Wrzesień minął Prudencji wyjątkowo szybko. Nim się obejrzała, był już środek października. Londyńska pogoda dała się we znaki wraz z chłodnymi wiatrami i zacinającym deszczem. Przez ten czas dziewczyna zaprzyjaźniła się z Brianem i Milesem. Nie zdradziła nikomu ich tajemnicy i nie miała zamiaru tego robić. Sama jednak próbowała namówić chłopców, by nie wstydzili się tego, kim są. Na razie nie chcieli jednak ujawniać swojej orientacji.
Podczas wielu pogawędek z nowymi przyjaciółmi, dziewczyna zauważyła dość dziwną rzecz. Wiedziała, że w szkole raczej nikt jej nie lubi. Była jednak zaskoczona tym, że Stanley był wobec niej wyjątkowo niemiły. Na początku był raczej obojętnie nastawiony do jej osoby. Od jakiegoś czasu żywił do niej jawną niechęć. Pewnego chłodnego dnia Prudencja, wracając ze szkoły trzymała przed sobą swój otwarty plecak. Próbowała w nim znaleźć słuchawki, jednocześnie idąc chodnikiem. Niespodziewanie poczuła czyjeś twarde ramię potrącające jej bok. Dziewczyna była tak zaskoczona, że przez przypadek wypuściła z rąk plecak, z którego wysypała się cała zawartość wprost na mokry od porannego deszczy chodnik.
-Kurwa! - zdenerwowała się. Zobaczyła, że osobą, która ją potrąciła był Stanley. Chłopak nie przejął się jej sytuacją. Co więcej, zatrzymał się, popatrzył na dziewczynę, jakby była małym niezdarnym dzieckiem i głośno parsknął.
Prudencja pochyliła się nad swoimi rzeczami i powiedziała:
-Okropnie zabawne, idioto. I nauczyłbyś się wreszcie chodzić. Najwyższa pora.
-Strasznie mi przykro - powiedział drwiącym tonem, a na jego twarzy wykwitł kpiący uśmieszek. - Może ci pomogę?
-Pomożesz mi, jeśli się ode mnie odpierdolisz.
-Takie słownictwo nie przystoi kobiecie - powiedział, patrząc na Prudencję zbierającą swoje rzeczy.
Stanley pochylił się i podniósł szybko zeszyt, który otworzył się na jednej ze stron. Na nieszczęście osiemnastolatki, był to zeszyt z jej wierszami. Chłopiec odkrył przeznaczenie notatnika i zaczął cytować na głos ustępy jej wierszy. Zdenerwowana Prudencja wstała i zaczęła skakać wokół niego:
-Oddawaj! Oddawaj, kretynie!
Stanley bawił się doskonale. Uniósł rękę z zeszytem tak wysoko, że nawet Prudencja nie mogła go dosięgnąć.
-Oddam, jak ładnie poprosisz - zaśmiał się.
-O nic cię nie będę prosić! To należy do mnie. To moja własność, ty chuju!
-Nie, nie nie! Tak nie będziesz się do mnie odzywać. Teraz chyba ci nie oddam zeszytu, bo jesteś bardzo niegrzeczną dziewczynką.
-Dlaczego ty jesteś taki popierdolony? Oddaj mi to, do cholery!
-Poproś!
-Nigdy w życiu! - krzyknęła i uderzyła go kolanem prosto między nogi.
Stanley jęknął z bólu i osunął się na chodnik. Zeszyt wypadł mu z rąk. Prudencja wykorzystała okazję i szybko odebrała swoją własność. Chłopak próbował coś powiedzieć, ale z jego ust wydobywany się tylko niedokończone groźby.
-Ty...ty...
-Ja, kurwa! Ja! I jeśli jeszcze raz coś takiego zrobisz, to następnym razem uderzę tak, że pozbawię cię płodności - i odeszła w stronę domu.
Następnego dnia od rana po szkole krążyły pogłoski dotyczące wczorajszych wydarzeń. Kiedy Prudencja mijała grupki uczniów, ci z zaciekawieniem się jej przyglądali, szepcząc miedzy sobą. Słyszała strzępki ich rozmów, bo nie kwapili się, by ściszyć głosu.
-Słyszeliście, co się wczoraj stało?
-Podobno uderzyła tego nowego...
-Od dawna podejrzewałem, że ona jest chora psychicznie.
Takie pomruki towarzyszyły jej w drodze do klasy. Dziewczyna weszła do sali matematyki i przywitała się z Brianem, który od razu zaczął ją wypytywać o rzekome zajście.
-To prawda, o czym wszyscy w szkole mówią? Naprawdę go uderzyłaś?
-No tak, ale byłam serio wkurzona. I skąd wszyscy się o tym dowiedzieli? Nie sądzę, żeby Stanley się chwalił, że pobiła go dziewczyna.
-To nasze męskie ego - zaśmiał się.
W tej chwili do klasy wszedł właśnie Stanley.
-Oho! O wilku mowa - powiedział cicho Brian.
W klasie wiele głów odwróciło się za przechodzącym chłopakiem w celu odnalezienia jakichkolwiek oznak pobicia. Na pierwszy rzut oka nic nie wskazywało na to, żeby poprzedniego dnia ktoś go uderzył. Prudencja jednak pomyślała w duchu, że inni nie wiedzą, gdzie tych oznak szukać. Spodziewali się pewnie wielkiego ciemnofioletowego siniaka na połowę twarzy. Dziewczyna skierowała wzrok niżej i zauważyła nieco dziwny chód Stanleya. Kroki stawiał tak, by przypadkiem nie otrzeć o siebie nóg przy czym krzywił twarz w grymasie bólu. Prudencja popatrzyła z satysfakcją na chłopaka i tym razem to ona uśmiechnęła się kpiąco. Chłopak przechodząc obok niej mruknął tak cicho, żeby tylko ona mogła to usłyszeć:
-Pożałujesz.
Prudencja wybuchła głośnym śmiechem, a wszystkie oczy skierowały się na nią. Ta jednak nie zwróciła uwagi i już do końca dnia miała tak dobry humor, że nic nie zdołało go popsuć.
niedziela, 28 grudnia 2014
czwartek, 18 grudnia 2014
Rozdział 7.
Niedziela minęła Prudencji nadzwyczaj szybko. W ciągu tego dnia zdążyła pokłócić ojcem o upiększenie swojego pokoju napisem na ścianie. Kiedy nadszedł poniedziałek, dziewczyna niechętnie pojechała do szkoły. Dopiero w drodze przypomniała sobie, że nie odrobiła pracy domowej z biologii. Miała nadzieję, że uda jej się ją napisać do piątej godziny. Prudencja przybyła do klasy literatury angielskiej i usiadła na swoje zwykłe miejsce obok Stanleya. Nie odzywając się do niego, wyjęła z plecaka książki. Dyskretnie podziwiała mięśnie siedzącego obok chłopaka, które uwydatniała cienka koszulka pod czarną bluzą. Kiedy poczuła, ze Stanley odwraca głowę, szybko pokierowała wzrok na tablicę. Lekcje mijały spokojnie. Tylko wchodząc na biologię niechcąco uderzyła Lizzy ramieniem. Akurat tym razem nie zrobiła tego celowo.
-Uważaj jak chodzisz, kretynko - warknęła Lizzy.
-Odpierdol się - rzuciła w odpowiedzi Prudencja.
Nagle za jej plecami ktoś ze świstem wypuścił z ust powietrze. Rozległ się głos:
-Cóż to za słownictwo?
Dziewczyna odwróciła się i ku jej przerażeniu ujrzała za sobą wychowawcę, pana Smelly.
-Wymknęło mi się - odparła z kpiną.
-Żeby mi to był ostatni raz, kiedy słyszę z Twoich ust takie słowa.
-Tak jest, panie profesorze - zasalutowała mu przysuwajac dwa palce do wyimaginowanego daszka czapki.
Osiemnastolatka już chciała skierowac się na swoje miejsce, kiedy profesor Smelly zatrzymał ją.
- Niestety profesor Addams jest nieobecny, więc biologii nie będziecie mieli. Idziemy wszyscy do biblioteki.
Klasa powędrowała na wyższe piętro, gdzie znajdowała się ogromna szkolna biblioteka. Było tam kilkanaście równych rzędów szafek z książkami, pokrytych warstwą kurzu. Łatwo się było tam zgubić. Każdy znalazł sobie gdzieś miejsce, by móc jak najwygodniej przetrwać kolejne 45 minut. Prudencja zauważyła na miejscu jeszcze jedną, równoległą klasę. Widocznie również nie mieli swojego nauczyciela. Dziewczyna nie miała nic do roboty, więc postanowiła się przejść między regałami. W bibliotece panował półmrok. Prudencja mijała właśnie kolejne rzędy etażerek, kiedy usłyszała dość wyjątkowy mlaszcząco- ssący odgłos. Chciała zawrócić, bo wiedziała co tam spotka. Pewnie jakaś para się oblapiała. 'Serio? - pomyślała- To już nie ma ustronniejszych miejsc?' Mimo obrzydzenia poszła dalej. Już miala minąć stłoczoną w namiętnym uścisku parę, kiedy ta odskoczyła od siebie nagle.
-Eee, sorry - rzuciła Prudencja, ale wtedy zobaczyła coś bardzo dziwnego.
Przerażone twarze patrzyły na nią w zdumieniu. Obie były twarzami chłopców. A jedna z nich należała do...
-Brian? - popatrzyła zdziwiona na stojącego z prawej chłopaka.
-Prudencjo - odezwał się błagalnym tonem - nie możesz o tym nikomu powiedzieć. Proszę, jak mój ojciec się o tym dowie, to będę miał w domu piekło.
-Okay, to nie moja sprawa - i ruszyła dalej. Poczuła jednak na ręku lekki uścisk czyjejś dłoni.
-Słuchaj, naprawdę nie możesz o tym nikomu wspomnieć - powiedział drugi chłopak. Poznała go. Chodził do równoległej klasy, ale nie wiedziała, jak miał na imię.
-Rozumiem, nie powiem. Jesteście gejami. Wow, co w tym strasznego? Nie mieszam się w wasze interesy.
Przerażenie na ich twarzach odrobinę zelżało.
-To my lepiej już wrócimy do reszty - oznajmił Brian.
Prudencja także ruszyła przed siebie. Chłopcy szli po jej prawej stronie.
-Tak w ogóle to jestem Miles.
-Miło mi, Prudencja - podała mu rękę.
-No tak, wiem. Wszyscy w tej szkole cię kojarzą.
-Serio? - spytała zaskoczona. - Niby dlaczego mieli by mnie kojarzyć?
- Przecież to ty w zeszłym roku zrobiłaś krwawą miazgę z nosa jakiegoś gościa, prawda?
-Zrobilas to? - odezwał się zaskoczony Brian.
- No tak, ale co w tym takiego fascynującego?
Prudencja spojrzała na Milesa. Miał krótkie ciemne włosy ze stylową grzywką, niebieskie oczy i odstające, ale urocze uszy. Wyglądał na miłą i spokojną osobę. Dziewczyna zauważyła też, że przy nim Brian jest zupełnie innym człowiekiem.
- Jesteś dziewczyną i potrafisz się bić. Jesteś ładna i tajemnicza, dobrze grasz w siatkę i podobno masz swój zespół. Każdy wie o tobie chociaż tyle.
Prudencja zaczerwieniła się i tylko wzruszyła ramionami. Cała trójka była już prawie przy reszcie uczniów, ale postanowili usiąść na małej kanapie w czytelni.
-Wiesz Brian, muszę cię chyba przeprosić - powiedziała Prudencja.
-Mnie? A niby za co?
-No wiesz, za to, że tak na ciebie naskoczyłam jakiś czas temu.
- Przestań, należało mi się. Czasem trajkoczę jak najęty - zaśmiał się.
-I w życiu bym nie pomyślała, że jesteś gejem.
-Dlaczego?
-Bo wyjątkowo przekonująco gapiłeś się na cycki Lizzy.
-Hej - obruszył się Miles. - Serio to zrobiłes?
-Wcale nie! - zaśmiał się Brian. - Stwarzałem pozory.
Cała trójka wybuchła śmiechem. Prudencja już zapomniała, jak miło można z kimś porozmawiać bez skakania sobie do gardeł. Gawędzili razem jeszcze chwilę, kiedy zadzwonił dzwonek. Dziewczyna razem z Brianem miała już w planie tylko WF, więc przy schodach w dół trójka się rozdzieliła.
Po lekcji Prudencja i Brian wyszli wspólnie ze szkoły. Zmierzali w przeciwnych kierunkach, więc pożegnali się.
-I jeszcze raz ci dziękuję, Prudencjo. Za to, że nie chcesz o tym nikomu powiedzieć.
-Nie ma sprawy. Nie wygadam się. A właśnie! Mógłbyś nie mówić do mnie 'Prudencjo'? Nie lubię swojego imienia. Wszyscy mówią do mnie po prostu Yoko.
-Okay. Niech będzie Yoko. Ale masz na prawdę świetne imię.
-Wiem, ale od jakiegoś czasu przechodzi fazę znienawidzenia siebie - usmiechnęła się. - Do jutra!
-Tak, do jutra - odpowiedział Brian, cmoknął Prudencję w policzek i odszedł.
Obok nich przemknął zdenerwowany Stanley.
-Uważaj jak chodzisz, kretynko - warknęła Lizzy.
-Odpierdol się - rzuciła w odpowiedzi Prudencja.
Nagle za jej plecami ktoś ze świstem wypuścił z ust powietrze. Rozległ się głos:
-Cóż to za słownictwo?
Dziewczyna odwróciła się i ku jej przerażeniu ujrzała za sobą wychowawcę, pana Smelly.
-Wymknęło mi się - odparła z kpiną.
-Żeby mi to był ostatni raz, kiedy słyszę z Twoich ust takie słowa.
-Tak jest, panie profesorze - zasalutowała mu przysuwajac dwa palce do wyimaginowanego daszka czapki.
Osiemnastolatka już chciała skierowac się na swoje miejsce, kiedy profesor Smelly zatrzymał ją.
- Niestety profesor Addams jest nieobecny, więc biologii nie będziecie mieli. Idziemy wszyscy do biblioteki.
Klasa powędrowała na wyższe piętro, gdzie znajdowała się ogromna szkolna biblioteka. Było tam kilkanaście równych rzędów szafek z książkami, pokrytych warstwą kurzu. Łatwo się było tam zgubić. Każdy znalazł sobie gdzieś miejsce, by móc jak najwygodniej przetrwać kolejne 45 minut. Prudencja zauważyła na miejscu jeszcze jedną, równoległą klasę. Widocznie również nie mieli swojego nauczyciela. Dziewczyna nie miała nic do roboty, więc postanowiła się przejść między regałami. W bibliotece panował półmrok. Prudencja mijała właśnie kolejne rzędy etażerek, kiedy usłyszała dość wyjątkowy mlaszcząco- ssący odgłos. Chciała zawrócić, bo wiedziała co tam spotka. Pewnie jakaś para się oblapiała. 'Serio? - pomyślała- To już nie ma ustronniejszych miejsc?' Mimo obrzydzenia poszła dalej. Już miala minąć stłoczoną w namiętnym uścisku parę, kiedy ta odskoczyła od siebie nagle.
-Eee, sorry - rzuciła Prudencja, ale wtedy zobaczyła coś bardzo dziwnego.
Przerażone twarze patrzyły na nią w zdumieniu. Obie były twarzami chłopców. A jedna z nich należała do...
-Brian? - popatrzyła zdziwiona na stojącego z prawej chłopaka.
-Prudencjo - odezwał się błagalnym tonem - nie możesz o tym nikomu powiedzieć. Proszę, jak mój ojciec się o tym dowie, to będę miał w domu piekło.
-Okay, to nie moja sprawa - i ruszyła dalej. Poczuła jednak na ręku lekki uścisk czyjejś dłoni.
-Słuchaj, naprawdę nie możesz o tym nikomu wspomnieć - powiedział drugi chłopak. Poznała go. Chodził do równoległej klasy, ale nie wiedziała, jak miał na imię.
-Rozumiem, nie powiem. Jesteście gejami. Wow, co w tym strasznego? Nie mieszam się w wasze interesy.
Przerażenie na ich twarzach odrobinę zelżało.
-To my lepiej już wrócimy do reszty - oznajmił Brian.
Prudencja także ruszyła przed siebie. Chłopcy szli po jej prawej stronie.
-Tak w ogóle to jestem Miles.
-Miło mi, Prudencja - podała mu rękę.
-No tak, wiem. Wszyscy w tej szkole cię kojarzą.
-Serio? - spytała zaskoczona. - Niby dlaczego mieli by mnie kojarzyć?
- Przecież to ty w zeszłym roku zrobiłaś krwawą miazgę z nosa jakiegoś gościa, prawda?
-Zrobilas to? - odezwał się zaskoczony Brian.
- No tak, ale co w tym takiego fascynującego?
Prudencja spojrzała na Milesa. Miał krótkie ciemne włosy ze stylową grzywką, niebieskie oczy i odstające, ale urocze uszy. Wyglądał na miłą i spokojną osobę. Dziewczyna zauważyła też, że przy nim Brian jest zupełnie innym człowiekiem.
- Jesteś dziewczyną i potrafisz się bić. Jesteś ładna i tajemnicza, dobrze grasz w siatkę i podobno masz swój zespół. Każdy wie o tobie chociaż tyle.
Prudencja zaczerwieniła się i tylko wzruszyła ramionami. Cała trójka była już prawie przy reszcie uczniów, ale postanowili usiąść na małej kanapie w czytelni.
-Wiesz Brian, muszę cię chyba przeprosić - powiedziała Prudencja.
-Mnie? A niby za co?
-No wiesz, za to, że tak na ciebie naskoczyłam jakiś czas temu.
- Przestań, należało mi się. Czasem trajkoczę jak najęty - zaśmiał się.
-I w życiu bym nie pomyślała, że jesteś gejem.
-Dlaczego?
-Bo wyjątkowo przekonująco gapiłeś się na cycki Lizzy.
-Hej - obruszył się Miles. - Serio to zrobiłes?
-Wcale nie! - zaśmiał się Brian. - Stwarzałem pozory.
Cała trójka wybuchła śmiechem. Prudencja już zapomniała, jak miło można z kimś porozmawiać bez skakania sobie do gardeł. Gawędzili razem jeszcze chwilę, kiedy zadzwonił dzwonek. Dziewczyna razem z Brianem miała już w planie tylko WF, więc przy schodach w dół trójka się rozdzieliła.
Po lekcji Prudencja i Brian wyszli wspólnie ze szkoły. Zmierzali w przeciwnych kierunkach, więc pożegnali się.
-I jeszcze raz ci dziękuję, Prudencjo. Za to, że nie chcesz o tym nikomu powiedzieć.
-Nie ma sprawy. Nie wygadam się. A właśnie! Mógłbyś nie mówić do mnie 'Prudencjo'? Nie lubię swojego imienia. Wszyscy mówią do mnie po prostu Yoko.
-Okay. Niech będzie Yoko. Ale masz na prawdę świetne imię.
-Wiem, ale od jakiegoś czasu przechodzi fazę znienawidzenia siebie - usmiechnęła się. - Do jutra!
-Tak, do jutra - odpowiedział Brian, cmoknął Prudencję w policzek i odszedł.
Obok nich przemknął zdenerwowany Stanley.
poniedziałek, 15 grudnia 2014
Rozdział 6.
Gdy Prudencja wróciła z ojcem do domu, nie mogła przestać myśleć o widoku Stanleya w jednym z opuszczonych dotychczas domów. Bardzo ją ciekawiło, skąd Carlstonowie dowiedzieli się o właśnie tym domu na sprzedaż. Nie chciała jednak się w to zagłębiać, to nie były jej sprawy.
I było jeszcze coś. Teraz ojciec jej i Stanleya będą wspólnikami. Coraz więcej spraw nieuchronnie zbliżało ją do tego chłopaka.
Prudencja przespała niespokojnie noc, pełnej snów o dwóch rezydencjach. Rano wstała niewyspana i z podkrążonymi oczami. Włożyła na siebie koszulkę Nirvany, koszulę w czarno- granatową kratę, ciemne boyfriendy z poszarpanymi dziurami oraz skórzane all stary. W kuchni spotkała już ojca i Edith. Od razu skierowała się w stronę lodówki. Wyjęła z niej czekoladowy pudding i usiadła z nim przy stole.
-To ma być śniadanie? - spytał ojciec.- Może zjesz kanapkę? Będziesz w szkole głodna.
-Nie będę, a poza tym, pudding mi wystarczy.
-A ja tam nie jem słodyczy - oznajmiła Edith. - Trzeba dbać o formę - dodała patrząc z wyższością na Prudencję.
-Figura to nie wszystko, dziecko - powiedział znawczym tonem pan Hartfield.
Prudencja nie przejęła się słowami przyrodniej siostry i ze smakiem zjadła swoje 'śniadanie'.
-Dziś pojedziecie do szkoły razem - powiedział ojciec. - I bez dyskusji - dodał widząc niezadowoloną minę Edith.
Prudencja miała jeszcze piętnaście minut, więc wbiegła na górę, by skończyć makijaż. Udało jej się zrobić proste kreski eylinerem i nie rozmazać tuszu. Włosy jak zwykle upięła w kok. Wzięła ze sobą kurtkę i założyła plecak.
Jazda samochodem do szkoły minęła w ciszy. Edith siedziała z tyłu i w małym lusterku sprawdzała, czy wszystko jest idealnie. Nie chciała się pokazać przed klasą z jakimiś defektami.
-Byłbym zapomniał - odezwał się Mark Hartfield. - W sobotę idziemy na kolację z Carlstonami. Wszyscy - dodał, patrząc na Prudencję.
-Koniecznie? - spytała.
-Koniecznie. David to mój stary kolega ze szkoły, a teraz także wspólnik. A poza tym, chyba chodzisz z jego synem do jednej klasy?
-Niestety - mruknęła cicho.
-Słucham?
-Nic, nic. Nie mogę się doczekać - powiedziała z drwiną w głosie.
Przez resztę dnia Prudencja musiała znosić komentarze Lizzy, ignorowanie przez resztę szkoły i myśli o sobocie. Dni mijały szybko. Dziewczyna planowała nagły atak grypy czy bólu brzucha- cokolwiek, byleby tylko nie być zmuszoną iść na kolację. Szczerze rozważała też próbe zlamania jakiejś kończyny.Nie zniosłaby siedzenia przy jednym stole razem z Margaret, Edith i oczywiście Stanley'em.
Gdyby problemów było mało w czwartek do Prudencji zadzwonił Matthew, kolega z zespołu. Dowiedziała się, że razem z chłopakami przyjeżdżają na weekend. I co najlepsze- w sobotę będą grali mały koncert. Mieli zagrać za jakąś grupę, która z niewiadomych przyczyn nie mogła wystąpić. Kolacja miała być o 19, koncert o 22. Musiała zdążyć. Opracowała nawet specjalny plan. W sobotę rano spakowała do plecaka swój strój na koncert. O jedenastej przyjechali Robert i Dick. Dziewczyna rzuciła się na nich i wyściskała ich zdumione sylwetki. Bardzo za nimi tęskniła. Dała im swój plecak z rzeczami i oczywiście gitarę w futerale. Chłopcy szybko się zmyli, żeby nie zauważył ich nikt z domowników.
Kiedy nadeszła godzina siedemnasta, Prudencja uświadomiła sobie, że nie ma pojęcia, w co się ubierze. Ostatecznie wybrała czarną sukienkę z panterkowym kołniezykiem, która od pasa w dół układała się w miękkie rozkloszowane fale. Do niej założyła czarne zakolanówki i panterkowe creepersy. Włosy zebrała w zgrabny koczek, a zamiast codziennych okularów założyła te z kocimi oprawkami. Sukienka odsłaniała jej tatuaż na przedramieniu przedstawiający, a jakże, sylwetki czterech Beatlesów. Lubiła go eksponować. Miała jeszcze trzy tatuaże i wszystkie kochała jednakowo.
Prudencja była już prawie gotowa. Jeszcze tylko pociągnęła usta ciemnobordową szminka. Zabrała swoją skórzaną kurtkę i małą torebkę, i zeszła na dół. W hallu czekała już reszta. Ojciec miał na sobie nowy garnitur, Margaret krwistoczerwoną sukienkę, a Edith różową mini. 'Wygląda jak dziwka' - pomyślała Prudencja. Jej myśli wcale nie mijały się z prawdą. Minispódniczka ledwie zakrywała jej majtki. O ile je miała.
