podbiegła w stronę siatki. Piłka właśnie leciała w jej stronę. Dziewczyna kapitalnym uderzeniem wykonała tak zwaną 'ścinę'. Piłka ominęła blok i odbiła się od parkietu. Punkt dla niej.
Prudencja zauważyła, że po przeciwnej stronie, akurat na ukos od niej, na trybunach siedziała Lizzy i jej przyjaciółki. Cała grupka siedziała w najniższym rzędzie, więc z łatwością mogła tam wycelować.
Zagrywkę miała wykonać dziewczyna. Podrzuciła piłkę i z wyskoku, z całą siłą, na jaką było ją stać, poniosła ją wprost na trybuny. Rozpaczliwy okrzyk bólu dał jej znać, że piłka trafiła tam, gdzie powinna.
-Au, mój nos! O Boże, ona złamała mi nos! - usłyszała krzyk Lizzy, która wstała i zbiegła z trybun. Trzymała się za twarz. Spod palców wyciakała jej strużka krwi. - Ty suko! -podbiegła do Prudencji. - Zrobiłas to specjalnie!
Wokół dziewczyn powstało zbiegowisko. Podszedł do nich także trener Metternach.
- Co jest panienki? - spytał. - Bardzo boli? - zwrócił się do Lizzy, która nadal trzymała sie za nos i patrzyła wzrokiem pełnym nienawiści w stronę Prudencji.
- Nie trenerze, skądze! - zakpiła.
Metternach poparzył na nią nierozumiejacym wzrokiem.
-Jasne, ze mnie boli! - wybuchła. - Ta dziwka złamała mi nos!
-Tylko bez takiego słownictwa, proszę! I nie martw się, nie wiadomo, czy złamała. Idź z kimś do pielęgniarki, żeby mogła cię opatrzeć.
Oburzona Lizzy mruknęła coś o niekompetentnych nauczycielach, pociągnęła jedną z przyjaciółeczek za rękaw dając jej znak, że ma iść za nią.
-Koniec przedstawiania, wracamy do gry - powiedział trener.
Wszyscy skierowali się na swoje miejsca i już mieli na nowo rozpocząć grę, kiedy zadzwonił dzwonek. Uczniowie wrócili z powrotem w stronę wyjścia, kiedy Prudencja usłyszała za sobą głos.
-Niezły cel - zakpił Stanley.
-Nie wiem, o czym mówisz - odparła zmęczonym głosem dziewczyna. - To był przypadek.
-Tak, oczywiście. Rozumiem. Już ja znam takie przypadki - i wyszedł z sali zostawiając Prudencję sam na sam z milionem myśli.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz