poniedziałek, 4 maja 2015

Rozdział 33.

  Prudencja i Ringo stali razem z ojcem przy dużym nagrobku z granitu. Każdy pogrążony w swoich myślach patrzył na napis: Sara Hartfield. A pod spodem: Non omnis moriar. Patrzyli, a ból malował się na ich twarzach. Mark Hartfield bezskutecznie próbował ukryć łkanie. Jego ramiona trzęsły się od hamowanego płaczu.Tkwili tam już od kilkunastu minut. Prudencja usłyszała szept swojego brata.
-Chodź już. Lepiej, żeby tato już wrócił.
-Jedźcie - odpowiedziała. - Ja tu jeszcze zostanę.
-A czym wrócisz?
-Poradzę sobie. Pojadę autobusem. Zabierz ojca.
-Na pewno?
-Tak, jedźcie. Chcę pobyć tu sama.
-Okay - mruknął w odpowiedzi. - Chodź, tato.
  Ringo dotknął ramienia ojca, który uścisnął mocno syna. Powiedział łamiącym się głosem:
-Byłaby z was taka dumna.
  Chłopak wziął Marka pod rękę i sprowadził po stromym zboczu cmentarza. Prudencja popatrzyła na oddalającego się brata. Potem z powrotem skierowała wzrok na grób i usiadła na niewielkiej ławce naprzeciw niego.
-Tęsknię za tobą, wiesz? - spytała cicho. - Brakuje mi rozmów z tobą, twojego ciepła. To strasznie boli. Ta pustka. Ja wiem, że ty mnie słyszysz. Ale to tak bardzo boli, kiedy ja nie słyszę ciebie, mamo.
  Łzy lały się po jej policzkach. Strumieniami wypływały spod okularów, kapiąc na jej płaszcz. Dziewczyna poprawiła swój czarny melonik i przetarła oczy. Dookoła panowała cisza, mącona co jakiś czas cichymi słowami Prudencji. To dziś mijał rok, odkąd Sara Hartfield nie żyje.
  Marzec zmierzał ku końcowi. Pogoda stawała się coraz lepsza. Słońce częściej przebijało ciemne chmury, ale angielska aura wciąż dawała się we znaki.

Stanley


  Miałem straszne wyrzuty sumienia. Nieczęsto mi się to zdarzało. Ale wtedy czułem się okropnie. Owszem, byłem cholernie wkurzony na Prudencję, ale przesadziłem. No i jeszcze ta rocznica śmierci jej matki. Gdybym wiedział, że to dziś, nigdy nie usłyszałaby ode mnie takich słów. Musiałem ją przeprosić. Wyjąłem z kieszeni telefon i zadzwoniłem do Ringo.
-Słucham? - usłyszałem po drugiej stronie jego nieco zmieniony głos.
-Cześć, stary. Przepraszam, że właśnie dziś dzwonię, ale mam problem.
-Nie ma sprawy. Co się stało?
-Chodzi o Prudencję - powiedziałem szybko.
-Tak myślałem.
-Muszę się z nią spotkać. Jest w domu?
-Nie ma jej. Jest w Windsor. Na cmentarzu. Została tam sama.
-Może po nią pojadę?
-Nie wiem, czy to dobry pomysł.
-Ja też nie, ale muszę z nią porozmawiać. 
-Okay, rób jak chcesz.
  Ringo podał mi dokładnie miejsce, w którym mogę ją znaleźć. Nie tłumacząc się rodzicom, wsiałem jak najszybciej w samochód. Droga nie była długa, ale nie chciałem się z nią minąć. Trochę się denerwowałem. Nie wiedziałem, jak zareaguje na mój widok. Szybko jednak pozbyłem się wątpliwości.
  Zostawiłem samochód obok cmentarza i wszedłem po dużej skarpie. Przede mną zobaczyłem postać ubraną na czarno, która siedziała przed jakimś nagrobkiem. Od razu wiedziałem, że to ona. Cicho podszedłem do niej od tyłu. Nie chciałem jej przeszkadzać. Stanąłem jakieś dwa metry za nią, kiedy usłyszałem jej głos.
-Mamo, wróć. Albo ja pójdę do ciebie. Tak często mam ochotę skończyć z tym cierpieniem i pójść do tego miejsca, w którym jesteś. Gdziekolwiek to jest.
  Nie mogłem tak obojętnie stać. Słyszałem jej płacz. Pierwszy raz widziałem, jak płacze. Pierwszy raz widziałem, że i ona ma swoje słabości. 