- Wszyscy gotowi? Chodźcie już, nie możemy się spóźnić- oznajmił Mark.
Jazda minęła w podnieconych szeptach Margaret i Edith, która planowała wywrzeć jak największe wrażenie na rodzinie Carlstonów. A szczególnie na Stanley'u. Był wyjątkowo przystojny, a Edith nie mogła przepuścić takiej okazji. Kiedy przybyli, przy ich stoliku jeszcze nikogo nie było. Po kilku minutach dosiedli się do nich Carstonowie. ('Och, jakże nam miło! Siadajcie! Nie, wy pierwsi!'). Uprzejmosciom nie było końca. Margaret usiadła obok pani Jasmine, a Prudencja była zmuszona usiąść obok Stanleya. Był on ubrany w ciemne jeansy, czarną koszulę i marynarkę. W butonierkę wetknął czerwoną chusteczkę w białe kropki. Prudencja niechętnie uznała, że wyglądał wyjątkowo dobrze. Włosy związał w kucyk, co jeszcze dodawało mu uroku.
Kolacja była całkiem miła, jednak tylko do czasu.
-Piękne masz córki, Mark - powiedział David Carlstone.
-O tak, w tej kwestii mi się poszczęsciło.
-Ale do kogo są podobne, co? Edith to kopia swojej mamy - tu zwrócił się ku Margaret. - A Prudencja?
Tu nastąpiła chwila konsternacji. Dziewczyna była bardzo podobna do swojej matki. Niestety Carlstonowie nie mieli pojęcia, ze jej matka nie żyje.
-Prudencja tez jest bardzo podobna do mamy. Wyjątkowo podobna - powiedział Mark.
-Z całym szacunkiem, ale tu się nie zgodzę. Prudencja według mnie nie jest podobna do Margaret.
Dziewczyna nie wytrzymała.
- A jak według pana mialabym być podobna do kogoś, kto nawet nie jest ze mną spokrewniony?
David nie wiedział, co ma odpowiedzjeć. Nie rozumiał całej sytuacji.
-Widzisz David, Prudencja jest córką Sary, mojej pierwszej żony. Sara zmarła w marcu - wyjaśnił Mark.
Prudencja z trudem powstrzymywała łzy. Nienawidziła wracać do tego tematu. A z pewnością nie przy rodzinie Stanleya.
- Bardzo mi przykro. Nie miałem pojęcia. Naprawdę glupio się czuję.
-Nic się nie stało. Przecież nie mogłeś o tym wiedzieć.
Stanley popatrzył na Prudencję, która siedziała z pochyloną głową, mocno zaciskając powieki. Zdziwiła go informacja o śmierci jej matki. Dziewczyna nie dawała po sobie poznać, że coś takiego mogło się wydarzyć. Zawsze udawała silną, wmawiała sobie i innym, ze jest samowystarczalna, że nie potrzebuje nikogo. Tak naprawdę była tylko człowiekiem. Bardzo słabym i jak każdy człowiek miała problemy i zmartwienia. Stanley zdziwił się, że jej zmartwienia są aż tak poważne.
Po tej sytuacji rozmowa przez jakiś czas się nie kleiła. Tylko Margaret niewzruszona niczym, kontynuowała wywody. Opowiadała Jasmine o Edith w samych superlatywach, Prudencję jak zawsze pomijała.
Osiemnastolatka spojrzała na zegarek. Ku jej zmartwieniu była już 21. Jeśli dziewczyna zaraz nie zacznie się zbierać, nie zdąży na koncert. Była też zaskoczona, bo Stanley wyglądał, jakby wyraźnie się niecierpliwił. Wiercił się na krześle i ukradkiem co chwila wyciągał telefon, by coś sprawdzić. Prudencja skorzystała z okazji, ze wszyscy oprócz jej ojca byli zajęci rozmową i odezwała się do niego cicho.
-Tato? Sorry, ale muszę się już zbierać. Rano chłopcy przyjechali i za niecałą godzinę gramy.
-Chcesz teraz wyjść? - zdziwił się.
-Cholera, muszę. Oni mnie zabiją, jeśli nie zdążę - powiedziała niecierpliwym tonem.
- No dobrze, idź.
Prudencja wstała od stołu i zwróciła się do Davida i Jasmine.
-Było mi bardzo miło państwa poznać, ale niestety muszę już uciekać.
-Nam również było bardzo miło, kochanie - powiedziała Jasmine.
-A właśnie! Już po dwudziestej pierwszej. Prosiłeś mnie, Stanleyu, żebym ci pozwolił się zmyć o tej porze - zaśmiał się David. - Więc i ty już idź.
Po kilku grzecznościach Prudencja wybiegła szybko z restauracji i szybkim krokiem pomaszerowała wzdłuż chodnika. Miała jakieś pół godziny na dojście do klubu. Stanley oczywiście szedł za nią.
- Śledzisz mnie, do cholery? - spytała.
-Ciebie? Skąd to pytanie? - zdziwił się.
-Może stąd, ze za mną leziesz, palancie.
-Nie przyszło ci do głowy, że po prostu idziemy w tym samym kierunku?
Prudencja zaczerwieniła się lekko.
-Okey, Boże, musisz się od razu wkurzać. A mówią, że to ja jestem wredna,
- Bo jesteś - odrzekł.
-Spierdalaj.
-Dobra, dobra. Teraz serio jesteś wredna.
Prudencja się nie odezwała.
- W takim razie dokąd się wybierasz? Oczywiście jeśli mogę spytać.
-Do Spinner's End.
-Niemożliwe...
-Ponieważ?
-Ponieważ ja tam właśnie idę.
- To przeznaczenie - zadrwił.
-Ty serio jesteś popieprzony. W szkole patrzysz na mnie tym swoim kpiącym uśmieszkiem, jakbyś pozjadał wszystkie rozumy. Wydaje ci się, ze jesteś najmądrzejszy i oczekujesz największych względów. A jak już ktoś chce ci je okazać, to masz tego kogoś w dupie. Twoja logika mnie rozbraja.
Stanley wykonał pantomimę rannego, trzymając się za serce.
-Potrafisz ranić - zakpił. - Skoro chcesz, to ciebie też mogę ignorować.
-Z chęcią - odpowiedziała, przyspieszając i zostawiając go w tyle.
Po kilkunastu minutach dziewczyna była na miejscu. Słyszała kroki Stanleya, który szedł tuz za nią. Stanął w kolejce do wejścia, natomiast Prudencja podeszła prosto do bramkarza.
-Hej Iggy - zwróciła się do niego.
-Cześć mała. Wchodź, bo chłopaki juz na ciebie czekają.
-Dzięki - odpowiedziała i wslizgnęła się obok niego.
W klubie panował półmrok. Sporo osób kreciło się przy barze. Dziewczyna pomachała tylko barmanowi i poszła dalej w stronę drzwi przy scenie. Tam spodkała już Matthew, Roba i Dicka. Czekali na nią. Byli ubrani jak zwykle w swoje porozciągane, choć dodające im uroku ciuchy. Dziewczyna przywitała się z nimi i kazała odwrócić, kiedy zmieniała sukienkę.
Ubrała się w cieniutką bawełniana koszulkę na ramiączkach, dla odmiany czarną, która była tak luźna, by odsłaniać jej czarny koronkowy stanik. Do tego zwiewna spódnica. Zakolanówki i buty zostawiła tak, jak były. Wyjęła tylko wsuwki z koka i próbowała przeczesać palcami włosy. Fryzura wyglądała trochę, jak po wstaniu z łóżka, ale nie było tragedii. Starła z ust szminkę i poprawiła je inną, czerwoną. Wyglądała dość dziwnie, a zarazem seksownie. Czyli tak, jak chciała.
Wyszli na scenę. Dziś zagrali głównie kawałki Nirvany. Prudencja śpiewała tak, że każdy jej słuchał. A grała jeszcze lepiej. Trącała długimi palcami struny gitary, wydając z niej niesamowite dźwięki. Grając była zupełnie inną osobą. W pewnej chwili zauważyła siedzącego przy barze Stanleya. Ona jednak usmiechnęła się szeroko i wykrzykiwała kolejne słowa In bloom. Chłopcy patrzyli na nią ze zdziwieniem.
Nagle na scenę wskoczył jakiś chłopak i zaczął podskakiwać w rytm muzyki. Zazwyczaj ją to denerwowało, ale nie tym razem. Nie przestając grać podeszła do niego i skakała razem z nim. W końcu zbliżyła się do niego i ruchem głowy wskazała mu publiczność. Od razu zrozumiał i z rozbiegu rzucił się na stojących obok sceny. Ci ponieśli go na rękach, a Prudencja nadal zdzierała gardło.
I było jeszcze coś. Teraz ojciec jej i Stanleya będą wspólnikami. Coraz więcej spraw nieuchronnie zbliżało ją do tego chłopaka.
Prudencja przespała niespokojnie noc, pełnej snów o dwóch rezydencjach. Rano wstała niewyspana i z podkrążonymi oczami. Włożyła na siebie koszulkę Nirvany, koszulę w czarno- granatową kratę, ciemne boyfriendy z poszarpanymi dziurami oraz skórzane all stary. W kuchni spotkała już ojca i Edith. Od razu skierowała się w stronę lodówki. Wyjęła z niej czekoladowy pudding i usiadła z nim przy stole.
-To ma być śniadanie? - spytał ojciec.- Może zjesz kanapkę? Będziesz w szkole głodna.
-Nie będę, a poza tym, pudding mi wystarczy.
-A ja tam nie jem słodyczy - oznajmiła Edith. - Trzeba dbać o formę - dodała patrząc z wyższością na Prudencję.
-Figura to nie wszystko, dziecko - powiedział znawczym tonem pan Hartfield.
Prudencja nie przejęła się słowami przyrodniej siostry i ze smakiem zjadła swoje 'śniadanie'.
-Dziś pojedziecie do szkoły razem - powiedział ojciec. - I bez dyskusji - dodał widząc niezadowoloną minę Edith.
Prudencja miała jeszcze piętnaście minut, więc wbiegła na górę, by skończyć makijaż. Udało jej się zrobić proste kreski eylinerem i nie rozmazać tuszu. Włosy jak zwykle upięła w kok. Wzięła ze sobą kurtkę i założyła plecak.
Jazda samochodem do szkoły minęła w ciszy. Edith siedziała z tyłu i w małym lusterku sprawdzała, czy wszystko jest idealnie. Nie chciała się pokazać przed klasą z jakimiś defektami.
-Byłbym zapomniał - odezwał się Mark Hartfield. - W sobotę idziemy na kolację z Carlstonami. Wszyscy - dodał, patrząc na Prudencję.
-Koniecznie? - spytała.
-Koniecznie. David to mój stary kolega ze szkoły, a teraz także wspólnik. A poza tym, chyba chodzisz z jego synem do jednej klasy?
-Niestety - mruknęła cicho.
-Słucham?
-Nic, nic. Nie mogę się doczekać - powiedziała z drwiną w głosie.
Przez resztę dnia Prudencja musiała znosić komentarze Lizzy, ignorowanie przez resztę szkoły i myśli o sobocie. Dni mijały szybko. Dziewczyna planowała nagły atak grypy czy bólu brzucha- cokolwiek, byleby tylko nie być zmuszoną iść na kolację. Szczerze rozważała też próbe zlamania jakiejś kończyny.Nie zniosłaby siedzenia przy jednym stole razem z Margaret, Edith i oczywiście Stanley'em.
Gdyby problemów było mało w czwartek do Prudencji zadzwonił Matthew, kolega z zespołu. Dowiedziała się, że razem z chłopakami przyjeżdżają na weekend. I co najlepsze- w sobotę będą grali mały koncert. Mieli zagrać za jakąś grupę, która z niewiadomych przyczyn nie mogła wystąpić. Kolacja miała być o 19, koncert o 22. Musiała zdążyć. Opracowała nawet specjalny plan. W sobotę rano spakowała do plecaka swój strój na koncert. O jedenastej przyjechali Robert i Dick. Dziewczyna rzuciła się na nich i wyściskała ich zdumione sylwetki. Bardzo za nimi tęskniła. Dała im swój plecak z rzeczami i oczywiście gitarę w futerale. Chłopcy szybko się zmyli, żeby nie zauważył ich nikt z domowników.
Kiedy nadeszła godzina siedemnasta, Prudencja uświadomiła sobie, że nie ma pojęcia, w co się ubierze. Ostatecznie wybrała czarną sukienkę z panterkowym kołniezykiem, która od pasa w dół układała się w miękkie rozkloszowane fale. Do niej założyła czarne zakolanówki i panterkowe creepersy. Włosy zebrała w zgrabny koczek, a zamiast codziennych okularów założyła te z kocimi oprawkami. Sukienka odsłaniała jej tatuaż na przedramieniu przedstawiający, a jakże, sylwetki czterech Beatlesów. Lubiła go eksponować. Miała jeszcze trzy tatuaże i wszystkie kochała jednakowo.
Prudencja była już prawie gotowa. Jeszcze tylko pociągnęła usta ciemnobordową szminka. Zabrała swoją skórzaną kurtkę i małą torebkę, i zeszła na dół. W hallu czekała już reszta. Ojciec miał na sobie nowy garnitur, Margaret krwistoczerwoną sukienkę, a Edith różową mini. 'Wygląda jak dziwka' - pomyślała Prudencja. Jej myśli wcale nie mijały się z prawdą. Minispódniczka ledwie zakrywała jej majtki. O ile je miała.
- Wszyscy gotowi? Chodźcie już, nie możemy się spóźnić- oznajmił Mark.
Jazda minęła w podnieconych szeptach Margaret i Edith, która planowała wywrzeć jak największe wrażenie na rodzinie Carlstonów. A szczególnie na Stanley'u. Był wyjątkowo przystojny, a Edith nie mogła przepuścić takiej okazji. Kiedy przybyli, przy ich stoliku jeszcze nikogo nie było. Po kilku minutach dosiedli się do nich Carstonowie. ('Och, jakże nam miło! Siadajcie! Nie, wy pierwsi!'). Uprzejmosciom nie było końca. Margaret usiadła obok pani Jasmine, a Prudencja była zmuszona usiąść obok Stanleya. Był on ubrany w ciemne jeansy, czarną koszulę i marynarkę. W butonierkę wetknął czerwoną chusteczkę w białe kropki. Prudencja niechętnie uznała, że wyglądał wyjątkowo dobrze. Włosy związał w kucyk, co jeszcze dodawało mu uroku.
Kolacja była całkiem miła, jednak tylko do czasu.
-Piękne masz córki, Mark - powiedział David Carlstone.
-O tak, w tej kwestii mi się poszczęsciło.
-Ale do kogo są podobne, co? Edith to kopia swojej mamy - tu zwrócił się ku Margaret. - A Prudencja?
Tu nastąpiła chwila konsternacji. Dziewczyna była bardzo podobna do swojej matki. Niestety Carlstonowie nie mieli pojęcia, ze jej matka nie żyje.
-Prudencja tez jest bardzo podobna do mamy. Wyjątkowo podobna - powiedział Mark.
-Z całym szacunkiem, ale tu się nie zgodzę. Prudencja według mnie nie jest podobna do Margaret.
Dziewczyna nie wytrzymała.
- A jak według pana mialabym być podobna do kogoś, kto nawet nie jest ze mną spokrewniony?
David nie wiedział, co ma odpowiedzjeć. Nie rozumiał całej sytuacji.
-Widzisz David, Prudencja jest córką Sary, mojej pierwszej żony. Sara zmarła w marcu - wyjaśnił Mark.
Prudencja z trudem powstrzymywała łzy. Nienawidziła wracać do tego tematu. A z pewnością nie przy rodzinie Stanleya.
- Bardzo mi przykro. Nie miałem pojęcia. Naprawdę glupio się czuję.
-Nic się nie stało. Przecież nie mogłeś o tym wiedzieć.
Stanley popatrzył na Prudencję, która siedziała z pochyloną głową, mocno zaciskając powieki. Zdziwiła go informacja o śmierci jej matki. Dziewczyna nie dawała po sobie poznać, że coś takiego mogło się wydarzyć. Zawsze udawała silną, wmawiała sobie i innym, ze jest samowystarczalna, że nie potrzebuje nikogo. Tak naprawdę była tylko człowiekiem. Bardzo słabym i jak każdy człowiek miała problemy i zmartwienia. Stanley zdziwił się, że jej zmartwienia są aż tak poważne.
Po tej sytuacji rozmowa przez jakiś czas się nie kleiła. Tylko Margaret niewzruszona niczym, kontynuowała wywody. Opowiadała Jasmine o Edith w samych superlatywach, Prudencję jak zawsze pomijała.
Osiemnastolatka spojrzała na zegarek. Ku jej zmartwieniu była już 21. Jeśli dziewczyna zaraz nie zacznie się zbierać, nie zdąży na koncert. Była też zaskoczona, bo Stanley wyglądał, jakby wyraźnie się niecierpliwił. Wiercił się na krześle i ukradkiem co chwila wyciągał telefon, by coś sprawdzić. Prudencja skorzystała z okazji, ze wszyscy oprócz jej ojca byli zajęci rozmową i odezwała się do niego cicho.
-Tato? Sorry, ale muszę się już zbierać. Rano chłopcy przyjechali i za niecałą godzinę gramy.
-Chcesz teraz wyjść? - zdziwił się.
-Cholera, muszę. Oni mnie zabiją, jeśli nie zdążę - powiedziała niecierpliwym tonem.
- No dobrze, idź.
Prudencja wstała od stołu i zwróciła się do Davida i Jasmine.
-Było mi bardzo miło państwa poznać, ale niestety muszę już uciekać.
-Nam również było bardzo miło, kochanie - powiedziała Jasmine.
-A właśnie! Już po dwudziestej pierwszej. Prosiłeś mnie, Stanleyu, żebym ci pozwolił się zmyć o tej porze - zaśmiał się David. - Więc i ty już idź.
Po kilku grzecznościach Prudencja wybiegła szybko z restauracji i szybkim krokiem pomaszerowała wzdłuż chodnika. Miała jakieś pół godziny na dojście do klubu. Stanley oczywiście szedł za nią.
- Śledzisz mnie, do cholery? - spytała.
-Ciebie? Skąd to pytanie? - zdziwił się.
-Może stąd, ze za mną leziesz, palancie.
-Nie przyszło ci do głowy, że po prostu idziemy w tym samym kierunku?
Prudencja zaczerwieniła się lekko.
-Okey, Boże, musisz się od razu wkurzać. A mówią, że to ja jestem wredna,
- Bo jesteś - odrzekł.
-Spierdalaj.
-Dobra, dobra. Teraz serio jesteś wredna.
Prudencja się nie odezwała.
- W takim razie dokąd się wybierasz? Oczywiście jeśli mogę spytać.
-Do Spinner's End.
-Niemożliwe...
-Ponieważ?
-Ponieważ ja tam właśnie idę.
- To przeznaczenie - zadrwił.
-Ty serio jesteś popieprzony. W szkole patrzysz na mnie tym swoim kpiącym uśmieszkiem, jakbyś pozjadał wszystkie rozumy. Wydaje ci się, ze jesteś najmądrzejszy i oczekujesz największych względów. A jak już ktoś chce ci je okazać, to masz tego kogoś w dupie. Twoja logika mnie rozbraja.
Stanley wykonał pantomimę rannego, trzymając się za serce.
-Potrafisz ranić - zakpił. - Skoro chcesz, to ciebie też mogę ignorować.
-Z chęcią - odpowiedziała, przyspieszając i zostawiając go w tyle.
Po kilkunastu minutach dziewczyna była na miejscu. Słyszała kroki Stanleya, który szedł tuz za nią. Stanął w kolejce do wejścia, natomiast Prudencja podeszła prosto do bramkarza.
-Hej Iggy - zwróciła się do niego.
-Cześć mała. Wchodź, bo chłopaki juz na ciebie czekają.
-Dzięki - odpowiedziała i wslizgnęła się obok niego.
W klubie panował półmrok. Sporo osób kreciło się przy barze. Dziewczyna pomachała tylko barmanowi i poszła dalej w stronę drzwi przy scenie. Tam spodkała już Matthew, Roba i Dicka. Czekali na nią. Byli ubrani jak zwykle w swoje porozciągane, choć dodające im uroku ciuchy. Dziewczyna przywitała się z nimi i kazała odwrócić, kiedy zmieniała sukienkę.
Ubrała się w cieniutką bawełniana koszulkę na ramiączkach, dla odmiany czarną, która była tak luźna, by odsłaniać jej czarny koronkowy stanik. Do tego zwiewna spódnica. Zakolanówki i buty zostawiła tak, jak były. Wyjęła tylko wsuwki z koka i próbowała przeczesać palcami włosy. Fryzura wyglądała trochę, jak po wstaniu z łóżka, ale nie było tragedii. Starła z ust szminkę i poprawiła je inną, czerwoną. Wyglądała dość dziwnie, a zarazem seksownie. Czyli tak, jak chciała.
Wyszli na scenę. Dziś zagrali głównie kawałki Nirvany. Prudencja śpiewała tak, że każdy jej słuchał. A grała jeszcze lepiej. Trącała długimi palcami struny gitary, wydając z niej niesamowite dźwięki. Grając była zupełnie inną osobą. W pewnej chwili zauważyła siedzącego przy barze Stanleya. Ona jednak usmiechnęła się szeroko i wykrzykiwała kolejne słowa In bloom. Chłopcy patrzyli na nią ze zdziwieniem.
Nagle na scenę wskoczył jakiś chłopak i zaczął podskakiwać w rytm muzyki. Zazwyczaj ją to denerwowało, ale nie tym razem. Nie przestając grać podeszła do niego i skakała razem z nim. W końcu zbliżyła się do niego i ruchem głowy wskazała mu publiczność. Od razu zrozumiał i z rozbiegu rzucił się na stojących obok sceny. Ci ponieśli go na rękach, a Prudencja nadal zdzierała gardło.
czwartek, 11 grudnia 2014
Rodział 5.
Przez otwarte okno do dużego pokoju wpadały powiewy chłodnego wiatru, który sprawiał, że na rękach Prudencji pojawiła się gęsia skórka. Dziewczyna rozglądała się po swoim pokoju. Patrzyła na ciemne ściany, plakaty ulubionych zespołów, zdjęcia mamy. Postawiła zrobić dziś coś, co sprawiłoby, że to pomieszczenie stałoby się jej bliższe. Miała pewien pomysł. Potrzebowała tylko małej puszki białej farby.
Prudencja zerwała się z łóżka, na którym do tej pory siedziała, włożyła stopy w miękkie kapcie w kształcie króliczków i zeszła po schodach na dół. Była sama w domu, więc mogła bez problemu zająć się swoją misją. Powędrowała aż do piwnicy. Było tam cicho i ciemno. I bardzo zimno. Zimniej, niż na górze. Panowała tam mroczna atmosfera, ale dziewczyna się tym nie przejmowała. Nie była typem strachliwego tchórza. Zeszła i przypomniała sobie, że nie zabrała ze sobą latarki. Na szczęście znalazła włącznik światła, które zapłonęło niezbyt jasnym blaskiem. Prudencja nie była pewna, czy znajdzie tam to, po co przyszła. Wprowadzili się do tego domu na Peachstreet 7 niedawno, więc nie krył on za wiele prywatnych rzeczy Hartfieldów.
Piwnica była dość duża, więc osiemnastolatka dopiero po chwili ujrzała kredens z farbami. Był on lekko zakurzony, ale jeszcze nie przekraczał granicy obrzydliwości. Dziewczyna sięgnęła po małe wiaderko z białą farbą i przeczyściła je szybko ręką. Obok znalazła też średniogruby pędzel. Z całym tym ekwipunkiem wspięła się z powrotem na górę, do swojego pokoju.
Zdjęła wieczko z puszki i zamoczyła pędzel. Przyłożyła go do ściany i zaczęła pisać dużymi, widocznymi literami. Jej charakter pisma był lekko niedbały, ale to nie miało znaczenia. Końcowy efekt był taki, na jaki liczyła. W niektórych miejscach farba tworzyła krótkie strużki wyciekające pod napisem. Gotowe. Prudencja zrobiła kilka kroków w tył, żeby móc dokładnie przyjrzeć się swojemu dziełu. Uśmiechnęła się do siebie i zbiegła po schodach, by zanieść farbę na swoje miejsce. Zostawiła za sobą na ścianie jeden ze swoich ulubionych cytatów z piosenki.