***


  Prudencja płakała, nie mogąc opanować łez. Nagle poczuła na swoim ramieniu czyjąś dłoń. Myślała, że to Ringo po nią wrócił, ale usłyszała cichy głos:
-Nie płacz. Nie mogę ci obiecać, że będzie dobrze, ale sama możesz w to uwierzyć. Mieć nadzieję.
-Nadzieja jest do niczego - odezwała się głosem nabrzmiałym od bólu.
  Stanley usiadł obok Prudencji.
-Co tu robisz? - spytała nagle. 
-Przyjechałem cię przeprosić.
-Niepotrzebnie traciłeś czas.
-Więc mi nie wybaczysz? 
  Nie odpowiedziała od razu. Ich relacje były wyjątkowo pogmatwane, więc Stanley chciał je chociaż w niewielkim stopniu naprawić.
-Co mam ci wybaczyć? - powiedziała w końcu. - To, że mnie nienawidzisz? Tego nie będę ci wybaczać, bo to bez sensu. 
-Czy powiedziałem ci kiedykolwiek, że cię nienawidzę? Nie przypominam sobie.
-Może i nie powiedziałeś, ale dawałeś mi to do zrozumienia.
-Dawałem ci do zrozumienia? Pewnie wtedy, kiedy się u mnie całowaliśmy, prawda? Musiałem cię strasznie nienawidzić, żeby to zrobić - powiedział kpiącym tonem.
-Chodziło mi raczej o to, co wczoraj powiedziałeś - odparła, czerwieniąc się.
-To było głupie. Bardzo głupie. Czasem żałuję, że nie jestem niemy.
-To byłoby dobre rozwiązanie - odpowiedziała przez łzy.
  Przez chwilę siedzieli w ciszy. Żadne z nich nie odzywało się. Prudencja patrzyła na nagrobek swojej matki, a Stanley obserwował ją kątem oka. Nagle zerwał się chłodny wiatr, a ramiona dziewczyny lekko się zatrzęsły.
-Chodź już. Odwiozę cię do domu.
  Yoko chwilę się ociągała, ale wreszcie postanowiła ulec.
-No dobrze, ale daj mi minutę - powiedziała.
  Chłopak skinął głową i stanął obok ławki.
-Ale idź już. Ja cię dogonię - dodała.
  Stan odszedł w stronę swojego samochodu, zostawiając Prudencję sam na sam ze swoją mamą.
-Muszę już iść, mamo. Przepraszam, że tak rzadko u ciebie jestem. Widziałaś go? - dodała, ściszając głos. - To Stanley. Szkoda, że cie tu nie ma. Powiedziałabyś mi, co ja mam zrobić z tym chłopakiem.
  Po tych słowach odwróciła się i poszła śladem Stanleya.