' Nothing's gonna change my world'
Godzinę później do domu wróciła Margaret i Edith. Dziewczyna uznała, że dziś nie chce się już z nikim kłócić, więc najlepiej, żeby wyszła na zewnątrz. Wyjęła z szafy granatowe dresy, świeżą koszulkę i szybko się przebrała. Narzuciła na siebie tylko bluzę, zabrała z biurka słuchawki i telefon, po czym zeszła na dół. Założyła swoje adidasy i wstąpiła do kuchni. Tam macocha razem ze swoją córką podziwiały zdobycze upolowane na zakupach.
-Gdzie ojciec? - spytała Prudencja.
-Od kiedy ty się niby tym interesujesz?
-Tylko pytam, okey? Jak nie chcesz, to nie mów...
-Pojechał do, być może, swojego nowego wspólnika.
Ojciec dziewczyny miał własną firmę prawniczą. Od jakiegoś czasu poszukiwał partnera do interesów.
-Daleko?
-Kilka ulic stąd. Dopiero się wprowadził - odpowiedziała zadziwiająco miło Margaret.
- Ja lecę się przebiec - oznajmiła dziewczyna i wyszła z domu.
Prudencja włożyła w uszy słuchawki i wybrała swoją specjalną playlistę, zarezerwowaną na bieganie. Kliknęła przycisk odtwarzania i w rytmie muzyki wybiegła w stronę pobliskiego lasu.
Drzewa otaczały ją ze wszystkich stron. Kroczyła lekko po ścieżce, zgrabnie omijając wystające korzenie i połamane gałęzie. W myślach podśpiewywała słuchane piosenki. Nie mogła nucić, by nie złapać niepotrzebnej zadyszki. Śpiewała razem z Kurtem Cobainem 'Lake of fire' i rozkoszowała się ostatkiem słońca przemykającego miedzy koronami drzew. Biegła już jakieś piętnaście minut, kiedy zagajnik się skończył. Wyszła z lasku wprost na drogę. Nie była zbyt ruchliwa. Stało przy niej tylko kilka domów w tym dwa niezamieszkane. Jednym z nich była dość duża rezydencja z czterema kolumienkami przy drzwiach. Miała ona wielkie okna w drewnianych obramiwaniach, gdzieniegdzie zabite deskami. Prudencji bardzo podobał się ten dom, bo skrywał w sobie jakąś tajemnicę. Po dziewczynie przechodziły dreszcze, kiedy na nią spoglądała. Drugi pusty dom, był jakby kopią pierwszego. Oba tak samo piękne i tak samo zagadkowe. Były wręcz identyczne z zewnątrz. Prudencja często musiała się starać, by nie ulec pokusie odwiedzenia obu posiadłości.
Tym razem jednak było coś nie tak. Pierwszy dom, z lewej strony, stał jak zawsze. Nic się w nim nie zmieniło. Poczerniałe ze starości ściany, zarośnięty ogród. Wszystko było na swoim miejscu. Drugi dom, stojący po prawej wywołał wielkie zaskoczenie na dziewczynie. Pod kilkutygodniową nieobecność Prudencji ktoś dom wyremontował, trawnik był równo przystrzyżony, a wokół rezydencji ktoś posadził kilka sadzonek kwiatów. Odnowiony dom zapierał dech w piersiach. Był piękny, ale dla Prudencji nie tak ładny, jak jego stary bliźniak.
Zdziwiona jednak tym widokiem postanowiła podejść trochę bliżej. Zauważyła jakieś postacie wychodzące z domu, a pod bramą, która go otaczała ujrzała samochód. Nie byle jaki. Był to samochód jej ojca. Prudencja stała jak wmurowana w chodnik.
Co jej ojciec robił pod tym domem? Chciała to szybko wyjaśnić. Zbliżyła się w stronę domu i samochodu i wtedy ktoś ją zauważył.
- Prudencja? Co tu robisz? - spytał jej ojciec
- Wyszłam się przebiec, tylko nie wiem, co ty tutaj robisz.
- Byłem na spotkaniu z moim nowym wspólnikiem. Davidzie- zwrócił się do stojącego obok wysokiego, przystojnego mężczyzny w wieku około pięćdziesiątki - to moja córka, Prudencja. Prudencjo, to David Carlstone.
Dziewczyna nieśmiało popatrzyła na mężczyznę. Nie chciała sprawić kłopotu ojcu, więc mruknęła:
-Bardzo mi miło pana poznać.
- Mnie ciebie również, młoda damo - uśmiechnął się do niej przyjaźnie.
Pan Carlstone i ojciec Prudencji żegnali się, a dziewczyna miała dziwne myśli. Znała jego nazwisko. Skądś je znała, ale za nic nie mogła sobie przypomnieć skąd. Także wygląd Davida kogoś jej przypominał. Po chwili wiedziała już, kogo.
Zobaczyła w drzwiach wejściowych sylwetkę Stanley'a.
Prudencja zerwała się z łóżka, na którym do tej pory siedziała, włożyła stopy w miękkie kapcie w kształcie króliczków i zeszła po schodach na dół. Była sama w domu, więc mogła bez problemu zająć się swoją misją. Powędrowała aż do piwnicy. Było tam cicho i ciemno. I bardzo zimno. Zimniej, niż na górze. Panowała tam mroczna atmosfera, ale dziewczyna się tym nie przejmowała. Nie była typem strachliwego tchórza. Zeszła i przypomniała sobie, że nie zabrała ze sobą latarki. Na szczęście znalazła włącznik światła, które zapłonęło niezbyt jasnym blaskiem. Prudencja nie była pewna, czy znajdzie tam to, po co przyszła. Wprowadzili się do tego domu na Peachstreet 7 niedawno, więc nie krył on za wiele prywatnych rzeczy Hartfieldów.
Piwnica była dość duża, więc osiemnastolatka dopiero po chwili ujrzała kredens z farbami. Był on lekko zakurzony, ale jeszcze nie przekraczał granicy obrzydliwości. Dziewczyna sięgnęła po małe wiaderko z białą farbą i przeczyściła je szybko ręką. Obok znalazła też średniogruby pędzel. Z całym tym ekwipunkiem wspięła się z powrotem na górę, do swojego pokoju.
Zdjęła wieczko z puszki i zamoczyła pędzel. Przyłożyła go do ściany i zaczęła pisać dużymi, widocznymi literami. Jej charakter pisma był lekko niedbały, ale to nie miało znaczenia. Końcowy efekt był taki, na jaki liczyła. W niektórych miejscach farba tworzyła krótkie strużki wyciekające pod napisem. Gotowe. Prudencja zrobiła kilka kroków w tył, żeby móc dokładnie przyjrzeć się swojemu dziełu. Uśmiechnęła się do siebie i zbiegła po schodach, by zanieść farbę na swoje miejsce. Zostawiła za sobą na ścianie jeden ze swoich ulubionych cytatów z piosenki.
' Nothing's gonna change my world'
Godzinę później do domu wróciła Margaret i Edith. Dziewczyna uznała, że dziś nie chce się już z nikim kłócić, więc najlepiej, żeby wyszła na zewnątrz. Wyjęła z szafy granatowe dresy, świeżą koszulkę i szybko się przebrała. Narzuciła na siebie tylko bluzę, zabrała z biurka słuchawki i telefon, po czym zeszła na dół. Założyła swoje adidasy i wstąpiła do kuchni. Tam macocha razem ze swoją córką podziwiały zdobycze upolowane na zakupach.
-Gdzie ojciec? - spytała Prudencja.
-Od kiedy ty się niby tym interesujesz?
-Tylko pytam, okey? Jak nie chcesz, to nie mów...
-Pojechał do, być może, swojego nowego wspólnika.
Ojciec dziewczyny miał własną firmę prawniczą. Od jakiegoś czasu poszukiwał partnera do interesów.
-Daleko?
-Kilka ulic stąd. Dopiero się wprowadził - odpowiedziała zadziwiająco miło Margaret.
- Ja lecę się przebiec - oznajmiła dziewczyna i wyszła z domu.
Prudencja włożyła w uszy słuchawki i wybrała swoją specjalną playlistę, zarezerwowaną na bieganie. Kliknęła przycisk odtwarzania i w rytmie muzyki wybiegła w stronę pobliskiego lasu.
Drzewa otaczały ją ze wszystkich stron. Kroczyła lekko po ścieżce, zgrabnie omijając wystające korzenie i połamane gałęzie. W myślach podśpiewywała słuchane piosenki. Nie mogła nucić, by nie złapać niepotrzebnej zadyszki. Śpiewała razem z Kurtem Cobainem 'Lake of fire' i rozkoszowała się ostatkiem słońca przemykającego miedzy koronami drzew. Biegła już jakieś piętnaście minut, kiedy zagajnik się skończył. Wyszła z lasku wprost na drogę. Nie była zbyt ruchliwa. Stało przy niej tylko kilka domów w tym dwa niezamieszkane. Jednym z nich była dość duża rezydencja z czterema kolumienkami przy drzwiach. Miała ona wielkie okna w drewnianych obramiwaniach, gdzieniegdzie zabite deskami. Prudencji bardzo podobał się ten dom, bo skrywał w sobie jakąś tajemnicę. Po dziewczynie przechodziły dreszcze, kiedy na nią spoglądała. Drugi pusty dom, był jakby kopią pierwszego. Oba tak samo piękne i tak samo zagadkowe. Były wręcz identyczne z zewnątrz. Prudencja często musiała się starać, by nie ulec pokusie odwiedzenia obu posiadłości.
Tym razem jednak było coś nie tak. Pierwszy dom, z lewej strony, stał jak zawsze. Nic się w nim nie zmieniło. Poczerniałe ze starości ściany, zarośnięty ogród. Wszystko było na swoim miejscu. Drugi dom, stojący po prawej wywołał wielkie zaskoczenie na dziewczynie. Pod kilkutygodniową nieobecność Prudencji ktoś dom wyremontował, trawnik był równo przystrzyżony, a wokół rezydencji ktoś posadził kilka sadzonek kwiatów. Odnowiony dom zapierał dech w piersiach. Był piękny, ale dla Prudencji nie tak ładny, jak jego stary bliźniak.
Zdziwiona jednak tym widokiem postanowiła podejść trochę bliżej. Zauważyła jakieś postacie wychodzące z domu, a pod bramą, która go otaczała ujrzała samochód. Nie byle jaki. Był to samochód jej ojca. Prudencja stała jak wmurowana w chodnik.
Co jej ojciec robił pod tym domem? Chciała to szybko wyjaśnić. Zbliżyła się w stronę domu i samochodu i wtedy ktoś ją zauważył.
- Prudencja? Co tu robisz? - spytał jej ojciec
- Wyszłam się przebiec, tylko nie wiem, co ty tutaj robisz.
- Byłem na spotkaniu z moim nowym wspólnikiem. Davidzie- zwrócił się do stojącego obok wysokiego, przystojnego mężczyzny w wieku około pięćdziesiątki - to moja córka, Prudencja. Prudencjo, to David Carlstone.
Dziewczyna nieśmiało popatrzyła na mężczyznę. Nie chciała sprawić kłopotu ojcu, więc mruknęła:
-Bardzo mi miło pana poznać.
- Mnie ciebie również, młoda damo - uśmiechnął się do niej przyjaźnie.
Pan Carlstone i ojciec Prudencji żegnali się, a dziewczyna miała dziwne myśli. Znała jego nazwisko. Skądś je znała, ale za nic nie mogła sobie przypomnieć skąd. Także wygląd Davida kogoś jej przypominał. Po chwili wiedziała już, kogo.
Zobaczyła w drzwiach wejściowych sylwetkę Stanley'a.
czwartek, 4 grudnia 2014
Rozdział 4.
Prudencja stała w otwartych drzwiach szafy, przeglądając jej zawartość. Ktoś mógłby się zdziwić, ile ubrań w kolorze czarnym może mieć jedna osoba. W końcu zdecydowała się na czarny sweter z małą kieszonką, z której wystawała główka szarego kota, czarne wranglery i cieniutką obrożę nabitą ćwiekami. Włosy związała w kok i wpięła w niego różową kokardę.
W kuchni zastała już ojca i córkę Margaret, Edith. Ojciec popatrzył na nią znad kubka parujacej kawy.
-Wstałaś już? To dobrze. Zabiorę dzis was razem do szkoły. Nie będziecie musiały iść na piechotę - powiedział.
-Mark!- zwróciła się Edith w stronę ojca Prudencji głosem pełnym irytacji. - Ja nie chcę z nią jechać. Mam pokazać się publicznie z tym czymś? - wskazała palcem Prudencję.
-Edith, nie mów tak do siostry - zganił ją pan Hartfield. - Przecież nie musicie się razem trzymać, po prostu jedziecie wspólnie do szkoły.
Prudencja nie przejęła się jej słowami. Było jej wszystko jedno, co sądzą o niej inni. Gdyby brała to wszystko do siebie, juz dawno uległaby załamaniu.
Edith jednak nie dawała za wygraną:
- No ale to mój pierwszy dzień w tej szkole! Nie chcę być od razu kojarzona z nią. Jej nikt nie lubi! Mark, zrób coś!
Starsza dziewczyna już wiedziała, że ojciec będzie chciał dogodzic tylko córce Margaret. Ją miał gdzieś.
-Jedźcie sobie. A tak w ogóle, to ja wolalbym nie być kojarzona z tobą, a nie na odwrót - wtrąciła w końcu.
-Mark, słyszales? Słyszałes jak ona się do mnie odzywa? - spytała z wyrzutem, patrząc triumfalnie na Prudencję.
-Prudencjo, przeproś siostrę.
-To nie jest moja siostra. I nie przeproszę. Nie mam za co.
-Uważaj sobie, dziewczyno - uniósł się. - Na takie zachowanie nie będę zezwalał w moim własnym domu!
-Twoim własnym? Wypchaj się nim, tatusiu - powiedziała drwiąco i zwróciła się do Edith. - Nie masz już problemu. Idę na piechotę - i wyszła z domu, zabierając kurtkę i plecak-kostkę z mnóstwem naszywek ulubionych zespołów.
Była juz za bramą, kiedy zorientowała się, ze coś jest nie tak. Spojrzała na swoje buty i westchnęła. Miała bowiem wciąż na nogach swoje króliczkowe kapcie. Wróciła do domu i założyła krótkie czarno- białe glany.
Po półgodzinie marszu była już pod szkołą. Wyszła wcześniej, niż powinna, więc wokół dużego budynku kręciło się niewiele osób. Wstąpiła jeszcze do sklepiku, by kupić małą butelkę coli. Wyjęła z kieszeni kurtki swój plan zajęć, który, pod nagłówkiem 'wtorek', oznajmiał: lekcja pierwsza- literatura angielska. Powędrowała więc schodami w górę do sali numer 62. Lubiła te zajęcia. Czytała dużo książek, które były dla niej azylem. Miała też sporą wiedzę na temat pisarzy rodaków. Nie wychylała się jednak na lekcjach ponad innych. Przyjęła zasadę- im mniej inni o tobie wiedzą, tym lepiej. Wolała pozostać anonimowa w gronie zarówno uczniów, jak i nauczycieli.
Prudencja dotarła wzeszcie do poszukiwanej klasy. Drzwi były odrobinę uchylone. Postanowiła wejść, ale już na progu chciała się wycofać. Zobaczyła bowiem siedzącego już w sali Briana. Kiedy wchodziła do klasy, podniósł głowę. Nie spojrzała na niego, ani się nie przywitała. On natomiast przyjżał się jej ciekawskim wzrokiem i powiedział:
-Cześć! Ty też tak wcześnie przyszłaś? Ja nie chciałem się spóźnić. No wiesz. Pierwszy dzień. Jaki jest nasz nauczyciel literatury? Mam nadzieję, że nie jest strasznie surowy. Nie jest, prawda? - ciągnął swój monolog, nie zauważając, że Prudencja nie zwraca na niego najmniejszej uwagi. - Ogólnie ta szkoła jest nawet spoko. Fajne ludzie i w ogóle. Tobie też się podoba? A widziałaś już spis lektur? To jakaś masakra. Kto o zdrowych zmysłach czyta książki Jane Austen? No powiedz, kto?
Prudencja pomyślała, że w sumie to jedna z jej ulubionych aurotek. No ale Brian pytał o kogoś o zdrowych zmysłach, a dziewczyna nie do końca miała o sobie takie zdanie.
-Poznałaś już tu kogoś? Bo ty też jesteś nowa, nie? - nie czekając na odpowiedź, kontynuował wywód.
Dziewczyna siedziała już w tym czasie przy swoim stoliku w najdalszym kącie sali. Ułożyła swój podręcznik, nowy zeszyt i mały granatowy piórnik. W końcu zaczęła się irytować tym dennym potokiem słów, który nieustannie wylewal się z ust chłopaka.
- Bo wiesz, ja miałem iść do innej szkoły, ale rodzice stwierdzili, że no wiesz, ta jest najlepsza. A ja nie mogę przecież iść do jakiejś...
-Czy ty możesz się przymknąć? Napierdalasz o czymś, co w sumie mnie gówno obchodzi - Prudencja krzyczała. Nie zwróciła uwagi, że w drzwiach stoi nowoprzybyły Stanley. - Człowieku, ja mam swoje życie. A twoje problemy mam gdzieś. I zacznij zawracać dupę komuś, kogo to interesuje. Boże, wiesz co? Nie odzywaj się do mnie. I nie patrz w moją stronę! Nie znam cię, nie mam ochoty cię poznać, a co więcej- mam cię w dupie - i usiadła, zdając sobie sprawę z tego, że ze zdenerwowania wstała z krzesła.
Prudencja była z natury wybuchowa, ale starała się panować nad sobą. Wtedy jednak nie wytrzymała. Brian wytrzeszczył na nią oczy, ale nic nie powiedział. Właśnie zauważyła Stana stojącego w drzwiach, który (o ironio!) dusił się ze śmiechu. Najpierw cicho chichotał, a potem nie wytrzymał i wybuchł kpiącym rechotem. Do klasy schodzili się inni uczniowie i zagadkowo patrzyli na całą trójkę: zdezorientowanego Briana, duszącego się ze śmiechu Stana oraz Prudencję z miną jednocześnie wyrażającą zdenerwowanie jak i rozbawienie.
Po chwili Stanley uspokoił się i już miał ruszyć w głąb klasy w poszukiwaniu miejsca, kiedy do sali weszła profesor Knightley.
Nauczycielka miała już około sześćdziesiątki, ubierała się w najczęściej w moherowe spódnice i tweedowe żakiety. Także i tego dnia nie zawiodła uczniów, miała swój zwyczajny strój śmierdzący naftaliną i pantofle na małym obcasie, modne przed trzydziestoma laty. Siwe włosy upięła w kok. Zwróciła swoje oczy ukryte za grubymi szkłami okularów w stronę Stanley'a.
-Może by pan zechciał usiąść, panie... - urwała, uświadamiając sobie, że nie zna jego nazwiska.
- Carlstone.
-No tak. Siadaj już.
Stanley skierował się w stronę wolnej ławki, ale zatrzymał go głos nauczycielki.
- Chwila! Nie będziesz siedział sam. Na moich zajęciach uczniowie mają siedzieć w parach.
I tu powtórzyła się sytuacja z poprzedniego dnia. Jako, że z Brianem siedziała Lizzy, Prudencja była oczywiście jedyną samotnie siedzącą osobą. Stan skierował się do jej ławki i usiadł na krześle obok. Dziś był ubrany w ciemne jeansy, nie za wąskie, nie za szerokie, trampki i koszulkę Nirvany. Na niej leżała skórzana kurtka, którą miał na sobie wczoraj. Włosy związał w wyższy kucyk. Dziewczyna przyznała w duchu niechętnie, że wygląda całkiem dobrze.
- Dzień dobry - usłyszeli glos nauczycielki, który otrzasnął Prudencję z zadumy. - Wczoraj pewnie dostaliście wykaz lektur na ten rok. Pan Smelly był tak uprzejmy, że zgodził się wam go dostarczyć. Wyjmijcie go teraz, żebyśmy mogli go przeanalizować. No tak. Pewnie zauważyliście kilka ciekawych książek na tej liście. Może ktoś z was przeczytał już coś z niej. Nikt? Evelyn? - zwróciła się do jednej z kujonek. - Nie czytałaś nic?
- Przez wakacje skupiłam się na innych książkach. Myslałam, ze będziemy w tym roku przerabiać zupełnie inne dzieła, pani profesor.
- Ale przerabiamy właśnie te! Chłopcy, wy też nie przyswoiliście sobie żadnej z tych pozycji?
-Pani profesor, ja bardzo intensywnie przyswajałem sobie rożne pozycje, ale akurat nie w tym sensie - powiedział jeden z uczniów, a reszta wybuchła gromkim śmiechem.
-Zabawne, strasznie zabawne. Dokładnie na poziomie, jaki sobą reprezentujesz -powiedziała nauczycielka. - A może Prudencja coś przeczytała?
Dziewczyna podniosła ggłowę na dźwięk swojego imienia i powiedziała:
-Eee, no tak. Kilka z tych książek już przeczytałam - powiedziała niepewnym głosem.
- Tak? A które z nich dokładnie?
- Wszystkie z listy autorstwa Jane Austen, 'Zabójstwo przy Rue Morgue' Edgara Allana Poe i 'Jane Eyre', pani profesor - wyliczała.
- To bardzo dobrze, bardzo dobrze. I któraś przypadła ci specjalnie do gustu?
- Zdecydowanie 'Emma' - odpowiedziała. Usłyszała już drugi raz w ciągu kilku minut śmiech Stanley'a.
- Mogę wiedzieć, co pana tak śmieszy? - zwróciła się do niego nauczycielka.
- Śmieszy mnie to, że komuś mogą się podobać takie książki. Chyba każdy wie, że Jane Austen nie podejmowała trudniejszych tematów w swoich książkach, niż nieodwzajemniona miłość tych dzielnych heroin - kpił.
-A o czym według ciebie mogłaby pisać dziewiętnastowieczna młoda kobieta, która, jak większość, interesowała się miłością? - oponowała Prudencja.
-O wszystkim, tylko nie o tym! Jest cała masa pisarek skupiających się na jednym i tym samym. Czy chociaż ona nie mogła być odrobinę kreatywniejsza?
- No skoro ty jesteś taki mądry, to dlaczego jeszcze sam nic nie napisales, panie Kreatywny?
Ta wymiana zdań trwałaby przynajmniej do końca lekcji, gdyby nie przerwała jej pani Knightley.
- Możecie się uspokoić? Skoro tak bardzo chcecie wymienić się swoimi spostrzeżeniami na ten temat, to bardzo proszę, ale w odpowiednim czasie. A ten jeszcze nie nadszedł.
I po tych słowach rozpoczęła nowy temat. Uczniowie siedzieli jak zahipnotyzowani, bo starsza nauczycielka potrafiła wprost usypiać głosem.
Większość lekcji zleciała wśród nudy i monotonnego opowiadania o tym, co na danym przedmiocie będzie przerabiac klasa. Uczniowie doczekali wreszcie ostatniej lekcji, jaką było wychowanie fizyczne. Większość dziewczyn pozałatwiała sobie zwolnienia lekarskie. Ale nie Prudencja. Ta powlokła się do szatni dziewczyn, w której były oprócz niej tylko cztery osoby. Akurat takie, które na szczęście bały się Prudencji. Tak, naprawdę się jej bały. Ona jednak nie zwróciła na nie uwagi i zaczęła przebierać się w strój sportowy, na który składały się: krótkie czarne spodenki, T-shirt z nadrukiem Rolling Stonesów i para nowych reebooków. Zdjęła okulary i z wprawą włożyła soczewki kontaktowe. Nie chciała ryzykować ich utraty przez rozbicie ich piłką. Znała już to uczucie, kiedy połamane oprawki wżynają się w nos.
Zadzwonił dzwonek i Prudencja weszła na salę. Niestety w ich szkole WF był koedukacyjny i musiała ćwiczyć razem z chłopcami. Przekraczając próg prawie wpadła na nauczyciela wuefu, pana Metternach.
Trener był wysoki i dość młody. Musiał ukończyć studia przed kilkoma laty, bo wyglądał na osobę przed trzydziestką. Wszyscy w szkole wiedzieli, ze leciał na wszystkie ładniejsze dziewczyny. Oczywiście nie wdawał się z nimi z związki, tylko podziwiał. Tak jak w tamtej chwili.
- Eee, przepraszam - mruknęła Prudencja mijając nauczyciela.