  Dziewczyna znalazła Stana obok swojego samochodu.
-Możemy jechać? - spytał.
  Prudencja skinęła głową, a chłopak otworzył jej drzwi od strony pasażera. Wsiadła i zapięła pas. Stan okrążył samochód i usiadł na miejscu obok. Przekręcił kluczyk w stacyjce i odezwały się ciche dźwięki, dobiegające z radio. Stanley wcisnął kilka przycisków, przełączając stację radiową, na płytę.
-Jaka to płyta? - spytała od razu dziewczyna.
  Stanley, patrząc na drogę, odpowiedział cicho:
-The Dark Side of the Moon.
  Prudencja kiwnęła głową i zatopiła się w tej cudownej muzyce. Jechali przez kilka minut, nie odzywając się do siebie. Nagle ciszę przerwał Stanley.
-Jaka ona była? Znaczy twoja mama.
-Nie będę o niej z tobą rozmawiać - wypaliła od razu.
  Chłopak nie odezwał się. Zacisnął mocno usta, by nie powiedzieć czegoś, czego potem pożałuje. Prudencja poprawiła sobie okulary, które zsunęły się z jej nosa.
-Była bardzo miła i ciepła. Miała świetne poczucie humoru - mówiła cicho. - Musiała znosić moje wszystkie dziwne pomysły i kaprysy, więc już to było dużym wyzwaniem. Uwielbiała czytać. Pamiętam, jak zasypiała w fotelu z książką. Ja zdejmowałam jej wtedy okulary, a Ringo przykrywał kocem. To był już taki nasz rytuał. I wiesz, co raz zrobiła? Kilka miesięcy przed jej śmiercią stwierdziłam, że chcę sobie zrobić tatuaż. Bardzo mały, na kostce. I powiedziała, że mogę, tylko pod warunkiem, że ona zrobi sobie taki sam. Moja mama i tatuaż! - zaśmiała się. - Poważna, czterdziestodwuletnia, ucząca historii kobieta stwierdza, że robi sobie tatuaż. Myślałam, że żartuje, ale naprawdę poszła ze mną do studia.
  Prudencja opowiadała, a Stanley słuchał. Czasem uśmiechała się pod nosem na wspomnienie dziecięcych wybryków.
-Pewnie ci jej bardzo brakuje - powiedział cicho Stan, kiedy Yoko przestała opowiadać.
-To prawda - odpowiedziała prawie szeptem, a z jej oczu popłynęła nowa fala łez.
  Stan spojrzał kątem oka na dziewczynę.
-Hej, nie płacz, proszę.
  Ale Prudencja nie przestała płakać. Wręcz przeciwnie. Szlochała coraz głośniej. Ból w jej sercu stawał się nie do zniesienia. Stanley zjechał na pobocze, odpiął swój pas i pochylił się w stronę dziewczyny. Dotknął kciukiem jej łez, które lały się nieustępliwie. Wytarł je ostrożnie.
-Prudencjo, nie płacz. Ja wiem, że to boli.
-Nie wiesz - powiedziała, walcząc z łzami. - Nie masz pojęcia, jak to jest.
  Stan pokręcił głową i uścisnął lekko rękę dziewczyny, którą położyła na kolanach.
-Ja po prostu nie daję rady - zaszlochała.
  Chłopak ostrożnie objął Prudencję ramieniem, która zacisnęła powieki i mocno się do niego przytuliła. Płakała w jego kurtkę, a on głaskał ją rytmicznie po plecach.
-Teraz wszystko się ułoży. Musi. Zobaczysz, jeszcze wszystko będzie w porządku.
  Yoko powoli się uspokajała. Puściła poły jego skórzanej kurtki, które do tej pory trzymała kurczowo, jakby były jej ostatnim kołem ratunkowym. Podniosła głowę i poprawiła melonik. Stanley nagle położył dłoń na jej policzku i zbliżył się do jej twarzy. Dziewczyna patrzyła na niego szeroko otwartymi zaczerwienionymi oczami. Jego blond loki lekko łaskotały ją w twarz, ale nie zwracała na nie uwagi. Miała rozchylone wargi i wstrzymywała oddech. Chłopak nachylił się do niej i pocałował delikatnie lewy kącik jej ust. Następnie zrobił to samo po drugiej stronie, by w końcu położyć swoje wargi na jej krwistoczerwonych ustach. Całował ją delikatnie, a ona po chwili wahania dołączyła do jego zmysłowych ćwiczeń. Pogłębiła pocałunek, wlewając w niego swój ból, desperację i potrzebę bliskości. On objął dłońmi jej policzki, a ona wplotła palce w jego włosy, pociągając za nie lekko.
  Było im niewygodnie. Stan sięgnął do pasa Prudencji i odpiął go jednym ruchem. Położył dłoń na jej plecach i przyciągnął ją jeszcze bliżej siebie. Ich pocałunek stawał się coraz bardziej namiętny, kiedy nagle usłyszeli pukanie w boczną szybę od strony kierowcy. Odskoczyli od siebie szybko. Prudencja opadła na swoje miejsce, oddychając ciężko. Jej policzki przybrały karmazynowy odcień. Stanley zobaczył za oknem policjanta, który kazał mu opuścić szybę.
-Wie pan, że tu nie wolno parkować? - usłyszał pytanie wysokiego mężczyzny w mundurze.
-Tak, wiem - powiedział powoli.
-Więc dlaczego pana samochód tu stoi?
-Ja..nie mogłem prowadzić, musiałem.. miałem coś ważnego - jąkał się.
-No tak. Coś ważnego. Widziałem - powiedział, robiąc sugestywne miny, a Yoko zaczerwieniła się jeszcze bardziej. - Poproszę pańskie dokumenty i zapraszam ze mną.
  Zrezygnowany Stanley wyjął z wewnętrznej kieszeni kurtki portfel i wysiadł z samochodu.
-Zaraz wracam - rzucił do dziewczyny.
  Prudencja czekała na niego kilka minut, próbując uspokoić oddech. Bała się powrotu Stana. Nie wiedziała, jak ma się zachować. Kiedy po chwili chłopak wrócił, nie patrzyła na niego. Odezwała się tylko:
-Mandat?
-Niewielki.
  Prudencja pokiwała głową, a Stanley uruchomił samochód. Wracali nie odzywając się do siebie. Tylko muzyka Pink Floyd tańczyła wokół nich. Kiedy wreszcie dotarli pod dom Prudencji, była już prawie osiemnasta. Dziewczyna odchrząknęła cicho.
-No to ten... dzięki za podwiezienie i w ogóle.
-I w ogóle? - spytał z lekkim uśmiechem Stanley.
  Policzki Prudencji odrobinę się zaróżowiły.
-To cześć - powiedziała szybko i ku zdziwieniu zarówno swojemu jak i Stanleya, cmoknęła go głośno w policzek i wysiadła, nie oglądając się za siebie.

9 komentarzy:

  1. Bardzo fajny rozdział i ogólnie fajna historia. Bloga zaczełam czytać niedawno (jakieś 2 dni temu) i bardzo fajnie piszesz ;) życze dużo weny!!

    OdpowiedzUsuń
  2. No nie ;-; jak on mógł im przerwać? ;-; Ale rozdział genialny jak zwykle^^

    OdpowiedzUsuń
  3. Stanley to wie, jak pocieszyć Yoko ;>>>>
    Bardzo fajny rozdział i w ogóle.

    OdpowiedzUsuń
  4. Odpowiedzi
    1. Radzę pisać bardziej pochlebne komentarze, jeśli chcesz jutro zobaczyć te ćwiczenia z fizyki ;)

      Usuń
  5. Uwielbiam, ale za jakie grzechy ktoś zawsze musi im przerwać w najważniejszym monemcie?
    Rozdział świetny, jak zawsze ;)
    Życzę duuuzioo weny :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Jejkuuu!!!! Wreszcie, nowy rozdział Loneliness in Paradise i Dark Sajd of De Mun :3333 kocham cię !! c:

    OdpowiedzUsuń