- Nic się nie stało, proszę dołącz do kolegów - odpowiedział.
Kiedy szła w stronę klasy, czuła, że Metternach gapi się na jej tyłek. Dlatego specjalnie schyliła się, udając, że sznuruje buta. Wiedziała, że nauczyciel wciąż stoi w tym samym miejscu i niemal ślini się na widok jej pośladków i długich nóg.
Dziewczyna w końcu wyprostowana się i uśmiechnęła do siebie triumfalnie. Zobaczyła, że nauczyciel jeszcze nie doszedł do siebie. A Prudencja uwielbiała prowokować. W końcu Metternach otrząsnął się z transu i odchrząkną.
-No juz, ustawcie się w szeregu. W tym semestrze będziemy ćwiczyć na wiele sposobów. Szczególnie jednak chcę zwrócić uwagę na siatkówkę. W tym roku jak zawsze pojedziemy na mały szkolny turniej. Z każdej klasy postaram się wyłonić kogoś, kto zajmie miejsce w drużynie. Dlatego też już od dziś zaczniemy eliminacje. Zagralibyście chłopcy przeciw dziewczynom, ale sami widzicie, że w tym roku płeć piękna ma inne plany na zajęcia wuefu, niż ćwiczenie na nim - powiedział znawczym tonem. - W takim razie najpierw ktoś poprowadzi rozgrzewkę, a potem wybieramy składy.
Po piętnastominutowej rozgrzewce wszyscy stali zdyszani, trzymając się pod boki. Czekali, aż zostaną wybrani do jednego z dwóch składów. Żeby było zabawniej, osobami wybierajacymi byli: Brian i Stanley. Prudencji nie uśmiechało się być ani w jednej drużynie, ani w drugiej. Briana nie lubiła za jego gadatliwosć i ciągłe wymądrzanie, a Stana nie tolerowała głównie z zasady. Obaj chłopcy całkiem przyzwoicie prezentowali się w strojach sportowych. Nie byli typami muskularnych sportowców, ale Stanley'owi nie jeden chłopak mógłby pozazdrościć budowy.
Chłopcy zaczęli wybieranie osób do składów. Pierwszy miał być Stan. Popatrzył na klasowych osiłków, którzy byli przekonani, że jako pierwsi zostaną wybrani, to jednak nie nastąpiło. Stanley uniósł drwiąco kącik ust i, ku zdziwieniu wszystkich, powiedział:
- Wybieram Prudencję.
Dziewczyna gotowała się ze złości. Wiedziała, że chciał ją tylko zdenerwować. Najpierw pokłóciła się z nim na zajęciach z literatury angielskiej, a także teraz była tego bliska. Zaczerpnęła uspokajająco haust powietrza i ruszyła w stronę Stanley'a. Stanęła za nim i czekała na skompletowanie drużyny.
Kiedy juz wszystko było ustalone, dwa zespoły ustawiły się na odpowiednich miejscach, po obu stronach siatki. Jako że składy były większe niż sześć osób, kilka z nich musiało usiąść na ławce rezerwowych. Między innymi cztery dziewczyny, które jako jedyne ćwiczyły. Teraz to Prudencja była ostatnią grającą dziewczyną, ale nie miała zamiaru schodzić z boiska. Potrafiła bardzo dobrze grac w siatkówkę i chciała trafić do składu jadącego na zawody. Musiała dać z siebie wszystko.
Zaczynała drużyna Briana. Serwował jeden z chłopaków. Odbił piłkę, która przeleciała na ich stronę. Stanley przyjął zagrywkę i wyrzucił piłkę wysoko w górę. Wtedy Prudencja włączyła się do gry. Podbiegła w stronę siatki. Piłka właśnie leciała w jej stronę. Dziewczyna kapitalnym uderzeniem wykonała tak zwaną 'ścinę'. Piłka ominęła blok i odbiła się od parkietu. Punkt dla niej.
Prudencja zauważyła, że po przeciwnej stronie, akurat na ukos od niej, na trybunach siedziała Lizzy i jej przyjaciółki. Cała grupka siedziała w najniższym rzędzie, więc z łatwością mogła tam wycelować.
Zagrywkę miała wykonać dziewczyna. Podrzuciła piłkę i z wyskoku, z całą siłą, na jaką było ją stać, poniosła ją wprost na trybuny. Rozpaczliwy okrzyk bólu dał jej znać, że piłka trafiła tam, gdzie powinna.
-Au, mój nos! O Boże, ona złamała mi nos! - usłyszała krzyk Lizzy, która wstała i zbiegła z trybun. Trzymała się za twarz. Spod palców wyciakała jej strużka krwi. - Ty suko! -podbiegła do Prudencji. - Zrobiłas to specjalnie!
Wokół dziewczyn powstało zbiegowisko. Podszedł do nich także trener Metternach.
- Co jest panienki? - spytał. - Bardzo boli? - zwrócił się do Lizzy, która nadal trzymała sie za nos i patrzyła wzrokiem pełnym nienawiści w stronę Prudencji.
- Nie trenerze, skądze! - zakpiła.
Metternach poparzył na nią nierozumiejacym wzrokiem.
-Jasne, ze mnie boli! - wybuchła. - Ta dziwka złamała mi nos!
-Tylko bez takiego słownictwa, proszę! I nie martw się, nie wiadomo, czy złamała. Idź z kimś do pielęgniarki, żeby mogła cię opatrzeć.
Oburzona Lizzy mruknęła coś o niekompetentnych nauczycielach, pociągnęła jedną z przyjaciółeczek za rękaw dając jej znak, że ma iść za nią.
-Koniec przedstawiania, wracamy do gry - powiedział trener.
Wszyscy skierowali się na swoje miejsca i już mieli na nowo rozpocząć grę, kiedy zadzwonił dzwonek. Uczniowie wrócili z powrotem w stronę wyjścia, kiedy Prudencja usłyszała za sobą głos.
-Niezły cel - zakpił Stanley.
-Nie wiem, o czym mówisz - odparła zmęczonym głosem dziewczyna. - To był przypadek.
-Tak, oczywiście. Rozumiem. Już ja znam takie przypadki - i wyszedł z sali zostawiając Prudencję sam na sam z milionem myśli.
-Wstałaś już? To dobrze. Zabiorę dzis was razem do szkoły. Nie będziecie musiały iść na piechotę - powiedział.
-Mark!- zwróciła się Edith w stronę ojca Prudencji głosem pełnym irytacji. - Ja nie chcę z nią jechać. Mam pokazać się publicznie z tym czymś? - wskazała palcem Prudencję.
-Edith, nie mów tak do siostry - zganił ją pan Hartfield. - Przecież nie musicie się razem trzymać, po prostu jedziecie wspólnie do szkoły.
Prudencja nie przejęła się jej słowami. Było jej wszystko jedno, co sądzą o niej inni. Gdyby brała to wszystko do siebie, juz dawno uległaby załamaniu.
Edith jednak nie dawała za wygraną:
- No ale to mój pierwszy dzień w tej szkole! Nie chcę być od razu kojarzona z nią. Jej nikt nie lubi! Mark, zrób coś!
Starsza dziewczyna już wiedziała, że ojciec będzie chciał dogodzic tylko córce Margaret. Ją miał gdzieś.
-Jedźcie sobie. A tak w ogóle, to ja wolalbym nie być kojarzona z tobą, a nie na odwrót - wtrąciła w końcu.
-Mark, słyszales? Słyszałes jak ona się do mnie odzywa? - spytała z wyrzutem, patrząc triumfalnie na Prudencję.
-Prudencjo, przeproś siostrę.
-To nie jest moja siostra. I nie przeproszę. Nie mam za co.
-Uważaj sobie, dziewczyno - uniósł się. - Na takie zachowanie nie będę zezwalał w moim własnym domu!
-Twoim własnym? Wypchaj się nim, tatusiu - powiedziała drwiąco i zwróciła się do Edith. - Nie masz już problemu. Idę na piechotę - i wyszła z domu, zabierając kurtkę i plecak-kostkę z mnóstwem naszywek ulubionych zespołów.
Była juz za bramą, kiedy zorientowała się, ze coś jest nie tak. Spojrzała na swoje buty i westchnęła. Miała bowiem wciąż na nogach swoje króliczkowe kapcie. Wróciła do domu i założyła krótkie czarno- białe glany.
Po półgodzinie marszu była już pod szkołą. Wyszła wcześniej, niż powinna, więc wokół dużego budynku kręciło się niewiele osób. Wstąpiła jeszcze do sklepiku, by kupić małą butelkę coli. Wyjęła z kieszeni kurtki swój plan zajęć, który, pod nagłówkiem 'wtorek', oznajmiał: lekcja pierwsza- literatura angielska. Powędrowała więc schodami w górę do sali numer 62. Lubiła te zajęcia. Czytała dużo książek, które były dla niej azylem. Miała też sporą wiedzę na temat pisarzy rodaków. Nie wychylała się jednak na lekcjach ponad innych. Przyjęła zasadę- im mniej inni o tobie wiedzą, tym lepiej. Wolała pozostać anonimowa w gronie zarówno uczniów, jak i nauczycieli.
Prudencja dotarła wzeszcie do poszukiwanej klasy. Drzwi były odrobinę uchylone. Postanowiła wejść, ale już na progu chciała się wycofać. Zobaczyła bowiem siedzącego już w sali Briana. Kiedy wchodziła do klasy, podniósł głowę. Nie spojrzała na niego, ani się nie przywitała. On natomiast przyjżał się jej ciekawskim wzrokiem i powiedział:
-Cześć! Ty też tak wcześnie przyszłaś? Ja nie chciałem się spóźnić. No wiesz. Pierwszy dzień. Jaki jest nasz nauczyciel literatury? Mam nadzieję, że nie jest strasznie surowy. Nie jest, prawda? - ciągnął swój monolog, nie zauważając, że Prudencja nie zwraca na niego najmniejszej uwagi. - Ogólnie ta szkoła jest nawet spoko. Fajne ludzie i w ogóle. Tobie też się podoba? A widziałaś już spis lektur? To jakaś masakra. Kto o zdrowych zmysłach czyta książki Jane Austen? No powiedz, kto?
Prudencja pomyślała, że w sumie to jedna z jej ulubionych aurotek. No ale Brian pytał o kogoś o zdrowych zmysłach, a dziewczyna nie do końca miała o sobie takie zdanie.
-Poznałaś już tu kogoś? Bo ty też jesteś nowa, nie? - nie czekając na odpowiedź, kontynuował wywód.
Dziewczyna siedziała już w tym czasie przy swoim stoliku w najdalszym kącie sali. Ułożyła swój podręcznik, nowy zeszyt i mały granatowy piórnik. W końcu zaczęła się irytować tym dennym potokiem słów, który nieustannie wylewal się z ust chłopaka.
- Bo wiesz, ja miałem iść do innej szkoły, ale rodzice stwierdzili, że no wiesz, ta jest najlepsza. A ja nie mogę przecież iść do jakiejś...
-Czy ty możesz się przymknąć? Napierdalasz o czymś, co w sumie mnie gówno obchodzi - Prudencja krzyczała. Nie zwróciła uwagi, że w drzwiach stoi nowoprzybyły Stanley. - Człowieku, ja mam swoje życie. A twoje problemy mam gdzieś. I zacznij zawracać dupę komuś, kogo to interesuje. Boże, wiesz co? Nie odzywaj się do mnie. I nie patrz w moją stronę! Nie znam cię, nie mam ochoty cię poznać, a co więcej- mam cię w dupie - i usiadła, zdając sobie sprawę z tego, że ze zdenerwowania wstała z krzesła.
Prudencja była z natury wybuchowa, ale starała się panować nad sobą. Wtedy jednak nie wytrzymała. Brian wytrzeszczył na nią oczy, ale nic nie powiedział. Właśnie zauważyła Stana stojącego w drzwiach, który (o ironio!) dusił się ze śmiechu. Najpierw cicho chichotał, a potem nie wytrzymał i wybuchł kpiącym rechotem. Do klasy schodzili się inni uczniowie i zagadkowo patrzyli na całą trójkę: zdezorientowanego Briana, duszącego się ze śmiechu Stana oraz Prudencję z miną jednocześnie wyrażającą zdenerwowanie jak i rozbawienie.
Po chwili Stanley uspokoił się i już miał ruszyć w głąb klasy w poszukiwaniu miejsca, kiedy do sali weszła profesor Knightley.
Nauczycielka miała już około sześćdziesiątki, ubierała się w najczęściej w moherowe spódnice i tweedowe żakiety. Także i tego dnia nie zawiodła uczniów, miała swój zwyczajny strój śmierdzący naftaliną i pantofle na małym obcasie, modne przed trzydziestoma laty. Siwe włosy upięła w kok. Zwróciła swoje oczy ukryte za grubymi szkłami okularów w stronę Stanley'a.
-Może by pan zechciał usiąść, panie... - urwała, uświadamiając sobie, że nie zna jego nazwiska.
- Carlstone.
-No tak. Siadaj już.
Stanley skierował się w stronę wolnej ławki, ale zatrzymał go głos nauczycielki.
- Chwila! Nie będziesz siedział sam. Na moich zajęciach uczniowie mają siedzieć w parach.
I tu powtórzyła się sytuacja z poprzedniego dnia. Jako, że z Brianem siedziała Lizzy, Prudencja była oczywiście jedyną samotnie siedzącą osobą. Stan skierował się do jej ławki i usiadł na krześle obok. Dziś był ubrany w ciemne jeansy, nie za wąskie, nie za szerokie, trampki i koszulkę Nirvany. Na niej leżała skórzana kurtka, którą miał na sobie wczoraj. Włosy związał w wyższy kucyk. Dziewczyna przyznała w duchu niechętnie, że wygląda całkiem dobrze.
- Dzień dobry - usłyszeli glos nauczycielki, który otrzasnął Prudencję z zadumy. - Wczoraj pewnie dostaliście wykaz lektur na ten rok. Pan Smelly był tak uprzejmy, że zgodził się wam go dostarczyć. Wyjmijcie go teraz, żebyśmy mogli go przeanalizować. No tak. Pewnie zauważyliście kilka ciekawych książek na tej liście. Może ktoś z was przeczytał już coś z niej. Nikt? Evelyn? - zwróciła się do jednej z kujonek. - Nie czytałaś nic?
- Przez wakacje skupiłam się na innych książkach. Myslałam, ze będziemy w tym roku przerabiać zupełnie inne dzieła, pani profesor.
- Ale przerabiamy właśnie te! Chłopcy, wy też nie przyswoiliście sobie żadnej z tych pozycji?
-Pani profesor, ja bardzo intensywnie przyswajałem sobie rożne pozycje, ale akurat nie w tym sensie - powiedział jeden z uczniów, a reszta wybuchła gromkim śmiechem.
-Zabawne, strasznie zabawne. Dokładnie na poziomie, jaki sobą reprezentujesz -powiedziała nauczycielka. - A może Prudencja coś przeczytała?
Dziewczyna podniosła ggłowę na dźwięk swojego imienia i powiedziała:
-Eee, no tak. Kilka z tych książek już przeczytałam - powiedziała niepewnym głosem.
- Tak? A które z nich dokładnie?
- Wszystkie z listy autorstwa Jane Austen, 'Zabójstwo przy Rue Morgue' Edgara Allana Poe i 'Jane Eyre', pani profesor - wyliczała.
- To bardzo dobrze, bardzo dobrze. I któraś przypadła ci specjalnie do gustu?
- Zdecydowanie 'Emma' - odpowiedziała. Usłyszała już drugi raz w ciągu kilku minut śmiech Stanley'a.
- Mogę wiedzieć, co pana tak śmieszy? - zwróciła się do niego nauczycielka.
- Śmieszy mnie to, że komuś mogą się podobać takie książki. Chyba każdy wie, że Jane Austen nie podejmowała trudniejszych tematów w swoich książkach, niż nieodwzajemniona miłość tych dzielnych heroin - kpił.
-A o czym według ciebie mogłaby pisać dziewiętnastowieczna młoda kobieta, która, jak większość, interesowała się miłością? - oponowała Prudencja.
-O wszystkim, tylko nie o tym! Jest cała masa pisarek skupiających się na jednym i tym samym. Czy chociaż ona nie mogła być odrobinę kreatywniejsza?
- No skoro ty jesteś taki mądry, to dlaczego jeszcze sam nic nie napisales, panie Kreatywny?
Ta wymiana zdań trwałaby przynajmniej do końca lekcji, gdyby nie przerwała jej pani Knightley.
- Możecie się uspokoić? Skoro tak bardzo chcecie wymienić się swoimi spostrzeżeniami na ten temat, to bardzo proszę, ale w odpowiednim czasie. A ten jeszcze nie nadszedł.
I po tych słowach rozpoczęła nowy temat. Uczniowie siedzieli jak zahipnotyzowani, bo starsza nauczycielka potrafiła wprost usypiać głosem.
Większość lekcji zleciała wśród nudy i monotonnego opowiadania o tym, co na danym przedmiocie będzie przerabiac klasa. Uczniowie doczekali wreszcie ostatniej lekcji, jaką było wychowanie fizyczne. Większość dziewczyn pozałatwiała sobie zwolnienia lekarskie. Ale nie Prudencja. Ta powlokła się do szatni dziewczyn, w której były oprócz niej tylko cztery osoby. Akurat takie, które na szczęście bały się Prudencji. Tak, naprawdę się jej bały. Ona jednak nie zwróciła na nie uwagi i zaczęła przebierać się w strój sportowy, na który składały się: krótkie czarne spodenki, T-shirt z nadrukiem Rolling Stonesów i para nowych reebooków. Zdjęła okulary i z wprawą włożyła soczewki kontaktowe. Nie chciała ryzykować ich utraty przez rozbicie ich piłką. Znała już to uczucie, kiedy połamane oprawki wżynają się w nos.
Zadzwonił dzwonek i Prudencja weszła na salę. Niestety w ich szkole WF był koedukacyjny i musiała ćwiczyć razem z chłopcami. Przekraczając próg prawie wpadła na nauczyciela wuefu, pana Metternach.
Trener był wysoki i dość młody. Musiał ukończyć studia przed kilkoma laty, bo wyglądał na osobę przed trzydziestką. Wszyscy w szkole wiedzieli, ze leciał na wszystkie ładniejsze dziewczyny. Oczywiście nie wdawał się z nimi z związki, tylko podziwiał. Tak jak w tamtej chwili.
- Eee, przepraszam - mruknęła Prudencja mijając nauczyciela.
- Nic się nie stało, proszę dołącz do kolegów - odpowiedział.
Kiedy szła w stronę klasy, czuła, że Metternach gapi się na jej tyłek. Dlatego specjalnie schyliła się, udając, że sznuruje buta. Wiedziała, że nauczyciel wciąż stoi w tym samym miejscu i niemal ślini się na widok jej pośladków i długich nóg.
Dziewczyna w końcu wyprostowana się i uśmiechnęła do siebie triumfalnie. Zobaczyła, że nauczyciel jeszcze nie doszedł do siebie. A Prudencja uwielbiała prowokować. W końcu Metternach otrząsnął się z transu i odchrząkną.
-No juz, ustawcie się w szeregu. W tym semestrze będziemy ćwiczyć na wiele sposobów. Szczególnie jednak chcę zwrócić uwagę na siatkówkę. W tym roku jak zawsze pojedziemy na mały szkolny turniej. Z każdej klasy postaram się wyłonić kogoś, kto zajmie miejsce w drużynie. Dlatego też już od dziś zaczniemy eliminacje. Zagralibyście chłopcy przeciw dziewczynom, ale sami widzicie, że w tym roku płeć piękna ma inne plany na zajęcia wuefu, niż ćwiczenie na nim - powiedział znawczym tonem. - W takim razie najpierw ktoś poprowadzi rozgrzewkę, a potem wybieramy składy.
Po piętnastominutowej rozgrzewce wszyscy stali zdyszani, trzymając się pod boki. Czekali, aż zostaną wybrani do jednego z dwóch składów. Żeby było zabawniej, osobami wybierajacymi byli: Brian i Stanley. Prudencji nie uśmiechało się być ani w jednej drużynie, ani w drugiej. Briana nie lubiła za jego gadatliwosć i ciągłe wymądrzanie, a Stana nie tolerowała głównie z zasady. Obaj chłopcy całkiem przyzwoicie prezentowali się w strojach sportowych. Nie byli typami muskularnych sportowców, ale Stanley'owi nie jeden chłopak mógłby pozazdrościć budowy.
Chłopcy zaczęli wybieranie osób do składów. Pierwszy miał być Stan. Popatrzył na klasowych osiłków, którzy byli przekonani, że jako pierwsi zostaną wybrani, to jednak nie nastąpiło. Stanley uniósł drwiąco kącik ust i, ku zdziwieniu wszystkich, powiedział:
- Wybieram Prudencję.
Dziewczyna gotowała się ze złości. Wiedziała, że chciał ją tylko zdenerwować. Najpierw pokłóciła się z nim na zajęciach z literatury angielskiej, a także teraz była tego bliska. Zaczerpnęła uspokajająco haust powietrza i ruszyła w stronę Stanley'a. Stanęła za nim i czekała na skompletowanie drużyny.
Kiedy juz wszystko było ustalone, dwa zespoły ustawiły się na odpowiednich miejscach, po obu stronach siatki. Jako że składy były większe niż sześć osób, kilka z nich musiało usiąść na ławce rezerwowych. Między innymi cztery dziewczyny, które jako jedyne ćwiczyły. Teraz to Prudencja była ostatnią grającą dziewczyną, ale nie miała zamiaru schodzić z boiska. Potrafiła bardzo dobrze grac w siatkówkę i chciała trafić do składu jadącego na zawody. Musiała dać z siebie wszystko.
Zaczynała drużyna Briana. Serwował jeden z chłopaków. Odbił piłkę, która przeleciała na ich stronę. Stanley przyjął zagrywkę i wyrzucił piłkę wysoko w górę. Wtedy Prudencja włączyła się do gry. Podbiegła w stronę siatki. Piłka właśnie leciała w jej stronę. Dziewczyna kapitalnym uderzeniem wykonała tak zwaną 'ścinę'. Piłka ominęła blok i odbiła się od parkietu. Punkt dla niej.
Prudencja zauważyła, że po przeciwnej stronie, akurat na ukos od niej, na trybunach siedziała Lizzy i jej przyjaciółki. Cała grupka siedziała w najniższym rzędzie, więc z łatwością mogła tam wycelować.
Zagrywkę miała wykonać dziewczyna. Podrzuciła piłkę i z wyskoku, z całą siłą, na jaką było ją stać, poniosła ją wprost na trybuny. Rozpaczliwy okrzyk bólu dał jej znać, że piłka trafiła tam, gdzie powinna.
-Au, mój nos! O Boże, ona złamała mi nos! - usłyszała krzyk Lizzy, która wstała i zbiegła z trybun. Trzymała się za twarz. Spod palców wyciakała jej strużka krwi. - Ty suko! -podbiegła do Prudencji. - Zrobiłas to specjalnie!
Wokół dziewczyn powstało zbiegowisko. Podszedł do nich także trener Metternach.
- Co jest panienki? - spytał. - Bardzo boli? - zwrócił się do Lizzy, która nadal trzymała sie za nos i patrzyła wzrokiem pełnym nienawiści w stronę Prudencji.
- Nie trenerze, skądze! - zakpiła.
Metternach poparzył na nią nierozumiejacym wzrokiem.
-Jasne, ze mnie boli! - wybuchła. - Ta dziwka złamała mi nos!
-Tylko bez takiego słownictwa, proszę! I nie martw się, nie wiadomo, czy złamała. Idź z kimś do pielęgniarki, żeby mogła cię opatrzeć.
Oburzona Lizzy mruknęła coś o niekompetentnych nauczycielach, pociągnęła jedną z przyjaciółeczek za rękaw dając jej znak, że ma iść za nią.
-Koniec przedstawiania, wracamy do gry - powiedział trener.
Wszyscy skierowali się na swoje miejsca i już mieli na nowo rozpocząć grę, kiedy zadzwonił dzwonek. Uczniowie wrócili z powrotem w stronę wyjścia, kiedy Prudencja usłyszała za sobą głos.
-Niezły cel - zakpił Stanley.
-Nie wiem, o czym mówisz - odparła zmęczonym głosem dziewczyna. - To był przypadek.
-Tak, oczywiście. Rozumiem. Już ja znam takie przypadki - i wyszedł z sali zostawiając Prudencję sam na sam z milionem myśli.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)